tataAmelki
Księga gości
 

  



        

<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
07 maj 2012
BRACH

Po tygodniowej rozłące siedzimy z Amelką przy stole, przy kolacji. Amelka cieszy się jak „dziecko” z tego, że znowu cała rodzina jest w komplecie. Pałaszuje swoją kanapkę z apetytem, i moja również smakuje jakoś inaczej - lepiej, soczyściej, bardziej wiosennie.

Nagle Amelka odwraca się do mnie i mówi. Muszę coś ci powiedzieć tato, ale nie będziesz się gniewał?

- mów śmiało – zachęciłem ją przyjaznym uśmiechem, pomimo iż sądziłem, że coś nabroiła podczas mojej nieobecności.

- ale obiecujesz, że się nie obrazisz?

- masz na to moje słowo!

Zamyśliła się i … klepiąc mnie po plecach powiedziała głośno - TY MÓJ BRACHU!

Niesamowicie się poczułem. To był i jest mój najlepszy komplement jaki otrzymałem.

Zostać brachem dla swojej córki jest czymś wyjątkowym.

W końcu ten kto miał w dzieciństwie prawdziwego bracha, wie o czym jest mowa.


25 kwiecień 2012
ROZBRAJAJĄCE

Po urodzinowej imprezie, otrzymaliśmy kawałek tortu do domu. Był pyszny. Amelka jedząc swój wybrany i już ostatni  kawałek , bo ja swój już dawno spałaszowałem,  postanowiła dużą część pozostawić na następny dzień. Jednak widząc moje łakome oczy, poprosiła:

Tylko mi nie zjedz tato! Ok !  obiecujesz? 

- dobrze – odpowiedziałem, przełykając ślinę. No nie powiem, ale zjadłbym go razem z talerzykiem i łyżeczką. 

Popatrzyła na mnie przez chwilę i chyba Jej się zrobiło mnie żal.  Musiałem wyglądać żałośnie.

Hm.. – pomyślała  – .... albo! ....  no dobra! … możesz zjeść ten kawałek, będziesz mieć do kawki!  

I po jeszcze niewielkiej sekundzie  zawachania,  naprawdę zostawiła go dla mnie! 



03 luty 2012
Amelia

- czy ktoś da wiarę, że w tej notce, tytułowe imię, napisała sama moja Amelia.

Czas pędzi nieubłaganie. I wierzyć mi się nie chce, że niedawno, była takim małym tyci maluszkiem, a teraz już zaczyna sama pisać.  ... aż się boję pomyślęć, co powie, jak zacznie czytać tego bloga.  Może mi nawet każe wykasować niektóre notki. Gorzej jak całość.


31 styczeń 2012
GŁUPOTA II STOPNIA

W tym roku, w ferie byliśmy całą rodziną w bajecznej miejscowości we Włoszech – w Livigno.

Przykro to mówić, ale nasze stoki, które są przygotowane pod narciarstwo, nie umywają się do tych zachodnich. Co tu dużo mówić, 180 km tras, dziesiątki wyciągów, przepustowość etc, składa się na rzeczywistość, do której Nam w kraju raju jeszcze daleko. Wiem co mówię, przez ostatnie lata jeździłem w Polskie góry.

Nie będę się chwalił, bo nie ma czym, że w tym roku pierwszy raz stanąłem na nartach. No może drugi raz, po zeszłorocznej „Śnieżnicy” gdzie instruktor uczył mnie jazdy na 100 m stoku.  Paranoja. Nie zdążyłem się rozpędzić, a już musiałem hamować.

W tym roku, moim celem, było osiągniecie rangi mistrza. Przez pierwsze dwa dni katowałem się po 7 – 8 godzin na niebieskim stoku 700 m , poznając tajniki skrętów, hamowania, etc. Instruktor stwierdził, że idzie mi wyśmienicie. Przypominałem  polski halny, może dlatego twierdził, że już niedługo czeka mnie prawdziwa przygoda z nartami i prawdziwy fun.

Na trzeci dzień, pod koniec cyklu treningowego, znów po 7 godzinach jazdy,  palma wyrosła mi w czapce, i …. czując wiatr pod nartami, postanowiłem zjechać z czerwonej trasy.  Po zajęciach wjechałem na 3000m.  Zapiąłem narty i bez strachu ruszyłem.

W pierwszych chwilach, szło mi wyśmienicie, ... do czasu ....  aż, lub gdy stok stał się lekko zlodowaciały i dodatkowo przybrał formę ostrego nachylenia. 

Niestety, po całym słonecznym dniu, śnieg miejscami zamieniał się w kryształki lodu, tworząc grubą ubitą warstwę. Trzeba było dobrze wbijać krawędzie nart aby utrzymać równowagę.  Brak dostatecznych umiejętności i brawura ....

W każdym razie, podczas ostrego wirażu w  prawo, wybiło mnie 1,5m w powietrze i obróciło tyłem do stoku.  Po sekundzie, z pełnym impetem wylądowałem na lewym barku, czując przy okazji,  silny ból.  Natychmiast narty mi się odpięły. 
Zachowując trzeźwość zmysłów, zsunąłem się ze 300m na plecach w oczekiwaniu finału.

Podczas oryginalnego zjazdu, narty zostały na górze, chyba nieprzypadkowo  układając się w krzyż. Chyba słyszałem ich głos jak wołały do mnie : "... i widzisz debilu na co się zdały twoje umiejętności, nadal jesteś cienki ...

Ja dziękowałem sobie w duchu, że nie poszedłem na czarny stok, a i takie myśli krążyły mi wcześniej w ciasnej, ściągniętej goglami, łepetynie.

Gdy wstałem, podparłem się na kijach i .... wyczułem dziwny obrzęk.

Przestałem już słyszeć jakiekolwiek odgłosy.   Wsadziłem rękę pod bluzę, i po obmacaniu barku  wyglądało tak,  że złamał mi się obojczyk.  Dziwnie odstawał i bolał, tak cholernie, że szkoda gadać. 

Po godzinie była  klinika. Zjęcie rentgenowskie i diagnoza. Zwichnięcie barku II stopnia. Kości były całe, ale czekał mnie i tak temblak. Środki przeciwbólowe stały się moim wybawicielem od krzywizn na twarzy.

W domu łzy rozpaczy, mnie zalały jak sobie zdałem sprawę, że oto właśnie w tym roku, w Livigno,  1600 km od domu, w wymarzonej miejscowości dla narciarstwa, czeka mnie  koniec jazdy!. Czułem się podle podobnie, jak wymięty i zwisający rękaw chorej ręki.

Na szczęście, przez kolejne dni,  pozostała mi radość w patrzeniu jak, Amelka  z mamą, opanowuje coraz lepiej jazdę.

Z olbrzymiej góry, po siedmiu dniach, Amelka  śmiga jak przecinak, używając skrętów i hamując ślizgiem u podnóża góry. Widać, że bardzo polubiła ten sport domagajac się po każdym zjeździe wiecej i wiecej.   Trudno ją zatzymać.

Ja w każdym razie nie odpuszczam. W tym roku w  marcu,  jadę do Włoch, do Masokorto, na kolejne spotkanie z białym przeznaczeniem. Okazało się, że bark  goi się  wyśmienicie. 

Zamierzam jednak wziąć więcej oleju do głowy i przede wszystkim myśleć zdroworozsądkowo w podejmowaniu decyzji.

…. a narty, hm czuję, że jestem do nich stworzony. 

A na marginesie dodam, że już na stoku pojednałem się z nimi, pomimo, że dały mi mocny wycisk. 
Tłumacząc sobie, odnajduję w wypadku  przestrogę, przed czymś, co mogło się stać gdybym po siedmiu dniach poczuł się jeszcze pewniej. 

04 styczeń 2012
... i tak przywitałem Nowy Rok 2012.


Dzisiaj przyszedł mi wyciąg z banku. Okazało się, że Bank pobrał mi 100zł prowizji, za realizację 50 zł na poczet zajęcia komorniczego, o którym dowiedziałem się po fakcie. Ręce opadają. Nie mam słów.

Mam nadzieję, że ludzie kiedyś się otrząsną, i po rewolucji i przewaleniu tego wszystkiego, będzie lepiej. Chciwość to chyba największy grzech dzisiejszych czasów. Stąd mamy na świecie kryzys, który niestety uderza najbiedniejszych.

Ostatnio słyszałem ciekawy wywód. Otóż jeden z internautów napisał, że dał instytucjom finansowym kasę na rozmnożenie. Przetrwonili je nie dając odsetek, i jeszcze znacząco pomniejszyli kwotę kapitału. A teraz te same instytucje domagają się spłaty swojej niegospodarności na obywateli. I tak ów człowiek nie dość, że stracił swoją kasę, to jeszcze musi z podatków pokrywać straty instytucji finansowych. Ów obywatel traci dwa razy. 


Po przyjściu z Banku, myślałem, że mnie szlak trafi. Nie dość, że płacę za prowadzenie rachunku, trzymam kasę u nich którą gospodarują jak chcą, to jeszcze naliczają bandycką prowizję ... a swoją frustrację mogę  koniowi zameldować.

Będąc w banku, słyszałem rozmowę jak to miła pani  za kontuaru  zaproponowała  pani emerytce przelanie 7000zł na lokatę 5%, a jak ja chcę pożyczyć kasę, to minimum 15% w skali roku, i do tego obowiązkowe ubezpieczenie, przygotowanie papierów do krydytu  etc. 

Biedni biednieją, a bogatsi się .... 

Chciwość - to  czym się wszyscy obecnie kierujemy w "dokonywaniu życia". Ostatnio super film o tytule "Chciwcy" obnażył naszą genetyczną wadę. Wszyscy jesteśmy tacy sami i to się nie zmieni, chyba, że ....  

Podczas odrabiania lekcji z Amelką zastanawiałem się w jakich czasach przyjdzie żyć mojemu dziecku za kilka lat. Pewnie z chipami i permanentną kontrolą nie tylko czynów ale i myśli.
... a tego już nikomu nie życzę w nadejszłym 2012 i pozostałych innych.

10 grudzień 2011
UWAGA

Dzisiaj zrobiło mi się przykro, najbardziej przykro, ze wszystkich przykrości na świecie. Przeczytałem uwagę w dzienniczku Amelki

Pani napisała, że Amelka powiedziała o sobie: „ …. i tak jestem głupia”
Kontekst wypowiedzi nieważny, ale zabolało mnie jak cholercia.

Po drążyłem dziecinę rozmową i dotarłem do sedna.

Chodzi o to, że są dzieci w klasie, które potrafią płynnie czytać, i są takie, które dopiero się uczą i pojedyncze literki, składają w sylaby, a potem w słowa. A, że moja córcia należy to tej grupy wolniej czytających ( 12 w stosunku do 4 szybciej ) , uznała, że jest głupia, bo się dopiero uczy.
Wyjaśnienie, zajęło mi trochę czasu, że po to się chodzi do szkoły, aby się uczyć czytać, pisać, liczyć etc … i ten kto się dopiero uczy nie jest głupi.

Zrozumiała, i zaczęła po wszystkim płakać.

Niestety właśnie Amelka zaczyna swój mały wyścig szczurów, w rywalizacji! … tylko o co?

Np. słyszałem od zaprzyjaźnionego taty, że ich dziecko przed pójściem do szkoły, przez 15 minut duka czytankę, ucząc się jej prawie na pamięć, aby potem w szkole z dumą czytać płynnie.

Czy to znaczy, że jest ambitniejsze od innych? Czy mądrzejsze? …a może sprytne! albo… ?

Gubię się w tym co jest lepsze? I jaką funkcję edukacyjną ma pełnić szkoła? … może właśnie jej największym zadaniem jest wywieranie nacisku na rywalizację abyśmy rozpoczęli za młodu marsz ku doskonałości.  Przecież wiadomo, że ci co będą w peletonie, będą dyktować warunki tym z tyłu.

Tylko czy przez to będą bardziej szczęśliwi?

A … na to wszystko oczywiście już największy wpływ ma klimat domu i rodziny, która determinuje nasze zachowanie i sprawia, że w przyszłości jesteśmy: głupsi mądrzejsi, przemądrzali, zahukani, dumni i bladzi, szyderczy, a najgorzej jak okrutni, tyranizując swoim ego otoczenie.


Ja takim tatą - tyranizującym - nie zamierzam być! ... tylko jakim?  ... i tu rodzi się dylemat w obliczu nowych szkolnych spraw.

... a na małym marginesie dodam, że zaczęliśmy z Amelką zakrojone działania na rzecz płynnego czytania.

02 listopad 2011
HISTORYJKA

W czasie trwania długiego weekendu, byliśmy z Amelką w kompleksie pałacowym w Kraskowie. Okolica bajeczna, tak bajeczna, że trudno oddać urok w opisie.... dlatego też, nie o tym mowa.

Podczas powrotu, w Opolu, zacząłem tłumaczyć Amelce, że następny postój zrobimy w Częstochowie.

- .....a wiesz, dlaczego Amelko miasto Częstochowa, tak się nazywa? – i opowiedziałem krótką historię o mieście, do którego jak się jedzie, to znika za pagórkami. – .... i dlatego przyjezdni zaczęli mówić na to miasto w taki zabawny sposób, bo miasto Częstochowa, się po prostu często chowa.

Wsiedliśmy do auta i pognaliśmy. Po jakiejś godzinie z tylniego rzędu usłyszałem

- tato, to za ile dojedziemy do tego CHOWANEGO!

25 październik 2011
GRYZIEMY

Gryziemy, gryziemy, razem z jabłuszkiem …. –
była to bułka nafaszerowana musem - gryziemy, - powtarzała w koło i naokoło kobicina, jakby się jej płyta zacięła  - …. o tu gryziemy, tak dobrze, …. nie nie wypluwamy tylko, gryziemy, od spodu gryziemy, nie, nie tutaj, o tak gryziemy, gryziemy dokładnie …. cale jabłuszko, ładnie gryziemy, gryź wszystko, ... to jest dobre, .... gryziemy, nie z tej strony, a z tej…. siedź spokojnie, jeszcze nie wstawaj , gryziemy… , juz nie chcesz, no podjedz jeszcze o tak gryziemy...

Myślałem, że mnie szlag jasny trafi jak tego słuchałem, przy okazji wysyłania listu na poczcie. Nie rozumiem skąd bierze się u ludzi maniera, gadania do dziecka, w taki sposób aby wszyscy dookoła uczestniczyli w monologu.

Nie wspomnę już o dziecku, które musi wysłuchiwać na co dzień takich tekstów.

Miałem ochotę wyrwać tę bułkę z rąk trzylatka i wysmarować jabłuszkiem twarz kobieciny powtarzając gryziemy! , o tak gryziemy!

Wściekłem się  strasznie.  Nie mogłem doczekać się momentu wyjścia.  Jej "gryziemy" trwało dobre 10 minut. Od tego czasu, mam traumę na widok bułek z jabłuszkiem.  


19 październik 2011
KPINA

„Poranny tost owiany zapachem pobliskiego lasu. Aromatyczna kawa z białą pianką z obłoków mknących za oknem. Mieszkanie w rytmie życia, jaki każdy chciałby wieść”

Oto cytat, który rzucił mnie na kolana. Tak oto jedna z firm developerskich, reklamuje swoje osiedle mieszkaniowe na Wilanowie w Wawie.

To brzmi jak jakiś dowcip lub kpina z obywatela. Nie wiem, czy oni nas uważają za ....   wierzących w idiotyzmy.

Ten kto był na osiedlach w Wilanowie, chyba śmieje się w głos po przeczytaniu powyższego cytatu.

W Wilanowie developerzy usytuowali budynki, w taki sposób, że  stoją obok siebie w odległości kilkunastu metrów. Już ciaśniejszej zabudowy nie da się zrealizować.  W środku blokowisk  są małe skwery: z jedną huśtawką i drabinkami. Całość 4 metry na 4 metry.   To ma być plac zabaw.  Mieszkania są tak rozlokowane, że sąsiad sąsiadowi bez trudu zagląda do okna. Ekshibicjonizm w pełnej krasie.

Właściwie, to nie trzeba mieć TV. Wystarczy wyjść na balkon, a  u sąsiada z na przeciwka,  wszystko idealnie widać, i to na prawdę,  bez wytężania wzroku.

A tu nagle developer wyskakuje z porannym tostem owianym zapachem pobliskiego lasu.

Ale beka!!!


17 październik 2011
CÓRCIA TATUSIA

Nie na marne jest powiedzenie, że każdy tatuś jest zakochany w swojej córce, a mamusia w synku.

Ja bym to ujął trochę innym stwierdzeniem.  Rodzic jest zauroczony swoim dziecięciem. 

Trudno jest mi scharakteryzować na czym polega różnica w zauroczeniu przypadająca na mamę wobec synka  i tatę wobec córci. 

Ważne tylko aby nie popaść w skrajność i nie wychować dziecka, które kiedyś będzie próżne, samolubne, zadufane w sobie, uważające, że wszystko się należy i świat kręci się wokół jego osoby.

Tylko jak to uczynić, gdy dzieci dobrze wiedzą jak ująć swoich rodziców, aby spełniały się ich życzenia. Taka mała istotka, już wie, co znaczy kokietować, jak rozegrać karty, aby uczynić coś co będzie po jego myśli.

Bardzo ciekawe i inspirujące jest bycie w centrum takich "zabaw:", pomiędzy dorosłym czyli nami, i przyszłym dorosłym, dla którego to jak my się zachowamy teraz, wpłynie na jego przyszłe życie. Zabawne ale i męczące w podejmowaniu  decyzji, gdzie trzeba odrzucić emocje i włączyć umysł. 

To spora odpowiedzialność spoczywająca nie tylko na rodzicach ale i wszystkich przebywających w kręgu malca. Myślę, że cywilizowane społeczności o tym wiedzą i rozumieją ten problem, dając wsparcie w szkole, na ulicy.    Babci i dziadka nie biorę pod uwagę, bo dla nich wnuczek/a to już kompletny kręcioł emocjonalny im można powtarzać w nieskończoność, a i tak zrobią więcej niż dziecina chce. 

No właśnie! ,  .... ale  to nie jest takie proste,  nawet gdy osiągniemy 100% wiedzy i zdolności w odmawianiu. W obliczu, bardzo smutnych i przygnębionych  dziecięcych oczu, tak naprawdę, zrobiłoby się wszystko, i zamiotło wszelkie mądre frazesy pod dywan.

I tu kłania się zlota zasada środka!  Trochę tu i trochę tam, tak by starczyło po równo.

  W końcu co ja wiem o tym wszystkim  mądrego, gdy mi Rudka  powtarza, że przez swoje zachowanie rozpieszczam dziecinę pomagając wkładać np kurteczkę i nieść tornister ze szkoły zahaczając o sklep zabawkowy, w którym kupuję 31 konika do kolekcji, koników z jednym rogiem.

Na marginesie dodam, że nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi z tymi konikami z rogiem, od których mam wielką dziurę w brzuchu od wiercenia słowami.   Dla mnie one wszystkie są takie same. Do tego wszystkiego na przekór sobie, podczas zabawy muszę wybierać najpiękniejszego i uzadniać swoją decyzję, co mi kompletnie już nie pasuje, bo czuję że kłamię. Niemniej, dla koników, moja córcia, najchętniej użyłaby wiertarki zamiast słów, wycelowując wiertło w sam środek mojego pępka.

Koniki jednak nie obejmują u mnie zasady zdroworozsądkowej! 

Jest jeszcze trochę takich odstępstw ale o tym to już małe SZA! 





 





Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
81602
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
2754
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
66
Zobacz serwisy INTERIA.PL