Księga gości
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
8404
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
386
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
7
|
|
|
|
|
2009-05-13
|
... wybacz Harisonie, że cię odłożyłem do Lamusa. Pamiętaj, że nie ma dnia, abym o Tobie nie myślał. Bądź cierpliwy, kiedyś do Ciebie wrócę! Obiecuję
Twój stwórca.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
PART 48
2008-12-29
|
- usiądź Harison
- jestem jak kazałeś!
- Nie kazałem! Przyszedłeś bo chciałeś... masz wolną wolę... chcesz to jesteś nie chcesz to wychodzisz ...- Kapłan z obojętnością patrzył - jaka jest twoja decyzja?
- Zostaję!
- W takim razie na czym skończyliśmy wczorajszą rozmowę, pamiętasz?
- rozmawialiśmy o Bogu!
- A więc jak jest z tym mordowaniem w imię religii, przemyślałeś kwestię!
- powiem tylko tyle ... to są fanatycy!
- I co to wszystko co masz mi do powiedzenia?
- Tak ... a co chciałbyś więcej wiedzieć, potępiam ich, cały świat ich potępia!
- ....tylko tyle! Nie wiele! ...codziennie łamiecie zasady, które uważacie za święte, wydaliście biblie, piszecie kodeksy etyki i moralności, ustalacie prawo, paradoksalnie ciągle się modlicie i może dlatego jest coraz gorzej, bo w waszym myśleniu jest cały czas słowo inni!
- .... ale potrafimy przebaczać, jeśli zbłądzimy!
- Wiesz co Harison mam ochotę wywalić ciebie za drzwi.. nikt tak bardzo nie podniósł mi ciśnienia krwi, od trzydziestu pięciu lat..
- Wyglądasz na starszego
- Może i tak... szybko umieramy, z braku dostępu do prawdziwego powietrza ...
- To choć ze mną na ląd!
- A w życiu już wolę być tutaj, nie chcę z wami mieć nic wspólnego!
- Choć, będziesz dłużej żyć – Harison zaczął przekonywać, wyczuwając słaby punkt
- Już pędzę! ... a potem skończę w laboratorium jako myszka doświadczalna!
- Nie musisz być ironiczny Atlancie!
- Ale jestem!
Harisonowi na siłę próbował zmienić temat, nie chciał słuchać rozmów o Jezusie. Kapłan bez trudu odczytał jego myśli.
- jeśli nie masz ochoty dalej rozmawiać to wyjdź, tylko nie trzaskaj drzwiami za sobą!
- Zostanę, ale wybacz nie wiem czy to wszystko co mówiłeś o Jezusie jest prawdą?
- ...niedługo się o tym sam przekonasz, jak już powiedziałem musisz być cierpliwy ! ... wracając do Mesjasza, żałujemy, że odchodząc od nas nie dostał atrybutu władzy!
- Jakiego?
- Nie przerywaj jak mówię ... Bata Harison, długiego bata aby naukę zaczął od chłostania was grzeszników! ... najciekawsze, że gdy Jezus opuszczał naszą krainę, idąc wzdłuż długiej fali sięgającej po sam ląd, wyglądał na szczęśliwego, ... cała nasza społeczność żegnała go chłodno!
- Chłodno?
- Przed jego pojawieniem byliśmy zimni, Jezusowi zawdzięczamy te dziesięć procent emocji jaki pozostawił po sobie, dlatego powiedziałem chłodno!
- No tak! Racja!
- Chyba nie musze przypominać, że nie wyrażamy emocji ... tak więc po pięciu latach znów był na waszej ziemi, gdy ostatni raz z nami rozmawiał był pełen optymizmu.... mówił, że będzie waszym nauczycielem, przewodnikiem chciał stworzyć radę dwunastu mędrców i rozpuścić ich po swojej śmierci na cały świat... szkoda, że nie przewidział, że jesteście rozjuszonym stadem!
- Jezus umarł za nasze grzechy! – Harison próbował ratować sytuację
- Świetnie to sobie wytłumaczyliście, oj wy ludzie jesteście nieźle pokręceni!
- Przelał za nas swoją krew!
- Mów dalej Harison...dopasuj historię tak aby pasowała do całości ... to jest żałosne tłumaczenie... jesteście obłudnikami, zamordowaliście w imię wiary takiego człowieka, a pomyśl co by było gdyby żył!
- Nie wiem?
- Ja ci powiem! Gdybyście go nie ukrzyżowali w imię grzechów, to byście byli inni, bardziej ludzcy zbliżeni do nas, społeczeństwem doskonałym, bez wojen, zazdrości, obłudy .... a tak jesteście zarażeni wirusem nienawiści... nie zdążył was do końca wyedukować ... a czy tak nie jest obejrzyj sobie film Pasja! – odpowiedział Kapłan
- Skąd wiesz o tym filmie?
- Widziałem go, w twoim umyśle... pamiętaj wszystko co kiedyś zobaczyłeś jest przetrzymywane w twojej podświadomości ... a zatem mamy do niej dostęp ...to co widziałeś i to co przeżyłeś już zostało zgrane na globalny disk, gdy byłeś na pierwszym poziomie...
- Sam nie wiem co mam o tym sądzić – Harison podrapał się po głowie – to co mówisz nie wydaje się rzeczywiste!
- Myśl sobie co chcesz? ... nie ma to dla mnie żadnego znaczenia
- Przykro mi to słyszeć!
- Gdy Jezus umierał też mu było przykro, pomyśl o tym czasem, pomyśl o jego cierpieniu, co przeżywał na krzyżu!
- Ludzie modlą się za niego!
- Doskonale Harison , doskonale to módl się dalej i udawaj męczennika w swoim pokoju ... a teraz żegnam ciebie! Przyjdź jutro o tej samej porze.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
PART 47
2008-12-22
|
Usiądź! – rozpoczął kapłan – ... nie tak sobie ciebie wyobrażałem ...ale przejdźmy do rzeczy mam niewiele czasu na podjęcie decyzji!
- Postaram się mówić zwięźle! ...- nie owijając słów w bawełnę Harison przeszedł do meritum - ... a więc jak już mówiłem kapłanowi pierwszego poziomu ...macie w swojej technologii energię, którą potrzebuję zabrać na ziemię
- ....aby otrzymać formułę kryształu, na to musi wyrazić zgodę rada pięciu! Moja władza nie sięga, aż tak daleko!
- Ale przecież zasiadasz w tej radzie, nie możesz z nimi porozmawiać bez tych ceregieli, które trwają już ponad rok?!
- Nie!
- Czyli ... - Harison spokojnie odparł - ... aby otrzymać formułę trzeba będzie jechać z drugiego na trzecie piętro i zawieść kolejne podanie. Muszę powiedzieć, że u was podobnie jak u nas panuje taka sama biurokracja.
- Nie bądź ironiczny przybyszu... wszędzie tak jest! Trzeba jakoś sprawować władzę nad społecznością, nawet gdy jest pod wodą.
- Ależ czy przepisy nie ograniczają swobód obywatelskich!
- Naszych nie!... wszyscy się podporządkowują!
- U nas niestety każde przepisy rodzą sprzeciw gdyż najczęściej są durnowate!
- Ładnie powiedziałeś! ... nie znam tego słowa ... durnowate sądziłem, że tylko odnosi się do was ludzi,... pewnie ty byś chciał po pierwszej wizycie otrzymać to o co prosisz, tylko dlatego, że jesteś człowiekiem! ...– Kapłan, nie spuszczając oczu z Harisona rzeczowo odparł - znajdź inny powód?!
- Nie ma innych powodów, jak tylko ten, że bez alternatywnej energii czeka nas kompletny chaos, już mówiłem twojemu poprzednikowi na czym polega problem.
- Zatem przekonaj mnie osobiście! Wtedy zobaczymy!
Harison w kilku zdaniach opisał globalny problem energetyczny na koniec argumentując - ...jeśli moja misja spełznie na niczym, wówczas na ziemi zapanuje mrok, a władze przejmą nieczyste siły zginie niepotrzebnie mnóstwo ludzi!
Kapłan od razu przeszedł do riposty –... no to faktycznie! ... tam na ziemi macie duży problem, ale ja jestem przekonany, że wszystkie wasze bolączki zawierają się zupełnie w czymś innym!
Harison przerwał - wiem w czym! w emocjach! – krzyknął - Mówił o tym kapłan pierwszego poziomu ...
- dokładnie tak... to co się dzieje na ziemi jest wielką kumulacja waszej przeszłości... nie ma dla was ratunku, gdybyście byli tacy jak my nie byłoby problemu ... my Atlanci zredukowaliśmy uczucia, nie ma w nas zazdrości, pożądania, pragnień, zdziwienia niczego, co wiąże się z podwyższonym ciśnieniem krwi. U nas w tętnicach ciśnienie skacze w podziałce od jeden do dziesięć w częstotliwością trochę powyżej zera, ... A u was, ludzi nastroje szaleją jak sztorm na morzu... na dłuższą metę to niebezpieczne! Fala może się przelać, zalać pokład a statek zatonąć! ... dlatego teraz toniecie!
- Widzę, że nas dobrze znacie?
- Dokładnie tak! ...przyglądamy się wam od tysiący lat... już od czasów gdy byliście jeszcze małpami i szukaliście pożywienia na drzewach!
- A wy... co robiliście wtedy?
- w tamtym czasie my już byliśmy bardzo daleko zaawansowani! – Kapłan zamyślił się - ...dalej niż wy teraz... dlatego nigdy nad nie dogonicie!
- Może i tak ale i tak zrobiliśmy duży skok technologiczny! ...nie prawdaż?
- Nie żartuj Harison, nie rozśmieszaj mnie – wewnętrzna wskazówka emocji kapłana wychyliła się o jedną dziesiątą stopnia. Mimo to, był wyraźnie rozbawiony.
- Widzę, że się uśmiechnąłeś – żachnął się Harison – może jednak jest w was coś ludzkiego.
- zabawny z ciebie człek, dlatego zakrzywiłem usta.... ty nic nie rozumiesz! ...oddaliśmy wam ludziom, wtedy jeszcze małpom, więcej przestrzeni do życia, bo tak chcieliśmy. Nie potrzebowaliśmy dużo ziemi, wystarczyła nam mała wyspa na morzu, gdyż od początku stawiamy na kontrolowaną populację. Zbyt szybki rozród może prowadzić do zagłady.
- Zgadzam się z tobą – odparł Harison – ale nie musisz nas ludzi teraz nazywać małpami!
- Dobrze! powiem inaczej, był okres, że mogliśmy was wytłuc jak muchy, jednym pstryknięciem palców,... jednak postanowiliśmy sobie popatrzeć na was z uwagą ...jak powoli z czterech nóg stawaliście na dwie łapy!
- Czy to znaczy, że zrobiliście sobie z nas arenę cyrkową ?
- Powinniście dziękować, że nie urządzaliśmy Safari... mieliśmy z wami świetny ubaw, czasem podsyłaliśmy wam na ląd trochę jedzenia i karmiliśmy was na kiju, abyście przez przypadek nas nie ukąsili. Najbardziej cieszyły się nasze dzieci, była do dla nich prawdziwa frajda. Wtedy nie byliście jednak niebezpieczni, pomimo iż byliście dzicy i wściekli!
Harison patrzył z zaciekawieniem, a Kapłan opowiadał
- ...i tak powoli się oswajaliście, nawet niektórzy Atlanci mieli swoich pupili, wy z kolei przy naszym udziale zaczęliście nawet wykonywać polecenia co było wielkim przełomem. Wtedy podarowaliśmy wam ogień, bo szkoda nam było patrzeć jak marzniecie, zwłaszcza gdy całkowicie straciliście owłosienie. Przyznam, że popełniliśmy błąd, gdyż karmiąc, pozbawiliśmy was instynktu związanego z walką o pożywienie, i zamiast tego zaczęliście koncentrować uwagę na rywalizacji o względy u nas ...mizdrzyliście się jak psiaki! .... Minęły znów stulecia i staliście się ... tfu - kapłan splunął na podłogę – pazerni i zachłanni gorzej niż dzikie zwierzęta ...wiesz dlaczego?
- domyślam się!
- To dobrze! ...po tysiącleciach staliście się naprawdę niebezpieczni... czasem żałujemy, że gdy była okazja nie unicestwiliśmy was! .... teraz jest już za późno.
- Czy to znaczy, że boicie się nas!
- Nie Harison ...Atlanci niczego się nie boją, są dumnym narodem, ale są ostrożni.....chodzi o to, że mogliśmy pozbawić was myślenia gdy byliście szalejącą hordą, owładniętej chorobą która zwie się „więcej” i „więcej’, ....wtedy gdy już zaczęliście się wzajemnie mordować o ziemię, o kobiety, o względy, o wszystko nawet w imię bóstw licytując które bóstwo jest lepsze ..... jesteście żałośni tej waszej rywalizacji o nic ...
Harison nie przerywał
- ... wystarczyło posłać wam jakąś nieuleczalną chorobę, która w ciągu kilkunastu lat zrobiłaby swoje... ale wtedy miało miejsce jedno bardzo ważne wydarzenie, które ocaliło was od zagłady....otrzymaliśmy list od naszych zwierzchników, że mamy przyjąć pewnego tajemniczego gościa. Musieliśmy zastosować się do rozkazu... choć uczyniliśmy to bez przekonania... nie lubimy nikogo przyjmować z poza naszej społeczności....nawet protegowanych!
Hariosn nie spuszczał wzroku z rozmówcy.
- ...gdy do nas przyszedł, z uwagą go wysłuchaliśmy, wydawał się jakiś inny, odmienny, spokojny, zrównoważony, miał niesamowite spojrzenie głębokie jakby ukryta była w nich prawda o życiu ...nie dało się go nie lubić. Biło od niego niewytłumaczalne ciepło o razu Atlantom przypadł do serc ... gościliśmy go na naszej wyspie przez pięć lat,... prowadziliśmy z nim długie dysputy, pokazaliśmy mu jak żyjemy, nauczyliśmy paru trików z wstrzymywaniem pracy serca, a on nas nauczył chodzić po wodzie... W naszej super pamięci zapisany jest jako człowiek z brodą ... gdy się dowiedział o naszych planach związanych z unicestwieniem was ludzi przekonywał, że warto poczekać i dać wam szansę. Mówił, że wkrótce za jego sprawą się odrodzicie!.... Że wyjdziecie z cienia!,.... że zrozumiecie! ... gdy od nas odchodził pragnął abyśmy kiedyś razem stworzyli zaczątek wielkiej cywilizacji. ... mówił że będzie się modlić o to u swojego Ojca.
- Co ty mówisz Kapłanie... jaki człowiek z brodą – Harison ożywił się, jakby przeczuwał o kogo chodzi.
- A ilu Harison znasz ludzi, którzy potrafią chodzić po wodzie
Harisonowi zamyślił się poczym zapaliła mu się zielona kontrolka, krzyknął - Jezus Maria?
- Świetnie Harison, tylko bez Maria. Człowiek z brodą przedstawił się jako Jezus!
- To niemożliwe
Kapłan wydawał się nie zwracać uwagi na oburzenie Harisona - ... to był wielki człowiek który po powrocie zaczął nauczać was ludzi, założył szkołę i przekazywał wiedzę, zaczęło być coraz głośniej o nim na lądzie.... potem ukrzyżowaliście go w Jerozolimie, ...
- Nie mogliście go uratować!
- Nie!... nasi zwierzchnicy zakazali nam interwencji!
- Jacy zwierzchnicy?
- Nie ważne o tym się dowiesz na innym poziomie jeśli tam zdołasz dotrzeć.
- A nie możesz Kapłanie teraz mi powiedzieć!
- Nie!, skupmy się na problemie waszego stosunku do życia, do wartości, które unicestwiliście na krzyżu, tworząc ciernistą drogę z jego cierpień. I co najciekawsze ... teraz z kolei czcicie waszego Jezusa, jak króla budując strzeliste budynki, i wznosząc modły do nieba. .... jesteście wyjątkowo ... – kapłan nabrał więcej powietrza w płuca - ...powiem krótko ...trzeba było was utylizować gdy była okazja!
Harison zerwał się z krzesła. Purpurowiał ze złości. Krzyknął – przestań tak o nas mówić Atlancie!
- Przestań kipieć Harison .... stań z boku i popatrz na siebie – spokojnie odparł kapłan – emocje powodują, że szalejesz jak sztorm ... może mnie teraz zabijesz w imię wiary? Obraziłem ciebie! Mówię prawdę ....my Atlanci nigdy nie kłamiemy.
- Tego nie wiem naszych księgach nie ma informacji, że Jezus był u Atlantów z wizytą?
- ... może komuś zależy na ukrywaniu tego faktu! Powtarzam, że gościliśmy go przez pięć lat!
Harison zaczął się uspakajać – faktycznie są przypuszczenia, że Jezus gdzieś podróżował, kroniki z tego okresu są w sprzeczności, podając różne miejsca ... ale żadna nie mówi o krainie Atlantów!
- Gdyby to była oficjalna informacja być może odkrylibyście największą tajemnicę!
- Jaką?
- O waszej zagładzie! to jest zapisane i głęboko ukryte Leży u nas bezpieczne od tysięcy lat!
- Gdzie?
- Może kiedyś odkryjesz prawdę, ale do tego czasu nie zaprzeczaj i nie odrzucaj żadnych hipotez ... gdy będziesz cierpliwy i mniej wybuchowy to przedstawię tobie dowód na potwierdzenie moich słów!
- Chciałbym to poznać jak najszybciej!
- Niestety! ... musisz uzbroić się w cierpliwość ... martwi mnie jednak twoja złość jaką jest przepełniony twój umysł, widać, że dla swojej misji jesteś w stanie posunąć się do .... właściwie to przez moment wyglądałeś jakbyś chciał mnie zabić.... teraz rozumiem, dlaczego wy ludzie potraficie mordować się nawzajem!
- Ja do nich nie należę!
Kapłan był wyraźnie oburzony - ...hm ty nie?! ... a w czym jesteś lepszy od twoich braci, którzy w imię wiary kiedyś urządzali sobie krucjaty, a twoi krzyżaccy bracia mieczem nawracali niewiernych mordując całe wsie, .... a teraz twoi pobratyńcy w imię Allacha robią to samo...
- nie łącz mnie z nimi!
- przecież wszyscy jesteście tacy sami, przykro mi to mówić... macie skarzoną od nienawiści genetykę, łańcuch odpowiedzialny za zło cały czas pączkuje.... i się zastanawiam po co ja w ogóle z tobą rozmawiam. – kapłan zawiesił myśli - na dzisiaj dość! ... jutro przyjdź o tej samej porze.
Harison wstał i skinął głową na pożegnanie. Nie pomyślał nic złego o kapłanie w obawie aby rozmówca nie odczytał myśli. Zamknął za sobą drzwi i udał się na spoczynek. Gdy dochodził do swojego pokoju wreszcie pomyślał – z tym kapłanem nie pójdzie mi tak łatwo!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
PART 46
2008-12-14
|
Harison opuścił pokój. Razem z mnichem stanęli na małej platformie, ułatwiającą poruszanie w obrębie poziomów. Pod czas jazdy na dworzec, nie słychać było odgłosów pracy silnika. Motor był napędzany elektrycznością z małego źródła napięcia, które zawierało się w mikroskopijnych iskrzących kryształach. Technologia była tak dalece zaawansowana, że na ziemi musiałyby upłynąć jeszcze tysiąc lat aby naukowcom udało się zapisać pierwsze litery długiego łańcucha liczb odkrywających strukturę kryształu. Cywilizacja w której Harison znajdował się posługiwała się tym od wieków.
Platforma podjechała do budynku. W sali odlotów nie było wielu oczekujących. Raczej niewielka garstka wybrańców, którym udało się awansować na wyższy poziom świadomości.
- to jest nasze ostatnie spotkanie... – odparł mnich, który został przydzielony jako opiekun przybysza – mam nadzieję, że uda się tobie dotrzeć do ostatniego piątego poziomu!
- Dziękuję za życzliwość przyjacielu – Harison objął mnicha ramieniem. Mężczyzna wydawał się spokojny, jakby pożegnanie nie robiło na nimi żadnego wrażenia.
Harison zapytał – powiedz dlaczego sam nie próbowałeś awansować?
- Gdy dotrzesz do świętego oka sam się przekonasz czy było warto! ... ja wolę być tu gdzie jestem!
- Ale przecież tu nic nie ma! Poza jedynie świętym spokojem!
- Właśnie! Sam sobie odpowiedziałeś!
- Mam do ciebie ostatnią prośbę, czy możesz się do mnie uśmiechnąć!
Mnich spojrzał obojętnie na rozmówcę – właściwie po tej prośbie powinienem ciebie cofnąć
- rozumiem! Przepraszam! – odparł Harison – zapomniałem, że nie chcecie wyrażać emocji, ...ale jakbym ładnie poprosił?
- nie próbuj ze mną żartować to na mnie nie działa!
- Żartować rzecz ludzka! .
- Właśnie Harison, właśnie ... być może kiedyś zrozumiesz o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. – mnich odpowiedział jakby nie słyszał dygresji - Na tym poziomie twoja nauka została ukończona, choć.... – machnął ręką – ... niech teraz inni się z tobą mordują.... do widzenia.
Harison poszedł korytarzem do celnika, który wziął od niego żółtą kartkę. Przeskanował cheap w komputerze i otworzył bramkę. Harison podszedł do drzwi, które wyglądały jak wejście do windy. Nacisnął cyfrę dwa. Drzwi zamknęły się. Po niespełna jednej sekundzie drzwi otworzyły się, a których stał Atlant - witam pana. – postać przypięła do płaszcza kartkę z cheapem– to jest twój identyfikator, możesz z nim poruszać się po drugim poziomie. Teraz, jednak pójdziesz za mną!
Z sali odlotów, po wyjściu na zewnątrz obydwoje znów stanęli na ruchomej platformie. Jadąc Harison miał wrażenie jakby wszystko wyglądało tak jak na pierwszym piętrze. Mijał podobne ulice, te same chodniki, podobne budynki, i identyczne postacie z charakterystycznymi szpiczastymi uszami. Osobnicy mieli jedynie bardziej eleganckie ubrania. Podczas jazdy słyszał myśli mijanych – przybył nowy! ... dziwnie wygląda!
Podczas drogi mężczyźni nic nie mówili. Platforma podjechała pod hotel. Przeszli klika kroków. Wreszcie tubylec przemówił.
- Pokój nr 37 tam będziesz zakwaterowany. Jutro rano przyjadę po ciebie. O szóstej bądź gotowy. Pojedziemy wprost do kapłana drugiego prowincjonatu, od razu zostaniesz poddany obróbce. Nie mamy czasu na ceregiele, zbyt długo się z tobą cackali na pierwszym poziomie. Gdyby to ode mnie zależało pozbawiłbym ciebie od razu myślenia!
- Hm! ... zatem jesteś oddelegowanym aby pomóc mi się zaklimatyzować, dziękuję za życzliwość!
Postać nie wyrażała żadnych emocji, jedynie w kącikach oczu widać było lekko drżący fragment słowa niebłaznuj
|
|
Komentarzy:
1
|
|
PART 45
2008-12-07
|
- numerze 1820! ... wystąp z szeregu!
Smukła postać wysunęła się z długiego szpaleru ustawionych ludzi.
- Numerze 1820! – tubalnym głosem grzmiała gruba strażniczka - Decyzją administracji zostajesz przeniesiona do drugiego sektora, przygotuj wszystkie rzeczy! Do szeregu wstąp!
Obóz znajdował się w środku Ameryki Południowej, w puszczy amazońskiej. Spece od zabezpieczeń wybrali to miejsce nie przypadkowo, gdyż nie trzeba było tworzyć specjalnych fortyfikacji, w celu nadzorowania więźniów. Obóz był niewielką częścią, złożonej sieci wielu takich ośrodków odosobnienia, powstałych na całym świecie. Ten jednak był najbardziej strzeżony, ze względu na charyzmę, niektórych uwięzionych w nim osób.
Na środku dużego placu, stała wysoka strażnica, na górze której znajdował się punkt obserwacyjny. Spod daszka wystawała lufa karabinu, wyposażonego w gumowe kule, którego uderzenie w jakąkolwiek część ciała, paraliżowało uciekiniera. Jeśli nawet śmiałkowi udałoby się wydostać z placu i zniknąć w zielonej gęstwinie, natura w ciągu kilku dni, wchłaniała zbiega, użyźniając glebę wcześniej pogryzionym przez insekty ciałem. Wszyscy więźniowie o tym wiedzieli. Zielony płot, o grubości dwóch tysięcy mil i poprzecinany dodatkowo niezliczoną ilością dopływów rzeki Amazonki, był wystarczający aby zniechęcić każdego do podjęcia próby ucieczki. Dlatego porwani posłusznie pracowali, w specjalnie przygotowanych drewutniach, przystosowanych do zbijania trumien. Z czasem Naziści udoskonalili linię produkcyjną, i gdy przybyły pierwsze urządzenia wtryskowe, zaczęły powstawać plastikowe sarkofagi, które później samolotami, przwożono na drugi koniec świata. Pojemniki były magazynowane głównie w Stanach Zjednoczonych, za przyzwoleniem Białego Domu, umoczonego w tym haniebnym procederze. Trumny przygotowywano dla przeciwników Nowego Ładu.
Do obozu można było dostać się jedynie drogą powietrzną. Raz w tygodniu przylatywał samolot transportowy, gdzie obok rzuconych worków z jedzeniem, często znajdowała się związana i uprowadzona ofiara. Porwani ludzie, do miejsca odosobnienia przybywali z całego świata. Byli nimi biznesmeni, znani politycy, ministrowie, a nawet prezydenci, wśród których jeden zasługiwał na uwagę, ze względu na swoją buńczuczność. Wszyscy go świetnie pamiętali, że już jako chłopiec, chciał ze swoim bratem bliźniakiem, skraść światu księżyc. Dlatego, wzrastając w duchu podejmowania nierealnych wyzwań, jako dojrzały mężczyzna, dzięki uporowi i niezłomności charakteru objął najwyższe stanowisko w swoim Państwie.
Natychmiast bliźniak Prezydent, gdy został zaproszony na pierwszy zjazd podstępnie stworzonej przez Nazistów, Rady Ocalenia Unii Europejskiej, nie zabierając wcześniej głosu, podniósł sprzeciw do najmniej istotnych spraw. Po kilku miesiącach, po setnym podobnym wecie, został okrzyknięty wrogiem Nowego Ładu. Naziści zobaczyli w nim godnego przeciwnika, ze względu na niewytłumaczalną charyzmę, większą niż osławiony Napoleon Bonaparte. Dlatego Naziści podjęli karkołomną próbę porwania, Niesfornego, stawiając wszystko na jedną kartę.
Podczas powrotu zagranicznej delegacji, konwój Niesfornego został ostrzelany. Incydent ten miał odciągnąć uwagę ochrony od głównego zadania, które rozgrywało się kilka km dalej, gdy druga ekipa kidnaperów, uszkadzała samolot prezydencki. Gdy konwój dotarł na lotnisko, zorientowano się, że Niesforny został uziemiony na samym środku pasa startowego wraz z innymi. Niestety, aby ratować życie ważnych polityków i w tym Głowy Państwa, wbrew procedurom bezpieczeństwa, wyczarterowano samolot, który miał bezpiecznie zawieść delegację do domu. I w ten oto łatwy sposób kolejny przeciwnik Nowego Ładu, został przewieziony wprost do obozu w Amazonii. Szybko, też uprowadzono i drugiego bliźniaka. Obydwóch braci umieszczono w oddalonych od siebie obozach, w myśl ustawy stworzonej specjalnie dla nich, że jeden może mniej narozrabiać, niż dwóch, dlatego trzeba ich za wszelką cenę rozdzielić.
Gdy Niesforny, po wysłaniu talonu na paczkę żywnościowo odzieżową otrzymał z Domu Wiejskiego negatywną odpowiedź, zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak, gdyz brat nigdy nie pozostawiłby go na pastwę losu. Niesforny zacząl buntować więźniów w drewutniach. Naczelnik, w obawie przed załamaniem grabarskiego rynku, po konsultacji z dowództwem zaryzykował, i doprowadził do sytuacji, że bracia chwycili się za ręce, ale pod jednym warunkiem, że obydwaj przysięgną, na grób wytwarzanych trumien, że nie będą psocić. Od momentu gdy bliźniacy poczuli braterski uścisk dłoni, zgodnym chórem powiedzieli - dajemy słowo na to że... ! - i w tym miejscu wymienili cały szereg nakazów.
Na początku, już Sforni, postanowili skoncentrować całą uwagę nad zajęciem, które pozwoli im jakoś wytrwać w zaprzysiężeniu. Przypomnieli sobie historię z dzieciństwa i powrócili do planu zaciemnienia nocy. Od tego momentu, nocami knuli przebiegły plan, w którym rozrysowywali strzelistą drabinę sięgającą sklepienia nieba. Rozumieli, że w każdym szaleństwie istnieje jakieś rozwiązanie.
Jednak w czasie snów, złe myśli mąciły ich umysły. Znów zaczęli knuć.
Wtedy którejś nocy, pod pryczę Prezydenta bliźniaka przewałęsał się bezdomny kot, później nazwany Alik. Potem ściągnęła cała wataha stworzeń toczka w toczkę podobnych do siebie. Jak się potem okazało, wszystkie Aliki podrzucał systematycznie Naczelnik, hodując je na zapleczu swojego gabinetu. Naczelnik chciał, aby obok przyjemności głaskania kotów, pojawiła się w charakterze bliźniaków cecha odpowiedzialna za sprawowanie opieki nad innymi. Nawet pozwolił na wtryskarce w drewutni, przeznaczonej do produkcji trumien, zrobić sto kilkadziesiąt małych pojemników, a potem tysiąc, by pomóc utrzymać czystość w barakach, a wszystko po to, by bliźniaków ukierunkować we właściwą stronę, według zasady ordnung mus zai, a następnie relaks. Bracia powoli się resocjalizowali.
Podczas gdy bracia tulili się do powiększającej się gromady Alików, i zmieniali piasek w mikro sarkofagach, w przeciwległym baraku, przebywała zagadkowa osoba. Na początku sądzono, że znalazła się przez pomyłkę w obozie. Nie była nikim ważnym jak tylko zwykłą dziewczyną uprowadzoną ze śródziemnomorskiej plaży. Po porwaniu, Margerita wierzyła, że zostanie wkrótce uwolniona, gdy się oprawcy zorientują, że popełniono błąd. Jednak niewiadomo z jakich przyczyn od ponad roku, nikt się po nią nie zgłaszał.
Dziewczyna posłusznie wróciła do baraku i zaczęła pakować wszystkie rzeczy. Spojrzała na wysłużoną pryczę. Położony na wierzch materac znajdował się zaledwie kilka centymetrów nad ziemią, ale na tyle wysoko, aby koty mogły przemieszczać się swobodnie w obrębie wszystkich baraków. Zwinęła w kłębek koc i pogładziła wygniecione łóżko. Przypomniała sobie, jak kilkakrotnie po niesubordynacji, ruda strażniczka o imieniu Gertruda, w celu złamania oporu, wrzucała Margeritę do ciasnej izolatki, gdzie przez kilka dni i nocy, na wilgotnej ziemi, spędzała czas w odosobnieniu. Wtedy, po powrocie z ciemnicy, prycza wydawała się być miękkim schronieniem.
Obok łóżka stała niewysoka szafka z jedną szufladą i jednymi drzwiczkami. Ze środka Margerita, wyjęła kilka osobistych rzeczy. Grzebień do czesania krótkich włosów, małe lusterko, do którego często zaglądały zapłakane oczy, notes z odhaczanymi dniami i nocami, które upłynęły w tym samym ciągu ponurych zdarzeń, i na dnie szuflady, jedno pożółkłe zdjęcie. Spojrzała na wizerunek – mam nadzieję, że żyjesz! ... – wyszeptała. Reszta myśli krążyła w obłędzie już tylko pragnień.
Margerita była tak samo piękna, jak podczas pierwszego dnia gdy na swojej drodze spotkała ukochanego. Śniada cera wyróżniała ją spośród wielu kobiet w obozie. Nie straciła powabu. Jedynie oczy spływały smutkiem, jakby na stałe zagnieździło się w nich cierpienie.
- gotowa jesteś – Gertruda w drzwiach krzyknęła – nie guzdrz się tak!
- A co będzie z moim ... – w oczach pojawiła się wielka łza – czy ...
- Nie martw się – strażniczka znalazła w sobie odrobinę łaskawości – ... to o co pytasz już czeka w nowym pawilonie... masz szczęście! ... dzięki łaskawości kogoś z góry znowu je odzyskasz... a już miało wykupiony bilet! – zaczęła się głośno śmiać.
- Nie rozumiem – Margerita z niepokojem odparła – przecież mówiliście, że do mnie wróci ...
- ... kłamaliśmy, abyś nie robiła histerii ... ale teraz wszystko się zmieniło masz dużo szczęścia, ... czekaj zaraz sobie przypomnę jak się nazywa ten mocodawca, który jedzie do ciebie z Boliwii ? – strażniczka zmarszczyła brwi - ... cholera! ...zapomniałam! ... – zezłościła się - …. no nie wiesz kim jest?
- Nie wiem! ... ja naprawdę nic nie wiem proszę pani!
- Niedługo się dowiesz! W przyszłym tygodniu ... hm ... a już wiem! - wykrzyknęła - on jest kapitanem ... ten kapitan, w przyszłym tygodniu przylatuje z delegacją. Musi być kimś ważnym, to musi być jakiś dygnitarz! ... na pewno nie wiesz kim jest!?
- Nie!
- ...a może mój kij odświeży tobie pamięć! Jak dostaniesz końcem w plery!
- Ja naprawdę nie wiem ... – nagle oczy Margerity powiększyły jakby przypomniała sobie nieprzyjemny fragment z przyszłości udziałem kogoś, o kim wolała zapomnieć. Krzyknęła – Jezu! Nie! ... to nie może być Prein! … nie teraz!
- A widzę, że powoli odzyskujesz pamięć!
- Boże .... to musi być ten oprawca, który mnie tu porwał!
- No widzisz głupia dziewko, a już myśleliśmy z Naczelnikiem, że o tobie zapomniano! Jeszcze nie wiesz, że mój kochany dowódca ma na ciebie od dłuższego czasu, chrapkę! - Gertruda spojrzała na zegarek - przestań biadolić ...nie mamy czasu... pośpiesz się...i posprzątaj pryczę ... jutro przybywa nowy transport z przeciwnikami Nowego Ładu – strażniczka wypowiadając zdania stała się butna i opryskliwa – złamiemy każdy opór! – walnęła wielką lagą w ścianę – pośpiesz się bo cię zdzielę i obetrzyj oczy! ... nie lubię łez!
- Tak jest!... przepraszam panią bardzo .. proszę się nie denerwować! – Margerita z pokorą odpowiedziała, obawiając się uderzenia kija. Kiedyś tak było gdy była jeszcze harda.
Kobiety wyszły z budynku i ruszyły długim chodnikiem w stronę siatki. Margerita, w chwili jak przechodziła obok koleżanek z pawilonu spojrzała porozumiewawczo, na jedną kobietę wyróżniającą się z tłumu eleganckim sposobem bycia. Przekazała jej zaszyfrowane pozdrowienie – trzymaj się Jola i nie pozwól im się stłamsić! – Jola odpowiedziała podobnym spojrzeniem – nie martw się Meg! Niedługo się znów zobaczymy! Zaproszę cię do mojego programu na wywiad! – nadal wierzyła w sprawczą moc swojego męża, który uwolni ją z rąk Nazistów. Nie wiedziała, że jej ukochany, podobny los doświadczał w innym obozie, niedaleko w Guantanamo.
Kobiety uśmiechnęły się do siebie – tak wiem! Dziękuję! Pamiętam, co mi obiecałaś! Wszystko dobrze pamiętam i nigdy cię nie zapomnę kochana Jolu! – żegnała się Margerita kolejnym błyskiem w oku, przeczuwając najgorsze, że nigdy więcej nie będzie mieć okazji do poznania tak eleganckiej damy, u której niestety, również uwidaczniały się potargane włosy, siwiejąc u nasady. Wedle zasady, prędzej czy później wszyscy więźniowie musieli kompletnie zszarzeć.
W więzieniu obowiązywał żelazny rygor. Złamanie jednego punktu regulaminu zawsze groziło izolatką. Na rozmowy władze więzienne pozwalały jedynie w obrębie pawilonu, ale tylko do godziny 22. Po tym czasie nastawała cisza nocna. Apel zaczynał się o szóstej rano. O siódmej podawano śniadanie, było dziadowskie, jak cała reszta więziennego menu. Od ósmej rano do piętnastej, więźniowie wytwarzali plastikowe sarkofagi, jakby plan Nazistów niedługo zakładał eksterminację tysiąca przeciwników Nowego Ładu. Po godzinie szesnastej, więźniowie mogli przebywać na otwartym powietrzu. Jako urozmaicenie dnia zezwalano na prowadzenie ogródków z warzywami. Gdy sadzonki były gotowe do zbioru, oficjalnie, w wielkich koszach, zanoszono je do kuchni gdzie następnie, pod różnymi smakowitymi postaciami, zalegały na żołądku Naczelnika. O szóstej wieczorem, serwowano ostatni posiłek więźniom i od tego momentu nie wolno było nikomu opuszczać baraków, poza Alikami.
Któregoś dnia, niesubordynowani bliźniacy, łamiąc przyrzeczenie dane Naczelnikowi, wpadli na pomysł przemycenia do baraku kilku ziemniaków, marchwi, buraków i cebuli. Przez kilka tygodni znosili warzywa, ukrywając je pod deskami w podłodze. Mieli jakiś plan, i współwięźniowie mylnie sądzili, że obydwaj przygotowują się do ucieczki szykując wałówkę dla swoich czworonożnych podopiecznych. Niektórzy nawet przeciwnicy Alików, którzy mieli alergię na kocią sierść zacierali ręce, że Niesforni wkrótce powędrują w głąb Puszczy z miałczącą watahą. Niestety, w pamiętnym dniu, którego bliźniacy do końca swoich dni nie zapomną, po kipiszu, okazało się, że po warzywnym whiskasie pozostało tylko wspomnienie. Skrytka została odkryta, a skarby skonfiskowane. Jednak nie to było najgorsze, gdyż zamiast iść do izolatki, bliźniacy zostali ukarani zakazem zbliżania się do Alików, przez okres trzech miesiący. Wtedy bliźniacy się załamali. Nocami płakali, kwiląc i rozpaczając nad porzuconym losem kotów niczyich, które z drugiej strony baraków miauczały dopominając się czułych rąk swoich panów. Widok dla współwięźniów był nie do zniesienia i łamał serce każdemu, kto uczestniczył w takich mękach. Nawet jeden polityk, który lubił tylko palićkoty i z nich drwić, i który ciągle bliźniakom dokuczał za tak ochoczo okazywaną miłość do zwierząt futerkowych, odrzucił ze swoich wypowiedzi inwektywy, przybrał pseudonim Kochaćkoty w pełni solidaryzując się z ciemiężonymi. Po karze, znów na twarzach dzielnych bliźniaków powrócił uśmiech. Niestety, cierpienie jakie doświadczyli w czasie trzy miesięcznych tortur, zmieniło ich bezpowrotnie i w obawie przed utratą przywilejów, wkrótce bliźniacy stali się nijacy.
W obozie, miały miejsce również i inne zagadkowe wydarzenia. Zdarzało się, że niektórzy więźniowie znikali z pawilonów na kilka godzin. Na początku, Margherita nie zauważyła nic niepokojącego. Gdy odkryła prawdę była przerażona. Po rozmowie z jednym osadzonym, smolącym do niej swoje cholewy, zauważyła, że zaczął normalnie wymawiać literę R, którą dotąd traktował, jako L. Zorientowała się, że ktoś musiał gmerać w jego materiale genetycznym.
Margerita podeszła pod ścianę budynku, który czystością i kolorem elewacji różnił się od baraków. Strażniczka otworzyła drzwi. W środku było przyjemnie, gdyż grube ceglane mury odpowiednio schładzały gorąc. Przeszły kilka kroków i stanęły na wprost drzwi, gdzie na froncie widniała etykieta: „only for guest”. Strażniczka nacisnęła klamkę.
- Masz szczęście! … od dziś to jest twój pokój ...i radzę bez żadnych numerów ...nie próbuj uciekać! … zrozumiałaś!
- tak!
- Na stole masz nowy regulamin, lepiej stosuj się do wytycznych... i nie przyzwyczajaj się zbytnio, bo! …po przyjeździe dygnitarza… - zaczęła się głośno śmiać ukrywając pod rechotem, prawdę
- A co z moim...
Margerita urwała zdanie gdyż strażniczka pchnęła ją do środka. Gertruda nie chciała odpowiadać na pytanie. Jedynie odburknęła, ledwie otwierając usta – …zejdź mi z oczu nr 1820! - Na koniec przekręciła klucz w zamku, zostawiając dziewczyną kompletnie zdezorientowaną.
W pokoju było nienaturalnie spokojnie. Pomieszczenie wydawało się przytulne, pozbawione hałasu i gwaru. Margerita spojrzała za okno. Po drugiej stronie rozciągał się gęsty mur zieleni, utworzony przez wysokie stuletnie baobaby. Gdyby nie świadomość zamknięcia, mogłaby poczuć, że właśnie została zakwaterowana w hotelu z jedną gwiazdką, która w tym przypadku stanowiła o luksusie.
Rozejrzała się. Po cichu podeszła pod ścianę. Jej serce zaczęło walić jak młotem gdy powoli odchylała koc, przeczuwając w nim, ukryty największy skarb. Spojrzała i natychmiast w oczach pojawiła się łza, która uwolniona emocją, spłynęła po policzku - Jezu jesteś! ….
W małym łóżeczku smacznie spał niemowlak, dwumiesięczny synek Margerity. Za nim zalała się Łazami zdążyła wyszeptać - Obiecuję, że wydostanę ciebie z tego koszmaru! Obiecuję!
|
|
Komentarzy:
2
|
|
PART 44
2008-11-30
|
- bracie jesteś proszony do kapłana – posłaniec skłonił się w stronę stojącego przed lustrem mężczyzny.
- zrozumiałem!
- Zatem chodźmy!
Harison został zakwaterowany w niewielkim pokoju, o wymiarach dwa na cztery metry. Budynek, w którym mieszkał, nie musiał mieć sufitu, gdyż nad nim rozciągał się olbrzymi betonowy strop, będący niebem. Słońce zastępowały miliony jarzeniówek, świecących od rana, do nocy. Cykl zapalania i gaszenia światła wyznaczał jedną dobę. Przez dwanaście godzin tubylcy spali, w czasie drugich dwunastu godzin funkcjonowali, spędzając czas na powierzonych zadaniach.
W ciasnym hotelowym pomieszczeniu nie było urządzeń elektrycznych. Nie było kuchni. Jedynie w koncie znajdowała się łazienka z niewielkim prysznicem. Aby załatwić potrzeby fizjologiczne należało usiąść na hermetycznym pojemniku, a następnie, po wykonaniu wydalenia, nacisnąć przycisk w celu utylizacji odchodów. Mieszkańcy nie potrzebowali częstych wizyt w tym ustronnym miejscu, gdyż do jedzenia wystarczała im mała pastylka, która zawierała wszystkie niezbędne do życia mikro i makroelementy, oraz uzupełniała płyny. Przysługiwała jedna na cały dzień. W takiej sytuacji, ubocznym skutkiem trawienia tak niewielkiej ilości pożywienia, było coś, co tubylcy nazywali bobkami.
Harison ubrany był w białą szatę, przypominającą strój administranta kościelnego. Otworzył drzwi i zaczął szybkim krokiem iść za wysłannikiem. Do gabinetu kapłana prowadził długi pokręcony korytarz, stanowiący jeden, z pięciu głównych arterii komunikacyjnych. Podwodne miasto, nie było zbyt wielkie, i zajmowało powierzchnię pięciu boisk footbolowych, dlatego mieszkańcy, przynajmniej raz w tygodniu wpadali na siebie i korzystając z okazji, wymieniali między sobą myśli.
Harison, podążając za gońcem, w korytarzu minął kilku mieszkańców, którzy obojętne lustrowali go od stóp po sam czubek głowy. Odmienność wyglądu Harisona nie robiła już na nich wrażenia. Wiedzieli od swojego Kapłana, kim jest i po co przybył do ich tajemnej krainy. Ale był okres, że jego wizyta sprawiła sporo zamieszania, rozbudzając nie potrzebne spekulacje. Teraz, gdy Harison osiadł na dobre, nie wykazując oznak agersji, mógł bez obaw poruszać się po całym piętrze, zwiedzając najaśniejsze konty, gdyż ciemnych, jak się można było szybko zorientować, nigdzie nie było.
Mieszkańcy, mieli długie pociągłe twarze, o wysokim czole. Oczy rozstawione były w nienaturalny sposób w stosunku do nosa. Z boku czaszki, poprzecinanej żyłami, po obu stronach, odznaczały się szpiczaste uszy, za którymi widać było pozostałości po skrzelach. Mieli długie szyje o wąskim przekroju, gdyż przełyk ze względu na brak normalnego przełykania pożywienia uległ redukcji. Szyja zapadała się pomiędzy wystającymi obojczykami. Wąskie ramiona wyznaczały zarys długiego tułowia.
Na początku, Harisonowi sprawiało trudność rozróżnienie płci mieszkańców podwodnego miasta, gdyż wszyscy byli łysi. Ale z czasem odnalazł mały szczegół, który ułatwiał identyfikację. Niewielkie znamię nad lewą skronią, była wyróżnikiem na to, że ma się do czynienia z niewiastą. Kobiety, nie miały piersi gdyż nie podając pokarmu swojemu potomstwu, ich kształt unormował się na połowie, jednej miseczki, biorąc pod uwagę wielkość nie noszonych przez nie, staników. W zasadzie, nie stanowiło to żadnego problemu dla męskiej części podwodnej społeczności, gdyż samcy byli pozbawieni panelu, odpowiedzialnego za rozkosz. Nie musieli patrzeć ani dotykać, a sex traktowali jako konieczność służącą przedłużeniu gatunku. Tubylcy, gdy się im nie chciało mówić, do rozmowy mogli używać myśli, z tego względu właściwie całe podwodne miasto przez wieki milczało, poza jednym, od roku, uwięzionym osobnikiem.
Harison pokonując kilka schodów wreszcie doszedł do gabinetu. Gdy pożegnał przewodnika ukłonem, zapukał do drzwi.
- proszę wejść – Kapłan wezwał przybysza z ziemi. Kapłan siedział za biurkiem.
- czemu wezwałeś mnie bracie!
- Jesteś już u nas od roku ... i czas abyś wyruszył na drugi poziom naszej społeczności!
- Długo czekałem na tę chwilę i cieszę się z tego, że będzie mi dane poznać drugi poziom waszej społeczności. – Harison z respektem powtórzył za kapłanem, a następnie głęboko zamyślił się.
- Wiem o czym myślisz bracie? – odparł Kapłan – twój cały umysł jest dla mnie jak otwarta książka, ... nie martw się! ... i tak już nie pomożesz!
- Tak masz rację ale ten ból który mnie cały czas przeszywa jest trudny do opanowania, dzisiaj znów miałem sny o niej…
- …musisz zapomnieć! – przerwał kapłan gwałtownie Harisonowi, gdyż miał dość słuchania problemów sercowych, które były dla niego niezrozumiałe - ... postanowiliśmy wczoraj z zarządem, że wprowadzimy ciebie na drugi poziom świadomości. Dlatego, muszę ciebie zapytać, czy chcesz iść dalej czy wolisz tu pozostać i trwać w bezpiecznej stagnacji!
- Chcę iść dalej! – odpowiedział Harison bez zastanowienia – wolę ryzyko, od gnuśnienia!
- Jak chcesz! ….zatem powodzenia!
- Dziękuję! - Harison ukłonił się nisko – ...to kiedy ruszam?
- bądź jutro, po porannej pastylce, gotowy! …. zabierz wszystkie rzeczy!
- Czyli jedną tunikę!
- Tak dokładnie, i pamiętaj że już nigdy nie wrócisz do tego miejsca.
- Trudno! Płakąć nie zamierzam!
- Nie drwij sobie! Ostrzegam! – poważnie odparł Kapłan - tym którym udało się awansować na wyższy poziom świadomości, najczęściej skończyli dotkliwym w skutkach upadkiem!
- Nie rozumiem?
- U nas nie zmienia się zdania! ...u nas nie ma powtórek, czy replayów!... rozmawialiśmy już o tym!
- Tak pamiętam!... Trudno! Podejmę to wyzwanie! – uśmiechnął się do kapłana.
Jednak po drugiej stornie stołu siedziała postać, jakby rysy jego twarzy były martwe i nie okazywały emocji. Harison zakończył, przyjmując znów oficjalny ton -…na koniec dziękuję za okazane zaufanie i miesiące spędzone na rozmowach, nawet jeśli były dla kapłana nudne!
- Nie wiem co to nuda! – odparł kapłan – … ale jeśli do jutra zmienisz zdanie daj znać przybyszu, do czasu pierwszej pastylki masz czas do zastanowienia! … potem gdy wykonasz pierwszy krok, cyklu nie będzie już można zatrzymać!
- Zrozumiałem! Ale raczej, to nie nastąpi!
Kapłan zamyślił się i po chwili gdy Harison znajdował się przy drzwiach, odprał - Nigdy nie mów nigdy!
- Ale ja powiedziałem raczej! – i pośpiesznie wyszedł, aby znów nie być pouczanym.
Harison wrócił do pokoju. Zdjął tunikę i powiesił ją na wieszaku. W pomieszczeniu było gorąco ponad 36 stopni, dlatego położył się nago na łóżku, przykrywając jedynie cienkim płótnem. Zawiesił wzrok na suficie gdzie rytmicznie, terkotał wielki wiatrak, chłodząc rozłożystymi skrzydłami powietrze. Po chwili zasnął. Jak przez wszystkie noce spędzone w odosobnieniu zobaczył ten sam obraz, który nie przerwanie drążył jego umysł. Jak zwykle przez sen rozważał różne scenariusze, które nie dawały spokoju strapionej duszy, wywołując wyrzuty sumienia w związku z pozostawieniem Margerity na pastwę losu.
Obok śpiącego Harisona, na haczyku wisiała biała tunika, na której, na przedniej części wyhaftowany był znak o średnicy 10 centymetrów, podobny do tego jaki został wygrawerowany na plecach Karlosa. Trójkąt podzielony był na pięć równych części symbolizujący pięć poziomów. Na samym wierzchołku umieszczone było oko symbol boskiego spojrzenia, które ukryte było na piątym poziomie społeczności, do poziomu którego nie wielu mieszkańcom udawało się kiedykolwiek dotrzeć. Pozwolenia bowiem, musiała udzielić rada starszyzny. Mieszkańcy którzy decydowali się na ten krok, najczęściej na którymś z poziomów odpadali z gry i kończyli dotkliwym w skutkach upadkiem, czyli utratą prawa do myślenia. Ci którzy dotarli do celu doznawali zbawienia.
Harison, przekręcił się na bok i przebudził. Spojrzał w górę – co za terkot? ...wieruje i wiruje, jakby mi kto wiertło wkręcał w umysł - głośno westchnął - muszę go zatrzymać, za nim nie oszaleję w tej cholernej krainie Atlantów!
|
|
Komentarzy:
2
|
|
PART 43
2008-11-23
|
Nie bronił się, nie miał najmniejszych szans. Ciemny lej, rozświetlał się jedynie drgającym światłem latarki, którą Harison z całych sił, próbował utrzymywać w ręku. Miał jeszcze nadzieję, że uda mu się w nadarzającej okazji cokolwiek zobaczyć, i być może stoczyć walkę o życie. Jednak sto kilkadziesiąt metrów, pokonał szybciej niż pędzący ekspres Teżewe, w którym ze względu na awarię hamulców, w ostatniej chwili groziło już tylko wykolejenie. Potem latarka, ze względu na ilość uderzeń, odmówiła posłuszeństwa i Harison już mknąl w ciemnym tunelu, w którym niewidzialna siła, z nieustającym bólem, obijała ciało, jedynego pasażera, tłukąc jego kościami o boki wagonika. Nagle niewidzialna siła zatrzymała się. Harison próbował odwrócić się aby dojrzeć przeciwnika, gdy coś otworzyło luk, i przecisnęło go, wraz z sobą, przez ciasny otwór. Znów w szaleńczym biegu zaczął pokonywać kolejny dystans, niekończącej się drogi, w której brak jest horyzontu. Zdążył jedynie zauważyć, że tunel zaczął stawać się coraz jeśniejszy. Zrozumiał, że teraz jego ciało, już nie należące do niego, gdyż ze względu na ilość uderzeń pozostawało poza sferą świadomości, mknęło we wnętrzu długiej pokrzywionej jarzeniówki. Gdy odzyskał, to co przez kilka minut utracił, a więc pełną prercepcję odczuwania bólu, lewym łokciem uderzył o ścianę, w chwili jak skręcił gwłatownie w prawo, a następnie, poczuł jeszcze większy ból w krzyżu jak kręgosłup, przy wirażu w lewo, z całych sił wyrżnął o grube szkło. Znów wyhamował. Usłyszał kolejny charkot otwieranych wrót i ten sam gruchot własnych łamanych kości, gdy przeszedł na drugą stronę obręczy. Wciągnięty za szelki znalazł się w dużej sali. Natychmiast, ogromna siła rzuciła Harisonem o ścianę.
Osunął się. Otworzył powoli oczy. Jeszcze nie wiedział, czy klaskać czy płakać z faktu, że w końcu nie musi doświadczać kolejnych urazów. Czuł się jak niemowlak, który uczepiony jeszcze do pępowiny, po kilku godzinach męk, został na siłę zmuszony do wczesnego porodu. Czuł się, jakby był przepychany przy użyciu łokci położonej, brutalnie naciskającej ledwie opuchnięty brzuch matki, będącej dopiero w szóstym miesiącu ciąży. Z trudem westchnął - mógł być przynajmniej siódmy, albo ósmy - pomyślał mając na myśli swój parszywy los, pełniący rolę bezlitosnej akuszerki.
W pomieszczeniu nie było wody. Zdjął maskę. Mógł swobodnie oddychać. Spojrzał przed siebie.
- to ty! – wykrzyknął
- a kogo się spodziewałeś, pana Boga! Słyszałam, że go wyzywałeś!
Przed nim stała, piękna kobieta, o długich blond włosach – lepiej zdejmij maskę, bo słabo ciebie słyszę! – grzecznie poprosiła
Zastosował się do polecenia. Powtórzył - to ty!?
- wyczerpał się tobie repertuar słów?
- nie! ... ale to nie może być prawdą, że istniejesz! gdzie ja jestem?!
- u mnie!, chciałeś tu przecież przybyć, ... - śmiała się - kopałeś, kopałeś to się dokopałeś - była ironiczna – zresztą wiedziałam, że przyjdziesz!
- Dlaczego tak sądzisz!?
- Zawsze przychodzicie, jesteście odkrywcami nowych wrażeń, bez nich nie możecie żyć! – zaczęła się głośno rechotać wypełniając głosem całe pomieszczenie – samcy! Mężczyźni! ... zamiast siedzieć na dupie przy żonach, czy kochankach, wolicie szukać przygód w ramionach innej, dlatego przyszłeś do mojego dna!
- Przyszedłeś się mówi! – poprawił ją
Kobieta rzuciła go o ścianę. – mówię jak chcę! Jesteś u mnie ... wymagam szacunku!
- dobra! Dobra! co się wściekasz! Żartowałem, mów jak uważasz!
- Siadaj Harison porozmawiamy sobie trochę!
- A mamy o czym? – Harison spojrzał na swój zegarek , przymocowany do nadgarstka. Zauważył, że przestały przeskakiwać cyfry na wyświetlaczu - dziwne - pomyślał - ... a miał być odporny na uderzenia!...hm... przecież przeszedł wszystkie najcięższe testy wytrzymałościowe!
- Nie musisz się śpieszyć! - rzuciła, widząc zdziwienie na twarzy Harisona
- Dlaczego?
- Umarłeś głupcze! Jesteś zimnym trupem!
- Ale ja żyję! Co ty mówisz!
- nie widzisz, że twój zegarek stanął!
- pewnie jest uszkodzony!?
- ... zapewniam cię, że działa dobrze! ... spójrz na swoją skórę! ... jest blada ... wyglądasz jak trup!
- Nie prawda ... mam w sobie substancję H 78, która spowalnia krwioobieg!
- Chyba srubstancję! ... nie żyjesz kochasiu! I powtarzam jesteś zimnym trupem! Ale za nim przecisnę cię dalej... coś ci pokażę odwróć się!
Na wielkim ekranie pojawił się obraz. Kobieta przyciemniła myślą światło i puściła w ruch projektor. Powiedziała – poznajesz!?
- chyba tak!
- świetnie to teraz zapraszam do kolejnej sceny... zabawimy się troszkę!
- co ty mówisz kobieto!
- Milcz i patrz!
Niewidzialny operator wprowadził widzów pod drzwi domu. Ze środka słychać było dochodzące głosy mężczyzn. Uwidocznił się plan salonu. Za stołem siedział kapitan Prein, Karlos, dwóch Czyścicieli oraz Aspirant. Operator przeszedł obok rozbawionych mężczyzn, którzy jedli świeżo upieczone ciasto, którym Harison w ostatniej chwili pogardził. Kamera skierowała się w stronę kominka. Minęła mały aneks kuchenny. Piec był prawie wygaszony, na co wskazywały ostatnie dopalające się kawałki drewna. Kamera znalazła się na wprost drzwi do sypialni. Kobieta spokojnie przemówiła. – czy już wiesz! ... kto jest w środku!
Harison milczał. Na twarzy pojawił się grymas jakby przeczuwał najgorsze.
Kobieta zaczęła się przerażająco śmiać - ...i co! ... już się domyślasz!? - dodała - głupcze! – pastwiła się złowioną zdobyczą - ... nie mów, że nie wiesz!
- błagam cię NIE !
- za późno Harison! ... sam tego chciałeś przybywając do naszej krainy!
Kamera przeszła na drugą stronę drzwi. Na łóżku leżała związana Margerita, była nieprzytomna.
Harison poczuł tępe uderzenie, jakby gołą pięścią, ktoś uderzył jego mózg, celując w prawą półkulę odpowiedzialną za świadomość. Lewa strona czaszki, podświadoma, nadal pulsowała. Osunął się na podłogę, zapadając w głęboki sen.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
PART 42
2008-11-17
|
Dziewczyna jeszcze oddychała
- dlaczego odpowiedz? Dlaczego? – krzycząc, potrząsał omdlałym ciałem, które przelewało się przez ręce.
Margerita odzyskała świadomość.
- przytul mnie mocno Steve – prosiła spojrzeniem – o tak, dobrze! Rozumieli się bez słów, patrząc sobie tylko głęboko w oczy.
- coś ty narobiła kochanie?
- nieważne Steve, to już bez znaczenia!
- jak bez znaczenia! ... co ty mówisz!
- ...jeśli chcesz wiedzieć, powiem! ....może lepiej zrozumiesz moją decyzję ... tam na piasku, na werandzie, w pierwszą naszą wspólną noc, zobaczyłam ciebie na dnie morza, gdy leżałeś samotnie,... a potem ujrzałam jak ona ciebie porywa do siebie! .... nie mogłam na to pozwolić, abyś tam umarł! ... przecież jesteśmy sobie przeznaczeni! ... prawda Steve? ... prawda?
- Nie możliwe co ty … !
- Cicho ! – przyłożyła niewidzialny palec do jego ust – posłuchaj i nic nie mów, przytul mnie mocno ... o tak jak teraz! ... dobrze! ... - była spokojna. Na twarzy nie widać było strachu - ...chciałam tobie pomóc i ciebie uratować, abyśmy mogli popłynąc na koniec świata, na moim żaglowcu, podbnie jak w moich snach i marzeniach, albo nawet lepiej!
- .... Margerita!..jeszcze zdążymy! uspokój się.... - nie pozwoliła mu jednak dokończyć przerywając na słowach "wszystko będzie dobrze".
- ...ja Steve bez ciebie nie potrafię żyć, oddychać, cieszyć się i smucić!.... jesteś jedynym człowiekiem, którego mogłam pokochać kiedykolwiek i gdziekolwiek, jesteś jedynym człowiekiem, któremu mogłam ofiarować moją miłości po to, abyś mógł ją ogrzać w swoim sercu! - słabnąc ujrzała zbliżającą się odchłań, w której rozświetlał się promień. Wiedziała, że nia ma już czasu - ... i za to dziękuję tobie! za to! ... że się nami tak czule zaopiekowałeś! ... mną i moją miłością do Ciebie! i za to, że byłeś do końca ze mną!
Od tego momentu, milcząc, w ostatnich westchnieniach, domykała nawias swojego życia, uwalniając się od własnych słabości, od marzeń, które w obliczu przemijania traciły znaczenie. W jej spojrzeniu zapisywał się niewytłumaczalny błogostan, jakby na moment zatrzymywało się szczęście, próbując utrwalić się na wieczność w martwych oczach, jakby z obawy przed śmiesznością nad własnymi słabościami, chciała pozostawić po sobie miłe wspomnienie dla ukochanego.
Harison nerwowo spojrzał na manometr przytwierdzony do ręki Margerity. Był prawie pusty. Został zaledwie ułamek powietrza, do ostatniego tchnienia, którego dziewczyna nie mogła już być świadoma.
Nachylił się nad nią i wyjął aparat oddechowy z jej ust. Przyłożył swoje wargi do jej warg i pozostajac tak przez dłuższą chwilę, próbował ofiarować życiodajny oddech. Wtłaczając powietrze, szeptał do niej myślami, nie mogąc zrozumieć jej decyzji - ... odpowiedz mi proszę dlaczego, dlaczego to zrobiłaś?... Nie mogłaś mi zaufać ... wróciłbym! ... jestem pewny!
Nie było szans. Powieki Margerity ciężko opadały na oczy. Straciła płytki oddech.
Gdy patrzył na nieżywą dziewczynę, przelewającą się bezwładnie na rękach, zaczęła wzrastać Harisonie złość. Nie musiał długo w ciemności szukać, aby znaleźć, jedynie Bogu Winnego winowajcę, z którym bez chwili zastanowienia zaczął toczyć monolog - … Jezu! ...drugi raz mnie tu sprowadziłeś odbierając mi to co najcenniejsze, a teraz!? ... co uczyniłem, że tak boleśnie mnie ranisz! ... dlaczego z taką bezwzględnością zgasiłeś jej spojrzenie ... czemu zabrałeś ją w takiej chwili, gdy właśnie odzyskałem wiarę w życie! ...mogłem wrócić! ...a teraz co mi pozostało? ...czy znów mam się stać żywym trupem i znów mam zacząć kopać grób dla siebie, na dnie własnego przeznaczenia! ... a więc jeśli jest taka wola twoja to! pieprzę ten świat, pieprzę Busha, Billadena, niech rozkurwią ten przyczułek zła ... niech diabelski pomiot zapanuje na ziemi! ...- urwał myśl i spojrzał na Margeritę, jakby w jej śmierci szukał inspiracji do bluźnierstw. Odnalazł - ... nie chcę z tobą mieć nic więcej do czynienia! ... słyszysz mnie do cholery mój Jezu! ... o nie!.. nie mój! ... już nie mój! ... i módl się abym Ciebie nie spotkał po drugiej stronie! ....módl się o to teraz do swojego Ojca! , bo za chwilę jak mnie obaj zobaczycie! ...wtedy?! - nie miał jeszcze odwagi, aby skonkretyzować groźbę.
Spojrzał na manometr, który wskazywał na ostatnią dawkę powietrza, która pozostała w jego butlach. Położył, najbardziej jak mógł delikatnie nieżywą dziewczynę na dnie. Wyciągnął się obok martwego ciała i patrząc wysoko w górę, w ciemność, majaczył myślami wyżej, niż zalewająca go głębia z powalającym ciśnieniem - ... mogliście mnie Obaj zabrać w każdej chwili, jeśli taka była Wasza Wola! - powtórzył z nienawiścią - ... ale czemu ją!? ...czemu to zrobiliście, odpowiedzcie mi, bo cały czas nie rozumiem! … słyszycie! …w imię jakich zasad dajecie życie i zabieracie je tak łatwo?...Kto dał wam prawo odbierać szczęście innym czy tylko dlatego, ze jesteście naszymi bogami?... - znów zaczął mówić do Jezuza - spowiadasz nas ludzi! , słyszysz nasze grzechy! ...a potem ...? ...po co tworzysz święte sanktuaria i roztaczasz iluzję gdy klęczymy przed tobą ... po co to wszystko, gdy wkoło jest tyle plugawości! ... .po co przed laty dałeś mi nadzieję! ...abyś teraz, mógł sobie czynić ubaw ze mnie! …ale wtedy było jakoś inaczej! ...mniej bolało! ... ale trzeciej szansy już dać tobie nie zamierzam! - cały czas czarcie myśli dusiły umysł Harisona - ... tak wiem! ...już wiem, teraz wszysko zrozumiałem! ....wtedy musiało być mniej zabawnie dla ciebie, dlatego postanowiłeś wystawić mnie na kolejną próbę! ... tak! ... racja....słyszę! ... słyszę dobrze!... jak się śmiejesz ze mnie!..no głośniej! ... proszę! .... dalej jazda! ....ale masz ubaw! ....tylko pozazdrościć! .... tak!, śmiej się Jezu, ze swich baranków, które w tak łatwy sposób zarżnąłeś na ołtarzu twym!... spij kielich krwi mojej do samego dna, i umocz swoje wargi w naszym martwym szczęściu! ... i co smakuje!? - powtórzył pytanie - ....pytam czy smakuje! ... więc mi odpowiedz do diabła! ....co milczysz! ...a zatem! - z czarcią nienawiścią w oczach wykrzyczał w otchłan - ... niech będę przeklęty na wieki! za to, że uwierzyłem w Twoje zapewnienia i sprawiłem, że ona umarła!
Przez chwilę Harison leżał nieruchomo. Uspokoił się. Spojrzał na manometr. Ostatnie tchnienie w butlach dawało jeszcze energię do zakończenia rozmowy Najwyższym - ... bluźnię!? ... tak masz rację! ... zawsze masz rację! .... ale pamiętaj odbierając życie, też bluźnisz! ... i nie mów mi, że jest taka wola Twoja, bo nie uwierzę! ... chyba, że ciebie nie ma! , ... a jeśli tak jest niech skończę w piekle razem z ...!
Nagle kolejne słowo wyrwało się spod panowania emocji i zapukało do czaszki Harisona. Natychmiast ocknął się. Odwrócił głowę w jedną i drugą stronę. Leżał na piachu, ale nie było obok Margerity. Zdał sobie sprawę, że halucynacje zawładnęły jego zmysłami, tworząc nierzeczywisty obraz.
Spojrzał na zegarek.
- ...co się dzieje! ...leżałem za ...
Nie dokończył zdania, gdyż nagle, jakaś niewidzialna siła, chwyciła go za uprząż i z olbrzymim pędem pociągnęła w głąb wielkiego leja.
|
|
Komentarzy:
4
|
|
PART 41
2008-11-09
|
Harison szaleńczy bieg ku przeznaczeniu rozpoczął od silnego uderzenia płetwami. Chwilę po tym jak wykonał kilka nożycowych ruchów, znalazł się 50 metrów pod powierzchnią wody. W wysuniętej przed siebie ręce trzymał latarkę, która wąskim snopem, cięła czarną otchłań próbując wskazać prawidłowo obrany kierunek. Gdy Harison ciął płetwami wodę, w nieprzerwanym rytmie, w tym samym czasie na głębokościomierzu, cyfry miarowo przeskakiwały na wyższe wartości wskazując, że lęk przed opadaniem nie towarzyszył nurkowi. Przynajmniej nie w tym przypadku. Pewnie gdyby świadomość Hariona obudziła się ze stanu alfa, od razu w myślach uruchomiłby się cały zespół komplikatorów które nawoływałyby do jednego. Do natychmiastowego odwrotu, gdyż dalsze kontynuowanie misji, gdyby coś poszło nie tak, mogło grozić tylko jednym - jego śmiercią.
Harison pierwsze 100 metrów pokonał bez wykonywania rutynowych zabiegów związanych z wyrównywaniem ciśnienia, które w normalnych warunkach, właśnie próbowałaby rozerwać nurkowi głowę. Przepychające się ciśnienie za pewne na początek zaatakowałoby słuch, niszcząc go kompletnie. Na szczęście substancja H78 powstrzymywała napór długiej i niewidzialnej igły, której stępiony koniec nie był w stanie przebić się przez bębenki, by dojść w następstwie do mózgu. Zamiast tego Harison czuł jedynie delikatny ból nad którym mógł panować.
120 metrów
Czerwony alert na wyświetlaczu zakomunikował, że należy przejść na inną mieszankę oddechową. Dalsze schodzenie pomimo H78, groziło utratą przytomności i śmiercią, gdyż płuca nie byłyby wstanie przerobić zwiększonej dawki azotu zawartego już w gęstniejącym powietrzu. Gdyby w tym momencie Harison nie przeszedł na inny czynnik oddechowy wkrótce nastąpiłoby uduszenie.
Harison zatrzymał się i lewitując w wodzie położył rękę na zaworze. Odciął dopływ powietrza z butli oznaczonej jako powietrze i podłączył pojemnik oznaczony żółtym pasem. Odczekał chwilę, aby mieszanka Nitroxu wypełniła krwoobieg i z tą samą siłą jak na początku drogi, nożycowo szarpnął płetwami, kierując się znów w dół.
Spojrzał na głębokościomierz. Cyfra wskoczyła na sto pięćdziesiąt metrów.
Harison nie myślał o zanurzeniu, oddychał powoli, jakby olbrzymi słup wody znajdujący się ponad jego głową nie robił na nim wrażenia. Miał skupioną twarz, spokojną, nie wyrażającą emocji, jak śpiące dziecko w łonie matki.
Sto siedemdziesiąt metrów.
Przedzierając się przez drobiny wody, dochodził do punktu do którego, jak dotąd, dotarło zaledwie kilka osób, zachowując po wynurzeniu prawo do życia. Z tą tylko różnicą, że na tej głębokości wszyscy inni byli zaledwie kilka sekund. Harison w tym momęcie przekroczył wszystkie dopuszczalne normy jakie mógł organizm ludzki przezwyciężyć.
Dwieście metrów.
Snop światła znacząco skrócił swój zasięg. Gęsta mgła zalewała całą głębię i trudno było cokolwiek zobaczyć na większą odległości niż pięć jardów, trochę więcej niż na wyciągnięcie ręki. Kompletna cisza i wrażenie przełykania powietrza w formie leistego tłuszczu, z którego dzięki H78, udawało się przechwycić odpowiednią ilość tlenu, było wszystkim czego Hariosn był świadom.
Minęło dziesięć minut od czasu zejścia z łodzi. W normalnych warunkach, jeśliby nurek jeszcze zdążyłby jeszcze zachować odrobinę trzeźwości umysłu przed śmiercią mógłby spróbować odmówić krótką modlitwę - ... Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami, i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. ... - może udałoby się mu nawet dokończyć drugim zdaniem - ... Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, ... teraz i w godzinę śmierci naszej! ... Amen. .... - niestety na pacierz z Ojcze Nasz nie starczyłoby już czasu.
Gdy głębokościomierzu przeskoczyła cyfra trzysta, chwilę potem snop światła natrafił na pofałdowane dno. Natychmiast Harison, jak robot, wykonał szybki ruch rękami i zagarniając pod siebie wodę obrócił ciało w górę. W zwojach mózgowych pognała pierwsza myśl, "stop", w której zabrakło informacji, że w tym samym miejscu ostatnio spotkał Demona.
Gdy stanął w grząskim piachu, rozejrzał się dookoła. Nie było nic widać, poza bladymi zarysami skał, na wierzchołkach których wcześniej Harison, zawiesił kilka fosforyzujących chorągiewek. Pomyślał – ...tak to tu!... trafiłem ...dokładnie tu! - Upewniając się jeszcze wodził snopem dookoła toni, gdzie trzy wystające wierzchołki tworzyły znak orientacyjny. Spojrzał na GPS umieszczony na przedramieniu. Pomyślal – ... a więc zejście znajduje się w prawo! ...pięć metrów w bok od środkowej chorągiewki! ... – jeszcze raz się upewnił na przyrządzie, czy dobrze pamięta i przypadkiem nie pomyli kierunków podczas podpływania. Zdawał sobie sprawę, że nie było czasu na pomyłki. Oderwał stopy od dna i przepłynął kilka metrów. Chwilę potem był już dokładnie ponad półtorametrowym lejem. Zaświecił latarką w głąb.
W środku sterczał czubek gładkiego i wypolerowanego drzewa. Upływ czasu nie zdążył zniszczyć masztu, pozostawiając na nim jeszcze całkiem dobrze widoczne metalowe fragmenty relingów, do których przed kilkuset tysiącami lat przypięty był żagiel. Dzięki braku związków niszczącego powietrza i dzięki właściwemu zasoleniu, stworzyły się w wodzie doskonałe warunki do zatrzymania czasu, by przeznaczenie związane z odkryciem tajemnicy, wreszcie mogło zatoczyć swój krąg. - ... schodzę! ...Tylko powoli bez mącenia wody! ... – sam do siebie powiedział.
Ruszył. Gdy zdążył dotknąć końcówki pnia, gdy znalazł się w samym środku leja, nagle ciemna plama mignęła w szybie maski Harisona. Kątem oka, zauważył, że coś uderzyło w piach. Dziesięć metrów z prawej strony od leja, pomiędzy pierwszą, a drugą chorągiewką, coś podnosząc drobiny ziarenek utworzyło mglisty obłok, przypominający ławicę ryb. Spostrzegł, że po ułamku sekundy, ze środka zmącenia próbuje się przebić blady snop światła – … co to jest u licha?! ... – miał dziwne przeczucie, jakby światło chwilami w krótkich przerwach przygasało, jakby coś próbowało wysłać sygnały SOS, lub ostrzeżenia ze słowem zapisanym w alfabecie morsa jako: uciekaj! Nie podchodź tu! Ratuj się!
Niecierpliwie spojrzał na wskazanie swojego komputera. Na zegarze minęło trzydzieści minut od czasu zejścia z łodzi. Wykres dotyczący zaplanowanego zadania na nieszczęście, dawał zapas do niewielkiej zmiany harmonogramu. Pomyślał ciężko wzdychając - …muszę sprawdzić... mam dosłownie pięć minuty zanim… - resztę zdania zablokował w umyśle, aby nie panikować.
Zaczął płynąć w stronę światła, które z każdym pokonanym metrem, coraz jaśniej dawało o sobie znać. Gdy została odległość kilku stóp, Harison skierował swój snop na ciemna plamę, spod której wydobywało się błyskające światło - ...co do u licha jest!?
Po trzech ruchach płetwami, ostrożnie, aby dodatkowo nie zmącić wody, zbliżył się. Lewitował. Był dokładnie nad leżącym – ...tak to musi być ciało! – pomyślał – ... ale co to jest u licha, wygląda jak ja!?... - rozważał - …może to moje odbicie wywołane przesunięciem osi czasu względem … - znów zatrzymał myśl aby nie wprawiać się w niepotrzebny niepokój.
Od góry widać było cztery butle, zespolone ze sobą uprzężą. Na jednej parze był taki sam żółty pas oznaczający nitrox. Zauważył, że z piasku wyłaniają się rurki. Nagle aparat jakby ożył i z wnętrza wydobyło się kilka bąbli. - jeszcze żyję! … tzn nie umarłem…!
Harison odchylił głowę leżącego. Zaświecił latarką w twarz.
Pomimo rozlanej substancji H78, spowalniającej funkcje organizmu nagle jego serce zaczęło szybciej bić. W oczach pojawiło się przerażenie. Psychoza pchała coraz szybciej krwinki poprzez cały układ krwionośny, przełamując sztuczną i anaboliczną barierę H78. Już po chwili, Harison zaczął normalnie oddychać, czując jak ogromne ciśnienie napiera na płuca. Kręciło mu się w głowie. Na manometrze ilość powietrza zaczęła znikać w szybkim tempie. Klatka piersiowa Harisona unosiła się coraz szybciej w górę i w dół i to co miało starczyć na ponad dziesięć godzin w ciągu zaledwie kilku chwil opróżniało się do awaryjnego poziomu. Przez zbyt duża ilość emocji, nagle H78 utraciło swoje właściwości. Niestety nie miał siły powstrzymywać dalszych rozważań, gdyż w takich okolicznościach, wolałby utulić do śmierci siebie samego, nawet gdyby ceną za to był brak rozgrzeszenia dany od samego Jego, Boga Naszego. W tym jednym przypadku wolałby przejść do piekielnych bram aby móc odwrócić bieg wydarzeń.
W objęciach trzymał Margeritę.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
PART 40
2008-11-05
|
Samochód z Nazistami podjechał pod plażę
- zgaś światło – Prein rozkazał Karlosowi – poczekaj w samochodzie!
Kapral wykonał polecenie. Dwóch Czyścicieli, Aspirant i kapitan szybko wysiedli z samochodu. Na oczach mieli założone noktowizory, które umożliwiały obserwację podczas nocy, bez potrzeby używania światła.
Kapitan wykrzyknął do Czyścicieli widząc w oddali zapalone światło w domu.
- szybko może zdążymy!?
Napastnicy zaczęli biec, brnąc stopami w piachu.
Morze było jeszcze spokojne, pomimo iż na całe niego, od jakiegoś czasu nasunęły się ciężkie chmury zapowiadające letnią burzę. Harison na gumowej łodzi wyposażonej w silnik akumulatorowy, bezszelestnie oddalał się od brzegu. W łodzi znajdowały się cztery butle ze sprężonym gazem. Dla bezpieczeństwa aby nurek się nie pomylił podczas podłączania, na butli z nitroxem namalowano czerwony pas. Butle z powietrzem nosiły pas w kolorze żółtym.
Harison siedział na rufie. Na sobie miał założony, ściśle przylegający do ciała czarny kombinezon piankowy z żółtym emblematem agencji NASA. Na lewym ramieniu, w specjalnym uchwycie do ramienia był przytwierdzony nóż z jednej strony z ostrzem gładkim z drugiej ząbkowanym służący do przecinania siatek rybackich. W skrajnych przypadkach mógł być użyty do obrony z napastnikiem. Na wysokości pasa, Harisona oplatał szeroki pas z umocowanymi kilkoma ciężarkami, które w wodzie pomagały przełamywać wyporność.
Harison gdy znalazł się na środku zatoki, w miejscu gdzie trzysta metrów pod nim, rozciągał się uskok, z ukrytym galeonem, wyłączył silnik. Łódka łagodnie chybotała się na boki. Spojrzał na przyrząd umieszczony na nadgarstku aby upewnić się z właściwie obranego punktu zbornego. Na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu widniał wyraźny napis stop. Poniżej kilkoma cyframi oznaczone były współrzędne.
Harison powoli oddychał w odstępach czasu, które normalnego człowieka doprowadziłyby do utraty przytomności z powodu niedotlenienia. Specjalny środek, który zaaplikował sobie dwie godziny wcześniej, był w najbardziej ekstremalnym punkcie swojego działania. Przez następne dziesięć godzin organizm płetwonurka mógł funkcjonować w rytmie powolnie bijącego zegara, pomimo iż wskazówki były w stanie prawidłowo wyznaczać czas. Przed założeniem maski przygryzł wargę. Przypomniał sobie sen i ostatnie nurkowanie w czasie którego napotkał na dnie dziwną postać. Bał się przed sobą samym, przyznać, że głównym powodem przerwania ostatniego nurkowania był strach.
Harison przypiął do specjalnej uprzęży butle. Z trudem założył sprzęt na plecy. Spojrzał w niebo. Nie było gwiazd i księżyc zdążył się już w całości skryć pod ciemną warstwą chmur. Zresetował głębokościomierz. Na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu pojawiło się zero, które świeciło w fosforującej czerwonej barwie aby nurek na dużej głębokości mógł lepiej odczytywać wskazania licznika. Przewrotką z pontonu wskoczył do wody i po chwili wynurzył się. Ostatni raz spojrzał w niebo. Założył maskę i przygryzł aparat oddechowy. Zanurzył głowę i spojrzał w dół. Pod stopami rozciągała się mroczna otchłań. Nagle pierwsza kropla deszczu goniona porywistym wiatrem dotknęła wody. Po niej następna i następna zaczęła tłuc mącąc uderzeniami powierzchnię.
Harison zapalił latarkę. Przytrzymał ręką pienistą grzywę przybliżającej się fali. Otwierając wrota do przejścia w nieznane, złożył ciało w scyzoryk i zniknął w głębinie.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
PART 39
2008-10-23
|
Wybiła dwudziesta druga
Harison powoli otworzył drzwi i jak robot, któremu zaczynało brakować energii wszedł do salonu. Przy stole siedziała Margerita. Na środku blatu stała duża brytfanka ze świeżo upieczonym ciastem, którego zapach rozchodził po całym pomieszczeniu. – ...hm ciasto ze śliwkami, moje ulubione! – pomyślał i stanął na wprost pustego talerzyka, postawionego i przygotowanego specjalnie dla niego. Po drugiej stronie, Margerita, brała kolejny łyk herbaty, wykonując tę czynność w taki sposób jakby obecność ukochanego nie zrobiła na niej wrażenia. Udawała obojętność.
Obok Margerity stał, taki sam pusty talerz, który wskazywał, że nie miała ochoty na samotny kęs, wolała poczekać z degustacją swojego smakowitego wypieku. Postawiła filiżankę, i od niechcenia zapytała – może zjesz kawałek?
Wyraz twarzy Harisona wydawał się jakiś obcy, pozbawiony mimiki, niewykazywał najmiejszych oznak życia, gdyż umysł został odcięty od wrażeń zmysłowych - nie dziękuję! ... hm ale przepysznie wygląda – próbował być miły - ale nie mogę, jeszcze raz dziękuję!
- nie szkodzi! – odparła – trudno... może później – zwiesiła głos nie mając pewności czy później nie oznacza oby już nigdy.
Przed dwoma godzinami, podczas gdy Harison kontemplował w drugim pokoju, Margerita aby nie wykończył ją natłok myśli, musiała czymś się zająć. Teraz żałowała – ...szkoda!... tyle pracy! ...ale cóż, ... może jednak później spróbuje! ... chyba, że się placek zeschnie, to nie... ale! ....nie! nie! .. spróbuje! ... na pewno spróbuje! – powtórzyła cicho do siebie, wpatrując się w płomień w lampy naftowej, który po prostu tylko drgał. - ... może mój Steve skosztuje później! – dręczyła się ciągle jedną myślą. Podniosła wzrok i ze smutkiem spojrzała na zastygającą w ruchach postać. W jej oczach widać było przygnębienie. Nie wiedziała co można jeszcze powiedzieć poza tym, o co już zdążyła zapytać – o nie! – pomyślała – Boże! .... zapomniałam z nerw dorzucić migdałów! ...dobrze, że jednak nie spróbował... jednak dobrze...bo na pewno by nie wrócił! ... upiekę jeszcze jedną brytfankę gdy będę czekać! ... a może dwie...a może ... ! – problem ciasta "z" czy "bez" bakali, wydawał się dla niej, na tle teraźniejszości jedynym o czym była w stanie rozmawiać – ....jednak wypadło! – pomyślała – wypadało zapytać! – w samotności, sama przed sobą się usprawiedliwiała, czując, że wszystko co robi jest wynikiem rozchwiania emocjonalnego. Czuła, że zaczyna powoli rozpadać się na cząstki. Westchnęła i już nie za pomocą myśli wycedziła kilka słów – ... nie wiem co mam powiedzieć!.... Pomóż mi Steve! ... proszę! ..– bała się, ale trzymała fason – ...powiedz coś! .... bo wszystko w płomieniu jest takie jasne i przejrzyste... chciałabym abyś mnie ostatni raz!....teraz! ... – urwała.
W tym momencie, chciała poczuć ciepło ramion ukochanego, oplatających jej kruchość, chciała poczuć siłę męskich dłoni, które po raz ostatni ofiarowałyby poczucie bezpieczeństwa i troskliwości, tylko dla niej, a nie dla świata o losy którego nie mogła być zazdrosna. Nie miała odwagi, ani siły, a przede wszystkim przyzwolenia od ukochanego, by rywalizować z tym czymś, co było nieuniknione. Patrzyła na Harisona, jak w skupieniu, stał tracąc w oczach błyski, które coraz szybciej zachodziły obojętnością.
Harison wyglądał dziwnie, nienaturalnie, obco, z twarzy zniknęła opalenizna. Zauważyła, że jego skóra pokryła się sinym odcieniem podobnym do trupiej barwy. Nie wiedziała, że krew w jego żyłach, coraz bardziej zwalniała bieg przygotowując organizm do pokonania ekstremum, największego z dotychczasowych jakie ktokolwiek zdołał przeżyć.
– ..może usiądziesz przed wyjściem! – a jednak poprosiła – źle wyglądasz! ... jakoś blado! – próbowała ironizować
- ...wiem! ... skorzystam! ... dziękuję!
Harison usiadł, naprzeciwko dziewczyny, po drugiej stronie stołu, przy którym przed 10 dniami rozpoczął wędrówkę do serca ukochanej. Odparł - .... czas zatoczył pętlę ....niestety za godzinę nurkuję .... chciałem tobie podziękować za ten wspólnie spędzony czas – uśmiechnął się podczas gdy głęboko westchnął. Po chwili oddechy zaczęły stawać się coraz wolniejsze i płytsze. Zaczął od nowa – ...chciałbym abyś wiedziała, że to były jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu... pamiętaj o tym Margerita!
Zauważyła, po mimice twarzy, że rozmowa zaczyna sprawiać mu ból, albo trudność. Spojrzał na zegarek – za chwilę nie będę w stanie już nic powiedzieć! ... przepraszam ... ale dziękuje za wszystko... jeszcze raz! – w jego oczach próbował wyrwać się błysk ale nagle zgasł. Bardzo nagle. Zbyt nagle, bo być może zdążyłaby zauważyć w nich jakąś oznakę życia – .... do rzeczy Harison! Mów do rzeczy! – upomniał myślą swój umysł – nie kręć w bawełnę tylko mów! – jeszcze raz powtórzył - przejdź do rzeczy!
Margerita podniosła filiżankę, przyłożyła krawędź do ust i zanim wzięła łyk wyszeptała – nie musisz za nic dziękować! Nie trzeba! – przełykając herbatę, prześwietlała spojrzeniem Harisona, który zaczął kontynuować – ...tutaj… - położył kartkę na blacie, powoli, jakby przy okazji zbierał w sobie siły aby sklecić dłuższy ciąg słów, bez przerywników – ...tu jest moje konto bankowe z hasłem dostępu. ... Bank jest w Zurychu, gdzie zdeponowane jest 500 tysięcy dolarów....za dwa dni, gdybym nie wrócił ...pojedziesz tam i wybierzesz wszystkie pieniądze. - z trudem westchnął - Jak wrócę to za to co jeszcze zostanie poszalejemy .... – uśmiechnął się próbując być dowcipnym w niewyraźnym spojrzeniu. Nie wyszło mu gdyż Margerita miała nadal grobową minę - .... tutaj jest adres mieszkania w Nowym Yorku, przy 5 avenu ...- położył plik kluczy na stole, które chował w dłoni – ....w garażu, na stanowisku 135, znajdziesz samochód.... klucze są w mieszkaniu… też znajdziesz.... Są przy wejściu… po prawej stronie....Na wieszaku ... !
Margericie nawet powieka nie drgnęła.
- ....możesz tam mieszkać ile chcesz!.... do późnej starości!...Nie mam spadkobierców! ... Tu jest list do Markosa... telefon jest na odwrocie ... zadzwoń...jeśli czegoś będziesz potrzebować ... pomoże! To jest dobry i poczciwy człowiek. Wie o twoim przyjeździe! Ale tylko on ze względów bezpieczeństwa!
Margerita opuściła powieki, które w chwili jak się podniosły pozostawiły na oczach szklisty ślad. Wreszcie przemówiła – to wszystko Steve!
- …tak!
- I to wszystko?
- ...tak! – oschle przytaknął. Słabł z każdą chwilą.
Tym razem Margerita zebrała w sobie nadludzką moc i stanowczo powiedziała - ...Spójrz w moje oczy Steve! – tak jakby to był rozkaz - … prosto do samego dna moich źrenic, głębiej niż za chwile zanurkujesz! ...rozumiesz!
Harison bez mruknięcia wykonał polecenie.
- Widzisz! ...Nie będę się rozklejać! …nie będę płakać! ...nie zobaczysz w moich oczach żadnej łzy ... ale obiecuję tobie, że jak nie wrócisz!… To ciebie tam znajdę! …sama... bez nitroxa i bez butli w tlenem... Rozumiesz! … Popłynę tam na samo dno! … na jednym oddechu i obiecuję, że wygrzebię ciebie z tego cholernego piachu jak się tu jutro nie pojawisz….Nie pozwolę na to abyś tam umarł... beze mnie! – Energicznie wstała – Masz rację, nie przeciągajmy tego w nieskończoność. Pozwól, że nie będę tobie machała chusteczką na pożegnanie, idę teraz na długi spacer! ... Potem wrócę i będę czekała tutaj! Albo na skarpie! .... jak przez te wszystkie lata o wschodzie słońca! ...tutaj! ... na mojej plaży zalanej samotnością!....słyszysz! ... tutaj! ...nie w Nowym Yorku! ...o zachodzie i wschodzie! ...- zdążyła tylko dopowiedzieć - ....w samotności! – po czym natychmiast się odwróciła jakby obawiała się najgorszego, z czym przez cały czas walczyła.
Chciał zaprotestować ale właśnie możliwości komunikowania szybciej wygasły niż wskazania tabeli określającej czas związany z przejęciem kontroli H78 nad funkcjami organizmu. Na szczęście odcięcie funkcji mowy u Harisona nastąpiło wcześniej, zanim, do końca nie dopalił się knot w lampie, w której również zaczęło powoli brakować energii. Małymi skaczącymi płomyczkami, ostatnimi siłami, blade światło zdążyło jeszcze utorować drogę dziewczynie do drzwi i przytrzymać ją w blasku przez chwilę. Harison niestety w tym czasie tracił świadomość i zaczął już przechodzić w stan głębokiej kontemplacji.
Margerita, wychodząc, w progu, odwróciła głowę i spojrzała na obumarła postać, która wpatrywała się w dopalający płomień. Harison stawał się kimś innym, już nie człowiekiem, tylko bezmyślną maszyną zaprogramowaną do wykonania zadania.
W pierwszym momencie Margeria miała jedno pragnienie: podbiec i rzucić mu się na szyję, ogrzać i obudzić z letargu. - ...ale co potem? – pomyślała - ... co potem? - Zebrała w sobie dużo siły, aby nie ulec chwili w czasie której na pewno ofiarowany pocałunek przekazałby Harisonowi, ogrom namiętności, ciepła, z kilkoma wilgotnymi szeptami, pod ciężarem których, ostatnie dwa słowa, na pewno sprawiłyby, że on, jedyny jej ukochany, odstąpiłby od wykonania swojego zadania - ale co potem? – westchnęła - ... co potem, gdy to wszystko brzmi tak infantylnie i bezsensu ! ...on! ....ja! ... my! ...razem na wieki! .... jak on będzie mógł żyć w obliczu porzucenia marzeń..... że niby dla mnie miałby od nich odstąpić... a może dla miłości! .... przecież nie jestem warta, aż takiego poświęcenia! - Tracąc nadzieję na skuteczność własnych sił schowała nóż w rękaw i zniknęła za drzwami, bez pożegnania. Zachowywała się tak, jakby wychodziła na krótki spacer, po powrocie którego wszystko musi powrócić do normy.
Wychodząc nie zatrzasnęła drzwi i celowo zostawiając je otwarte chciała dać ukochanemu do zrozumienia, że tam w samotności, zatopiona w cieniu nocy, będzie czekać. Jeszcze miała odrobinę nadziei, że się ukochany otrząśnie, wstanie i podbiegnie do niej. Reszta stała by się już tylko prosta.
Podczas gdy Margerita przemierzała pas plaży dzielący dom od morza, najpierw zimny dreszcz przeszedł po całej długości jej ust lekko wprawiając w ruch końcówki warg. Potem, gdy zdała sobie sprawę, że ostatni raz widziała ukochanego w dopalającym się blasku świecy zrozumiała, że coś co było piękne musiało się skończyć, że coś co powinno trwać wiecznie według definicji miłości opisywanej w tkliwych książkowych romansach, w rzeczywistości nie może trwać dłużej, jak tylko krótkie dziesięć dni i nocy wyrwane z całego ich życia – czy było warto!? ... tak! – sama sobie odpowiedziała – ...ale czy warto dalej trwać w nadziei, jeśli wiem, że on już do mnie nigdy nie powróci...
Nagle zrozumiała, w rozważaniach, że - ... miłość, oddanie, upojenie oddechem, pocałunkiem, zapachem, wzajemnym szeptem czy z westchnieniem ... z kocham! , czy z pragnę ciebie aż do śmierci! ... – nie uwzględniała jeszcze odwrotności znaczenia i przewrotności tego zdania gdy rezultatem miłości może być śmierć - ... czy na końcu z twoim dotykiem, który sprawiał, że moje całe ciało drętwiało gdy w nim byłeś! ... !... a potem gdy czułam na koniec twoje objęcia gdy się w nich! ... w tobie!... tym razem ja zatapiałam, by na koniec zasnąć obok ciebie!... by ...otworzyć oczy i znów twoją twarz na nowo ujrzeć i móc ...
Margerita już wiedziała, że to wszystko uleciało. Zrozumiała w tej jednej, krótkiej sekundzie, że prędzej czy później, ich miłość musiała przepalić się w popiół pod naporem nieuniknionych jego wyrzutów, przyszłych, związanych z pozostawieniem tajemnicy bez rozwiązania, przy pomocy której można było uchronić świat od zagłady, anarchii czy kataklizmów. Była wściekła nie na Harisona, a na swój parszywy los, że tak podle rozrzucił karty kładąc na przeciw siebie miłość i poświęcenie, karty, w których zabrakło miejsca na ludzkie słabości – ...nie chcę tego!... – krzyknęła na środek zatoki – ...nie chcę tak żyć!... - Nikt jednak nie odpowiedział, tylko echo powtórzyło smutny epilog zatapiając sens słów w szarej głębinie.
W nawałnicy wątpliwości, myśli Margerity zacisnęły się w cierpieniu. Gdy dziewczyna przekroczyła usypany piaskiem próg prowadzący wprost do morza nie wytrzymała, i uwalniając potok łez, poczuła się tak jakby rozleciała się na malutkie kawałki, jakby przestała nagle istnieć, jakby w tej jednej sekundzie umarła.
|
|
Komentarzy:
3
|
|
PART 38
2008-10-19
|
Dochodziła godzina dwudziesta druga
Karlos chował się za ścianą domu. Ściszonym głosem powiedział do obok stojącego kapitana – zaraz wchodzimy
- Wiem! ... po co gadasz?
- Aby się upewnić
- Upewniłeś się już!
- Tak!
- To zamknij mordę, bo nas usłyszą!
- Tak jest!
- Cicho powiedziałem idioto! – przyłożył palec do ust – Cichooo! – powtórzył szeptem.
W tym czasie już dwaj Czyściciele w kominiarkach stali na tarasie domu. Każdy z nich miał ponad dwa metry wzrostu, i przy tym nienaturalnie szerokie ramiona, które wskazywały na atletyczną budowę ciała. W rękach trzymali taran, z dwoma uchwytami po środku walcowatego kształtu, z dużym kwadratowym zakończeniem. Dzięki temu żelastwu każdy nawet najbardziej mocny zamek ulegał rozdrobnieniu na drzazgi. Napastnicy, byli gotowi i odpowiednio przygotowani, by z zaskoczenia wykonać rutynowe zadanie: wtargnięcia, obezwładnienia czy nawet zastrzelenia przeciwników Nowego Ładu.
Jeden z mężczyzn bez słowa obmacał drzwi, przesuwając rękę od góry do dołu, wzdłuż desek. Pokazał partnerowi, że brak jest metalowych okuć i wzmocnień. W istocie drewniany dom nie był przygotowany na atak barbarzyńców, był jedynie schronieniem dla zwykłej rodziny rybackiej. Tak naprawdę wystarczyło dobre kopnięcie aby otworzyły się wrota wycenione na sto tysięcy dolarów, aby zdrajca mógł w dostatku spędzić zbliżającą się jesień swojego życia, wkrótce po przejściu na emeryturę.
Czyściciel spojrzał na zegarek, wskazówka zbliżyła się do 22.00. Było dokładnie za dwie sekundy.
Czyściciele uderzyli taranem w sam środek przeszkody gdy mała wskazówka zegara przekroczyła cyfrę dwanaście. Drzwi runęły z ogromną siłą na podłogę. Napastnicy wpadli do dużej izby. Natychmiast rozbiegli się na boki i przeczesując metr po metrze pomieszczenie. Po chwili jeden z Czyścicieli wykrzyknął – czysto!
Do środka wszedł Prein i Karlos.
Czterech mężczyzn stanęło na wprost stołu i zaczęli się nerwowo rozglądać. Wbrew wszystkiemu, nadal nieodpuszczali próby odnalezienia poszukiwanych osób. Nastała chwila konsternacji.
- Panie kapitanie …. tu nikogo nie ma! Ten dom wygląda jak opuszczona stara dziura! – pierwszy wykrztusił swoje spostrzeżenie Karlos
- i co ty nie! powiesz kretynie! ... nie jestem ślepy?
- My też nikogo nie widzimy Panie kapitanie – jednym głosem odparli Czyściciele
- I co jeszcze powiecie? ....Nie musicie mi teraz raportować tego co i tak sam widzę! … Lepiej mi powiedźcie czy przypadkiem nie pomyliliśmy chałup! Ta rudera faktycznie wygląda na jakąś opuszczoną spelunę rybacką!
- Panie kapitanie, dokładnie tak jest! … – oparł Karlos, który czuł się odpowiedzialny za przygotowanie zadania pod względem logistycznym – według mojego rozpoznania na tej plaży, w tej okolicy nic innego się nie znajduje! ...to jest jedyny dom, który został zaznaczony na planie, jaki otrzymałem od Pana, po wyjściu tego siwego dziada!
- Tak?! …jak jesteś teraz taki logistyczny, to znajdź mi w tej ruderze Harisona z tą jego zdzirą, a może obydwoje się schowali pod stołem! … a może pod łóżkiem! ...co?! …zobacz! ... a może jesteśmy wszyscy jednak ślepi? …
Nagle za pleców agresorzy usłyszeli głos – ... ślepi nie! Ale na pewno ty jesteś naiwny! ... ty głupi pierdzący gnoju! - ktoś ostrzegł - ... powoli się odwróćcie, ale najpierw połóżcie broń na stole! Wszyscy! Już!
Z małej ukrytej dziury w ścianie, przysłoniętej kilkoma deskami wyłonił się sierżant Okley. Celował swoim ulubionym Magnum w sam środek głowy kapitana - powoli! ... powiedziałem! ..., wszyscy połóżcie broń na stole! Już! ...i lepiej abym tego nie musiał powtarzać!
Mężczyźni czując, że nie mają wyjścia zastosowali się do polecania, robili to jednak z niechęcią i widocznymi oporami.
- …. a teraz odsuńcie się od stołu i pod ścianę ... i nadal powoli bo zastrzelę jak bsubratów!
Gdy Naziści znaleźli się we wskazanym miejscu, Okley podszedł do stołu. Usiadł na krześle i położył nogi na blacie. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów i jeden, wybrany losowo włożył sobie do ust. Przypalił koniec. - usłyszałem, że któryś nazwał mnie siwym dziadem! - Zaciągnął się głęboko i po chwili wypuszczając obłok znów przemówił – .no! ..to teraz możemy już sobie spokojnie porozmawiać obsraluchy za nim! ... - zrobił krótką przerwę - ... nie pojedziemy do Prefektury, gdzie wszystkie zeznania zostaną spisane i zaprotokółowane, słowo po słowie, literka po literce! .... ale przed tym jak wspomniałem ...
- gdzie Harison ! – wykrzyknął Prein.
- nie unoś się grubasie! – szybko odpowiedział Oklay - ...jeśli ciebie to ciekawi, to Harison jest po drugiej stronie zatoki w podobnym domu jak ten! … ale to już jest nieistotne… za chwilę Harison zaczyna swoją misję, i dlatego, że na pewno nie chciałby abyście mu przeszkadzali skupimy się teraz na czymś innym! ...czyli na was i waszej mijsi! ... co wy na to?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi, w czasie jak czerwony punkt migotał na czole Preina. Oklay widząc niesłabnący, złowieszczy wyraz twarzy napastników jeszcze raz wyperswadował posłuszeństwo - czujesz to ciepło na czole grubasie! ...Lepiej nic nie kombinuj bo zaraz przewietrzę twoją pustą mózgownicę... a uwierz sprawi mi to wielka frajdę! – wypuścił z płuc kolejną porcję dymu - ...a teraz powiem wam chłopaki z Wermachtu co zrobimy! – ale najpierw odwrócił głowę w stronę drzwi wejściowych, które roztrzaskane i przygniecione taranem, spoczywały na podłodze - ...możesz już wejść! – krzyknął
Na chwiejących się nogach wszedł aspirant. Był wyraźnie zdenerwowany i sprawiał wrażenie przerażonego sytuacją w jakiej się znalazł
- skuj ich! – otrzymał polecenie od Oklaya
- panie sierżancie! .... mam jedną parę kajdanek – trzęsącym głosem odpowiedział, widząc czterech napastników mierzących go groźnie wzrokiem.
- hm ... niedobrze! – sierżant rozejrzał się po pokoju – poszukaj czegoś co będzie odpowiednie!
- Tak jest!
- No dobra chłopaki za nim aspirant nie znajdzie sznurka, porozmawiamy sobie o waszej organizacji. – zaczął masować swoją pięść. Nagle wrzasnął waląc dłonią w blat, w którym jedna z desek, pod naporem siły, pękła na pół – rozpieprzę ten wasz Nazistowski cyrk! ... wytłukę wam pomysły panowania nad światem! Rozumiecie zasrańcy!
- … a co z pieniędzmi, które od nas wziąłeś – zaprotestował Prein
- nic się nie martw! … są bezpieczne! … zasiliły konto sierocińca, w którym się wychowałem!
- Sprytek jesteś! - Prein z sykiem odpowiedział, poczym zaczął się głośno śmiać jakby w jednej chwili pozbył się strachu.
Ten widok rozjuszył sierżanta - Za chwilę nazistowski sukinsynu nie będziesz miał czym szczerzyć swojego gestapowskiego uśmiechu! – zagrzmiał – ...aspirancie macie już ten cholerny sznurek, bo zwierzyna zaczyna się stawiać!
- Jeszcze nie! Szukam!
- to się pośpiesz! – pomyślał – ty wieczny fajtłapo!
Prein cały czas szczerzył pożółkły i ironiczny uśmiech, jakby niczego się nie bał, jakby za chwilę miał wyciągnąć asa z rękawa.
Sierżant widząc szyderstwo, którego nigdy nie znosił zwłaszcza u podejrzanych, pewnie wstał z krzesła i zaczął iść w stronę mężczyzn. Powiedział - Aspirancie zobaczcie na tę chrząkającą świnię, jaka jest rozradowana … no nie wytrzymam niestety …i zanim zwiążę twoje racice to … - zrobił duży krok i z zaskoczenia z całej siły zdzielił Preina w twarz. Zrobił krok w prawo i z podobnym wymachem wymierzył cios w przeponę obok stojącego Karlosa, zrobił kolejny półobrót i tym razem z łokcia, za jednym pociągnięciem potraktował szczęki obydwóch Czyścicieli.
Prein i Karlos złożyli się w pół, a para bliźniaków odchyliła głowy w tył. Cios jaki otrzymali Czyściciele nie zrobił na nich jednak dużego wrażenia.
- ...i co cwaniaczki już wam lepiej! - odparł sierżant. Złapał za włosy Karlosa i odchylił mu głowę – ...aaa!... ciebie dodatkowo zboczeńcu oskarżę o groźby karalne i próbę zastraszenia Margerity! … pożałujesz tego! – puścił głowę i kopnął Karlosa w kolano. - a to jeszcze za siwego dziada! - Kapral upadł na podłogę - aspirancie gdzie macie ten cholerny sznu....
Nagle strzał wdarł się między słowa. Sierżant opadając na podłogę, spojrzał na Aspiranta i zaczął osuwać się na podłogę. Z hukiem runął na ziemię.
Aspirant schował broń i zasalutował do Preina, który masował swoją szczękę – ... panie kapitanie przepraszam, że tak długo, ale musiałem zajść to ścierwo od tyłu!
Okley ze zdziwieniem patrzył na raportującego chłopaka. Jeszcze żył, próbując wykrztusić - ... dlacze ... – ale brakowało mu tchu. Wokół jego ciała rozlewało się coraz więcej krwi.
Aspirant oficjalnym tonem zakończył, nie zwracając uwagi na z trudem już oddychającego Oklaya - ...melduję! ...że wiem gdzie po drugiej stronie zatoki jest podobny dom jak ten, to chyba o tym to charkoczące na podłoddze ścierwo mówiło!... Mogę tam pana zaprowadzić!
Prein, nic nie odpowiedział, tylko podszedł do stołu, chwycił swój pistolet i wymierzył lufę – ...za krótki jesteś gnoju! – i zakończył krwawą wypowiedź kilkoma strzałami w klatkę piersiową Oklaya, która gdy dopadały ją kolejne pociski gwałtownie unosiła się i opadła, aby wreszcie przy ostatnim naboju, na koniec otrzymać jad ze śmiercią.
- ...zbieraj się z kolan Karlos i wszyscy do samochodu!...jedziemy na drugą stronę zatoki, musimy zdążyć! I dorwać tego sukinsyna z tą jego śliczną lalą!
|
|
Komentarzy:
5
|
|
PART 37
2008-10-12
|
Harison wlepiał wzrok przed siebie. Na wprost jego twarzy, dwa metry na ścianie, na białej kartce papieru znajdowała się kropka, której zadaniem było pomagać w skupieniu. Mały punkt, na początku tkwił nieruchomo, potem drgając powiększył się do rozmiaru, którego nie można było już ogarnąć jednym spojrzeniem. Był to znak, że za moment myśli i ciało połączą się w harmonijną całość.
Gdy cząsteczki materii zawieszonej w powietrzu wyrównały drgania, Harison przestał powtarzać mantrę Om Mani Padme Hum. Powolne wypowiadanie tego sanskrytu w formie jednostajnego mruczenia, w taki sposób aby gładko przechodzić z jednej na drugą sylabę, dawało dostęp do nieskończonej Nirwany.
Harison, po dwóch godzinach miarowych oddechów, poczuł w swoim wnętrzu lekkość, jakby chwila wypełniła się nieograniczoną jednostką czasu. W jednej sekundzie, przejście ze stanu świadomości do podświadomości sprawiło, że szept zmienił się w ciszę. Podczas gdy umysł kontemplował, równocześnie astralny świat ograniczony już tylko powłoką skóry stawał się lekki, niewyczuwalny, wirujący wokół jednej myśli, bez początku ani końca, bez rozwinięcia i zakończenia. Pustka, nicość, brak szelestów i przeciskających się myśli pomiędzy oddechami, w każdej kolejnej sekundzie gromadziły ogromną ilość energii, której zadaniem było jedno: ułatwić Harisonowi przejście w inny wymiar, i pozwolić śmiałkowi w nim przetrwać na tyle długo, by mógł szczęśliwie powrócić wykonując w pełni powierzone zadanie. Niestety w odrealnionym świecie, do którego dostęp mają wybrane jednostki z bijącym sercem, ale nie wyposażonym w skrzela, najmniejsza słabość natychmiast jest karana śmiercią. Na przeznaczenie w głębinie nie można liczyć, lepiej powierzyć swoje życie chłodnej kalkulacji opartej na liczbach manometru, niż oczekiwać cudu, lub batyskafu ratunkowego.
Harison podniósł powieki, które do połowy zakrywały oczy. Wyglądał jakby przed momentem spał. Medytacja, poczucie oderwania od spraw rzeczywistych i nagły powrót do świata pozornego szczęścia, zawsze wywoływał w nim rozterki, czy moment przerwania ładowania życiodajnych akumulatorów jest właściwy. Spojrzał na zegarek, – już czas! – pomyślał – muszę się otrząsnąć! ....
Wstał i podszedł do łóżka. Obok leżała torba. Rozsunął suwak i wyjął małe metalowe pudełko. Od góry widać było cztery pokrętła. Był to specjalny zamek broniący szyfrem, dostępu do wnętrza.
Harison ustawił czterocyfrowy kod. Szarpnął wieko. W środku znajdowały się dwie ampułki, bezpiecznie ulokowane w styropianowych przegródkach. Obok leżała strzykawka z igłą. Nałożył igłę na wystający bolec. Przekuł ampułkę i powolnym posuwistym ruchem sprawił, że płyn zaczął zasysać się do środka. Po chwili szklany pojemnik wypełnił się przeźroczystym roztworem. Dwadzieścia mililitrów tajemniczej substancji było gotowe do wstrzyknięcia.
Odsunął sprzed ramienia koszulę i kilkoma uderzeniami palców powiększył najbardziej widoczną żyłę. Odczekał chwilę, patrząc jak wyraźnie zaznaczyło się wybrzuszenie brunatnej wstążki. Ból wkłuwania nie wywołał najmniejszego grymasu na twarzy.
Gdy roztwór powoli wypełniał krwioobieg, Harison przypomniał sobie egzamin z anatomii człowieka i kilku żelaznych zasad, które zobowiązywały każdego płetwonurka do zachowania dyscypliny podczas nurkowania. W wyobraźni zobaczył dużą salę wykładową i siebie stojącego przy rysunku przedstawiającym układ krwionośny. Obok, za długim stołem, siedział profesor, z tytułem nadzwyczajnym chyba dlatego, że potrafił nadzwyczajnie doprowadzić każdego przepytywanego do furii.
- Panie Harison! ....proszę zreferować zasadę tolerancji i nietolerancji tlenowej
- W powietrzu, atmosferycznym znajduje się 21% tlenu 78 azotu, ....reszta to gazy obojętne. Schodząc głęboko w toń wody, na każde pokonane dziesięć metrów ciśnienie powietrza zwiększa się o jedną atmosferę, co siłą rzeczy powoduje zwiększenie ilości tlenu i pozostałych gazów w czynniku oddechowym płetwonurka, czyli w butlach. Co się tyczy azotu, gaz ten ma właściwości halucynogenne. Ze względu na to, iż organizm człowieka ma ograniczone możliwości przyswajania azotu, można dostać pod wodą haju,...w takiej sytuacji można pomylić kierunki… dół może stać się górą i na odwrót. Odczucie to porównuje się do upojenia alkoholowego.
- Rozumiem, że ma pan na myśli narkozę azotową – wtrącił się wykładowca
- Tak jest panie profesorze!
- Proszę zatem używać fachowej terminologii panie Harison! Przypominam, że sala wykładowa to nie budka z piwem!
- Oczywiście przepraszam! .... i tak, czym głębiej nurkujemy, tym proporcjonalnie płetwonurek przyjmuje większą parcjalną część ściśniętego powietrza. ....drugim niebezpieczeństwem jest narkoza tlenowa, której zwiększona dawka w organiźmie kończy się pełną utratą przytomności zapoczątkowane drgawkami tlenowymi. Choroba ta, występuje bezobjawowo. Może nas dopaść nagle, bez zapowiedzi. Aby tego było mało, tlen zawarty w powietrzu, na głębokości poniżej 60 m staje się toksyczny!
- Co wówczas należy zrobić?
- ... koniecznie trzeba go zobojętnić innymi mieszankami np. trimix lub heliox, eliminującymi nadmiar tlenu i azotu
- Dobrze Panie Harison, a teraz proszę powiedzieć czym jest dekompresja?
- Dekompresja polega na powolnym uwalnianiu azotu, który odkłada się w organizmie płetwonurka. Przyjmuje się zasadę, że po każdym nurkowaniu, nawet bezdekompresyjnym, należy zrobić przystanek bezpieczeństwa: 3min. na 3m od powierzchni lustra wody.
- Panie Harison proszę się skupić na profesjonalnym nurkowaniu, a nie na amatorskim. Do osiemnastu metrów, to będzie pan się bawił ze swoimi dziećmi na Błękitnej Lagunie!
- Nie mam dzieci – chłodno odparł Harison
- To z młodzieżą i proszę przestać ze mną dyskutować, bo zaraz wyproszę pana z sali!
- Przepraszam! ...tak więc, w przypadku nurkowania z dekompresją, trzeba zastosować rygorystyczne procedury!
- Jakie?
- Według tabeli nurkowej, lub przyrządów pomiarowych, takich jak komputer nurkowy
- dobrze Panie Harison! ... czego należy unikać podczas nurkowania?
- Przewentylowania płuc
- Proszę rozwinąć pojęcie!
- Otóż, szybko oddychając pod wodą prowadzimy do zwiększenia ilości powietrza w płucach w wyniku czego tworzą się duże ilości nasączonych tlenem krwinek, które krążąc po krwioobiegu docierają do mózgu, co prowadzi do utraty przytomności.
- Ile metrów najniżej udało się człowiekowi zejść pod wodę?
- Niewiele poniżej trzystu metrów, ale trwało to bardzo długo!
- Co pan plecie!
- Przepraszam chodzi mi oto, że na tej głębokości płetwonurek przebywał zaledwie kilka sekund, natomiast czas potrzebny do dekompresji trwał ponad dziesięć godzin dlatego samo przebywanie na tej głębokości trwało krótko, natomiast wychodzenie trwało bardzo długo... to miałem na myśli.
- Ma pan szczęście, że pan wybrnął .... Czy możliwe jest aby na takiej głębokości, powyżej 300 metrów, człowiek mógł przebywać dłużej niż wspomniane przez pana kilka sekund
- Tak
- Co „tak” Panie Harison!
- Mógłby przebywać dłużej pod warunkiem!
Profesor nie wytrzymał i zaczął krzyczeć - Źle! Źle i jeszcze raz źle!
- ... ależ panie profesorze można tylko na dnie musiałby być umieszczona specjalna kapsuła
- Panie Harison pan plącze pojęcia! ...my rozmawiamy o nurkowaniu bez użycia specjalistycznego oprzyrządowania, które nie dość, że jest kosztowne to przyciąga uwagę innych, a zwłaszcza media. A jak pan wie nie chcemy rozgłosu przy naszych badaniach.... proszę powiedzieć dlaczego płetwonurek nie może pozostawać długo na dużych głębokościach bez specjalistycznego sprzętu?
- Chodzi także o zbyt duże wyziębienie organizmu! Drugim powodem jest jak już powiedziałem nasączenie krwi zbyt dużą ilością niekorzystnych składników, których po tak długim nurkowaniu nie można usunąć, bez komory dekompresyjnej umieszczonej pod wodą.
- I tu się pan myli!...Dziękuję! ...Proszę usiąść panie Harison, odnoszę wrażenie, że pan wie, że dzwonią tylko nie wie w którym kościele!
Gdy Harison z furią w twarzy szedł w stronę swojego siedzenia, profesor pokazał ampułkę – Proszę Panów! ...ale najpierw poczekamy aż pan Harison zasiądzie za swoim biurkiem. Odczekał chwilę i po tym jak z sali dobiegło głośne szurnięcie nóg krzesła, profesor kontynuował - ... w środku znajduje się specjalna substancja, pod nazwa H78, dzięki której krew staje się odporna na ciśnienie. Dzięki tej substancji pęcherzyki powietrza obojętnieją na azot, poza tym, środek ten ma właściwości termiczne utrzymując ciało w stałej temperaturze około 30 stopni Celsjusza - profesor uśmiechnął się – proszę jednak pamiętać! – ironicznie spojrzał na jednego adepta - ... że środek ten odcina myślenie co w pana przypadku, panie Harison nie ma akurat znaczenia! – sala natychmiast wybuchnęła śmiechem. Wykładowca odczekał chwilę – proszę o spokój panowie! – był wyraźnie ucieszony ze swojego dowcipu – proszę się uciszyć – nawoływał - ....dziękuję! .... tak więc substancja H78, wstrzyknięta dożylnie, może ograniczyć prawidłową ocenę sytuacji, gdyż cały układ krwionośny pracuje na obniżonych obrotach. W tej sytuacji mózg jest niedotleniony i może przez to szwankować.
Harison poprawił wypowiedź odnajdując okazję do odwetu za ironię profesora – rozumiemy, że chodzi panu profesorowi o to, że mózg nie będzie prawidłowo funkcjonować i jego układ neurotyczny będzie nieodpowiednio dotleniony
Profesor krzyknął – natychmiast proszę wyjść Panie Harison, panu pomyliły się role, nie przywykłem do komentowania moich wykładów, Pan ma słuchać jak i cała reszta! Zrozumiano! I won mi z sali!
Harison bez słowa wstał i zaczął bez słowa wykonywać polecenie.
- albo nie! proszę do mnie! - skierował swoją wypowiedź do Harisona, który zdążył już podejść do drzwi - będzie Pan moją doświadczalną myszką! - powiedział to zzadowoleniem - za chwilę zobaczycie Panowie co się dzieje z człowiekiem gdy wstrzykniemy mu kilka mililitrów roztworu H78. - natychmiast po sali przeszedł szmer niepokoju - ....proszę się nie obawiać panowie, umysł naszej myszki za chwilę zacznie zwalniać, a ciało dostanie drgawek, ale zajęcia z filozofii Zen, a ściślej z medytacji za pomocą czarnej kropki, pomogą wam wkrótce opanować...
Reszty wypowiedzi Harison nie usłyszał gdyż poczuł, w żyłach delikatne zgęstnienie, jakby krew zmieniała swoje właściwości na bardziej lepkie. Spojrzał na zegarek. Zbliżała się godzina dwudziesta druga, dokładnie, za dwie sekundy. Wstał i podszedł do drzwi. Nacisnął klamkę. Po drugiej stronie, w salonie siedziała Margerita.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
PART 36
2008-10-05
|
Do pokoju wszedł starszy, już znacząco posiwiały na skroniach mężczyzna. W progu Prein przywitał go ostrzeżeniem - mam nadzieję, że to coś ważnego! ...źle się czuję… ale siadaj!
Mężczyzna w milczeniu rozgościł się na krześle i powiedział – wiem co zaszło na zamku! – nie tracił zimnej krwi pomimo srogiej miny Preyna. Gość nie wyglądał na osobę, którą można łatwo zastraszyć
- ..a o co wiesz? – Prein czerwieniał ze złości – mów! .. i spadaj!
- w dzisiejszych czasach za wszystko trzeba płacić! – spokojnie odparł nieznajomy.
- O widzę, że mam do czynienia z panem mądralińskim ciekawe czy twardogłowym.. to na ile wyceniasz swoją informację?
- na niedużo!
- Dużo! Niedużo! ... zależy za co?
- Przejdźmy zatem do rzeczy! ...mam dowody, że na balu w zamku był terrorysta!
- tak? , a skąd to przekonanie?
- tak!, a skąd to przekonanie? – powtórzył nieznajomy z ironią – No właśnie, zadajmy sobie pytanie kim może być sprawca nazistowskiego niekontrolowanego wypróżnienia?
Kapitan szybko wtrącił – nie drażnij mnie sukinsynu, i mów! ile chcesz za informację?! Nie mam czasu!
- 100 tysięcy dolarów!
Kapitan poderwał się na równe nogi i krzyknął – oszalałeś! … tyle kasy! – poczym szybko usiadł, waląc ręką w stół. Na szczęście przypływ adrenaliny zahamował to co mogło się zmienić, po gwałtownym ruchu, odgłos pękającej skorupy, jeszcze większego orzecha niż ten, który narobił przed paroma minutami rumoru w obecności Karlosa.
- ...tak tyle! – ostro zareagował Nieznajomy - ...i jak będziesz się targował, to za chwilę dorzucę jedno zero! – mężczyzna spojrzał na kapitana, tak jakby chciał go głębiej wcisnąć krzesło – ... jak przelejesz mi 100 tysięcy dolarów to zdradzę imię i nazwisko terrorysty i powiem gdzie się ukrywa! ... Rozumiesz!
- Połowę tej sumy ... a jak uznam, że dalsza informacja jest warta ceny do zapłacę brakującą połówkę!
- Stoi !
Mężczyźni przez chwilę wpatrywali się w swoje oczy, szukając w błysku źrenic potwierdzania dla zawiązanego zbyt pośpiesznie paktu.
Pierwszy wymiękł Preyn - … a gwarancje, że nie blefujesz panie mądraliński … jakie są?
- nie masz żadnych! Ale pamiętaj, że beze mnie nigdy go nie znajdziecie!
- ...a dlaczego uważasz, że ten GO jest taki ważny?
- Ważny – nieznajomy tracił panowanie nad sobą, warknął – ...upokorzył was po kolona, albo po kostki śmierdziele, a jak ten smród rozejdzie po świecie wtedy będziecie skończeni! Zrozumiano!
- dużo wiesz i lubisz drażnić lwy!
- dostatecznie dużo i lubię drażnić płotki! Ale jak powiedziałem najpierw chcę mieć na swoim koncie pieniądze! To wszystko co mam do powiedzenia i to po raz ostatni!
- A skąd przekonanie, że mam pieniądze!
- …aaa! … nie masz!? – Nieznajomy odburknął i energicznie wstał od stołu – w takim razie nie mamy o czym dalej gadać – i zaczął szykować się do wyjścia, dorzucając małą dygresję – w takim razie od razu idę na kawę do Wścibskiej Bertrudy, a potem potknę się próg wydawnictwa „Codzienny Shit” i zostanę tam na dłużej … niech ziemia zadrży w posadach po gównianym wydaniu dziennika!
- Poczekaj! ... co jesteś taki nerwowy! – kapitan spuścił z tonu, odczytując w podtekście brak skłonności do blefowania - uspokój się!
Nieznajomy usiadł z powrotem za stołem, bez słów wyjął z torby laptopa, otworzył wieko. Kliknął na okno przeglądarki internetowej i wpisał długą nazwę – teraz zalogujesz się do swojego banku i przelejesz pieniądze na ten numer. Jak się pojawią na moim koncie to podam imię i nazwisko tego gastrologa, który wam rozregulował jelita! I pośpiesz się – po tym jak przesunął komputer w stronę kapitana, skrzywił usta, i aby nie puścić łez przytrzymał oddech w płucach.
Kapitan, wstukał ciąg cyfr wcześniej logując się do swojego banku na Kajmanach. W poleceniach zapłaty wpisał kwotę pięćdziesięciu tysięcy dolarów i nacisnął enter. Pieniądze po chwili zasiliły konto Nieznajomego, który po kilku sekundach po sprawdzeniu salda odrzekł – już są! ... świetnie!
- to teraz gadaj kim jest ten typ! ... nie mam już czasu!
Nieznajomy, wstał, wyjął z marynarki papierosa i włożył go do ust. Odparł grypsem – daj ognia na końcówkę lulki! – nachylił się w stronę rozmówcy i natychmiast cofnął, chybocząc na nogach. Gdy utrzymał równowagę poprawił, wypowiedź – daj ogień! – i pomyślał – Cholera przed momentem, chyba straciłem przytomność i świadomość!
- nie! ...na Adolfa! – krzyknął Prein – co to za gierki! ..mów to nazwisko bo cię zaraz rozszarpię!
- bez ognia nie powiem! …dawaj ogień! Już! I teraz ty się pośpiesz!
Prein przypalił papierosa trzymając zapalniczkę na bardzo wyciągniętej dłoni – masz! ...i mów łotrze!
Mężczyzna, po zaciągnięciu puścił duży obłok przed siebie, na twarzy od razu pojawiła się ulga – ten terrorysta to Steve Harison! – odpowiedział
- ...że co? …a kim jest ten chłystek!
- Waszą zmorą.... sprawcą waszego losu ....zasr.. – przerwał przykładając sobie palec do ust – ciii! ...wiem! że kapitanie napinasz się przez cały czas trwania naszej rozmowy i tak trzymaj jeszcze przez chwilę! – wypuścił kolejny obłok dymu - … zatem pomówmy o drugiej połowie pieniędzy!
- nie skorzystam już z twojej wiedzy – Prein szyderczo uśmiechnął się jakby chował asa w rękawie – Wystarczy mi samo nazwisko, teraz sami go szybko znajdziemy! Mamy swoje sposoby! - Kapitan jedną ręką, tak aby nie wzbudzić zaniepokojenia u rozmówcy, wyjął ze schowka, spod blatu pistolet, i między udami chowając rękojeść zaczął szykował broń do wystrzału. Wiedział, że wykańczając Nieznajomego, mógł zaoszczędzić pieniądze organizacji i do tego otrzymać pochwałę od generała. - przydałaby się choć jedna – pomyślał – po kompromitacji na balu! Może uda mi się odzyskać dawny prestiż i zaufanie u dowództwa! - rozważał
Jednak nieoczekiwanie, Nieznajomy wyszczerzył zęby, przez które przeniknął dym, a następnie za nim z ostrzeżenie otulone w zapachem nikotyny – … jutro Harison opuszcza kryjówkę, ma do wykonania bardzo ważne zadanie! ... a do tego czasu bez mojej pomocy go nie znajdziecie!
- Nie rozumiem! - Kapitan wstrzymał na moment naciskanie cyngla tracąc pewność. Palec, prawej ręki spoczywający na spuście znieruchomiał. Znów poczuł w głosie Nieznajomego, brak skłonności do blefowania. Pomyślał – zastrzelę go jak wszystko wyszczeka, trudno otrzymam tylko pochwałę! - położył lewą dłoń na klawiaturze laptopa, wpisał 50 tyś dolarów i przesłał kolejną transzę pieniędzy w eter.
Gdy Nieznajomy sprawdził stan swojego konta, puścił kolejny obłok dymu w twarz kapitana, rzekł – zanim usłyszysz dalszą część historii dotyczącą Harisona, połóż pistolet na stole ten co go miętosisz od dłuższej chwili w łapie ... i lepiej zrób to teraz, zanim moja kula nie zrobi dziury w twoim tępym mózgu! – Nieznajomy wysunął lufę karabinu ukrytą w rękawie, aby uwiarygodnić ostrzeżenie. – widzisz wystarczy lekkie szarpnięcie przedramienia w tył aby siła bezwładności naprowadziła spust na mój wskazujący palec! A potem!... – zmrużył oczy i czoło - pozostanie tylko dziura w twojej wielkiej głowie!
- sprytny jesteś!
- mam to we krwi! I ostrzegam! szybko strzelam! Szybciej niż ty myślisz! Pośpiesz się! Czas nam się kończy!
Kapitan zastosował się do polecenia. Powoli położył broń na blacie, z której Nieznajomy wyjął magazynek, sprawdzając czy w komorze nie pozostała jakaś zagubiona kula. Była. Szybkim ruchem dłoni rozładował broń i po chwili metalowa pestka odbiła się od podłogi - No teraz już lepiej! A więc! ... Harison jest na plaży jakieś 70 km stąd, ukrył się razem z Margeritą w opuszczonym domu – Nieznajomy wyjął z kieszeni marynarki odręcznie naszkicowany plan, dokończył – zawsze dotrzymuję słowa, jestem człowiekiem honoru! – wielką ręką przyklepał kartkę na blacie - tu jest ta cholerna mapa dojazdu!
Kapitan łapczywie chwycił kartkę – świetnie! A więc mówisz, że będzie tam jeszcze przez jeden dzień z tą zdzirą! – Prein nie krył radości z planu jaki przemknął mu w wyobraźni – świetnie! Doskonale! – powtórzył kilka razy, wlepiając oczy w rozmówce, który zaczął chować laptopa, nie czekając na owacje. Nagle, Prein powoli przekręcił głowę w prawo, zachowując się jak psiak patrzący z zaciekawieniem na kość, którą przez przypadek spotkał na swojej drodze. Zapytał – czy my się aby nie znamy? …odnoszę wrażenie, że gdzieś widziałem ten profil tyle, że bez takiej ilości dymu? … a może wypadało by się przedstawić na koniec naszej rozmowy Panie Buchająca Paro!
- hm! … nie ma potrzeby!
- ależ tak! … dokładnie! .. już wiem! …byłeś w szpitalu gdy odwiedzałem swojego kaprala! Tak! Tak! Teraz pamiętam! … Leżałeś na łóżku na tej same sali co Karlos!
- hm … być może! … ale to bez znaczenia!
Prein nie ustępował - a właśnie, że ma znaczenie ...przypomnij mi no jak się nazywasz! - lekko przychylił głowę w lewo, tym razem jak pies, który lepiej chce wsłuchać komendy do aportowania
- Okley!
- no nie! Faktycznie! – wyznanie wyraźnie ucieszyło kapitana - … to ty jesteś tym organistą, postrzelonym z miłości do ptactwa!
Oklay nie pozwolił dokończyć ironii - jestem policjantem! Sierżantem! , a nie jakimś grajkiem!
- Oj oj oj .. no co ty nie powiesz? ...a wiesz, że w naszej organizacji jest już paru! Jakbyś chciał dla nas pracować to zgłoś się do mnie! … w twoich oczach widać bezwzględność i brak skrupułów! …IV Rzesza potrzebuje takich żołnierzy, a przede wszystkim ja potrzebuję takich ludzi w swojej drużynie! Widzę w nas duże podobieństwo!
- Raczej nie skorzystam! – sierżant szybko skierował się w stronę drzwi, naciskając klamkę odparł – żegnam! I mam nadzieję, że już więcej się nie spotkamy!
- czekaj! czekaj Okley! Jeszcze nie wybiegaj … tak na samo zakończenie powiedz mi panie funkcjonariuszu Okley!… policjancie Okley! ...dlaczego to zrobiłeś Okley? - bawiło go słowo Okley, które chciał lepiej zapamiętać metodą wielokrotnego powtarzania.
Sierżant zaciągnął wielki haust ze skrawka dopalającego się papierosa, odwrócił się, i wypuścił całą zawartość dymu. Zmrużył oczy – to bardzo prozaiczne, za miesiąc odchodzę na spoczynek, a po trzydziestu latach służby mam małą podstawę emerytalną, a poza tym! …mam rachunek do wyrównania z Harisonem! – odwrócił się na tyle szybko, na ile pozwalał mu stan zdrowia, i na tyle szybko aby wreszcie móc wyjść na zewnątrz. Miał dość obcowania z grubasem. Gdy Okley znajdował się w połowie korytarza, warknął do siebie – co za obleśny cuchnący typ! – rzucił niedopałek i wprasował go podeszwą w dywan – i jak w takich warunkach rzucić palenie, gdy przez całe życie muszę obcować ze śmierdzielami!
Schodząc po schodach, sierżant przypomniał sobie pewną historię, jak przed paroma laty rozwiązywał sprawę w czasie której musiał wypalić kilka kartonów papierosów, bowiem nozdrza nie wytrzymywały objawów kłamstw. Wtedy podejrzani konfabulowali z „lub” na „i”, w aktach sprawy, dotyczącej korupcji w gazecie pt „Kup, Podrzyj i Podetrzyj” – Obrzydliwe zasrańce! – pomyślał o nich wszystkich, oddychając już czystym powietrzem, na jego szczęście, poza murami hotelu Libre.
|
|
Komentarzy:
8
|
|
PART 35
2008-09-28
|
Do świtu goście opuścili przyjęcie zorganizowane w ruinach zamku. Podczas wychodzenia, nie szczędzili obelg i bulgocząc w swoich rodzimych językach wycofywali poparcie dla organizacji nazistowskiej. Byli wstrząśnięci i oburzeni tym co musieli pozostawić na dole, jako ślad swojej obecności. Na salach bankietowych, upokorzeni goście pozdejmowali części swojej garderoby, gdyż na skutek rozwolnienia, stroje od pasa w dół, swoją zawartością utrudniały poruszanie. Gwar, rwetes i przede wszystkim jazgot towarzyszył całej krucjacie obsraluchów, trzymających się za obolałe brzuchy. W takich okolicznościach nikt nie próbował pędzącego na zewnątrz tłumu powstrzymywać ani próbować wytłumaczyć zaistniałej sytuacji, gdyż każdy kto by się znalazł na drodze zostałby niechybnie wdeptany w ziemię. Doprawiony przez Harisona bigos, jednak najbardziej zaszkodził generałowi, któremu trzeba było po wszystkim dodatkowo zaaplikować kroplówkę, a ciało pozostawić w roztworze wody z solą na dwie godziny aby odmiękło. W przypadku brata Hitlera obstrukcja mogła doprowadzić nawet do głębokiej zapaści organizmu, i tak dostatecznie nadwątlonego zębem czasu.
Gdy zamek kompletnie opustoszał, a światło dzienne zaczęło wglądać pierwszymi promieniami wschodzącego słońca do komnat, Prein stojąc w samych majtkach, pożyczonych od Karlosa, gdyż jego osobiste nie nadawały się więcej do użytku, kapitan niedowierzał własnym oczom. Pantalony, spodnie, spódnice, barchany, części ubrań męskich i damskich, zalegały wszędzie ukrywając we wnętrzu rezultat niewłaściwego trawienia. W zwalistej kupie ubrań Prein odnalazł nawet fragment swoich nogawek, od widoku których natychmiast odkręcił wzrok, by przerwać nie nadający się do cytowania koszmar wspomnień. Kapitan kręcąc nosem gdy odór nieczystości uderzał swoją kwintesencją, zdał sobie sprawę, że szprej od odświeżania powietrza, wietrzenie i inne zabiegi chlorująco czyszczące nie są w stanie przywrócić dawnego blasku pomieszczeniom. Dlatego natychmiast rozkazał przenieść sztab do hotelu Libre, nakazując przed opuszczeniem zasypać wejście. Tym razem zamiast wręczyć swoim podwładnym łopaty, założył ładunki wybuchowe pod ścianami nośnymi i przy bramie głównej i jednym ruchem przekręcił detonator, zakrywając grubą warstwą zgliszcz niechlubne pozostałości bo bigosie. Chciał aby czas, czym prędzej zutylizował historię Nazistowskiego niekontrolowanego wypróżnienia, tak aby nie pozostał po nim żaden wyczuwalny ślad. Prein miał nadzieję, że spektakl „Tańca z Piardami” pozostanie jedynie w sferze domysłów u mieszkańców Chambre, a zwłaszcza u Wścibskiej Bertrudy, w ustach której wiele sensacyjnych plotek zapoczątkowywało bieg niekończących się opowieści i konfabulacji.
Dochodziła godzina dziesiąta rano, dnia następnego.
Karlos gwałtownie otworzył drzwi pokoju i z powagą na twarzy zasalutował. Oficjalnym tonem, kładąc akcenty na poszczególnych sylabach, przekazywał niecierpiącą zwłoki informację - panie kapitanie, ktoś chce z panem rozmawiać!
- Niech poczeka na korytarzu ...- kapitan nie śpieszył się w podciąganiu spodni tylko surowo zlustrował Karlosa – powinieneś zapukać przed wejściem!
- Tak jest! – odparł kapral. Zdał sobie sprawę, że okoliczności do odwiedzin są nadal niewskazane. Spróbował się wytłumaczyć – przepraszam za moją natarczywość, ale ten człowiek nalega! … ma bardzo ważną informację do przekazania!
- w takim razie niech czeka, – odburknął kapitan – a ty zostań! musimy trochę porozmawiać!
- rozkaz Panie Kapitanie!
Karlos otrzymując przyzwolenie zaczął z uwagą śledzić ślamazarne poczynania dowódcy. Gdy dostrzegł przekrwione oczy Preina, które przez dwie doby zmagając się z nieustanną energią naporu, popękały na milimetrowe części tworząc na białkach czerwoną siateczkę, zapytał
– czy nie powinien pan iść do okulisty?
Kapitan nic nie odpowiedział tylko mocując się z klamerką próbował ją spiąć w całość, skupiając całą uwagę tylko na tej czynności.
- słyszę że nie bulgocze panu w brzuchu! - znów Karlos zagaił.
Gdy sprzączka złączyła się w jedność na ostatniej dziurce, Prein ze wściekłością warknął - dobrze słyszysz już nie bulgocze! Dwie noce spałem w ubikacji – dadał, aby nie było wątpliwości – na szczęście Hitlera! … koczowałem na desce klozetowej, a nie jak w zamku w pozycji skoczka, uczepiony do ściany, dobrze, że wtedy znalazłem małe wyszczerbienie w ścianie, w które wbiłem – pokazał - o ten pazur! Bo bym runął na zbity pysk w to wszystko! - i dla uwiarygodnienia słów szeroko rozdziapirzył dłoń. Istotnie jeden paznokieć kolorem odróżniał się od reszty z dziewięciu, z zmieniając kolor na brunatny - ... a tak do rzeczy jak mogliście dopuścić aby bigos był skwaszony?
- Nie wiem jak to się stało? Ingrid kupiła wszystko w sklepie, gdy gotowała potrawy wyglądały na świeże i pięknie pachniały!
- Pachnące i świeże nie drwij ze mnie Karlos ...skąd w takim razie ja i goście dostaliśmy… a tfu – plunął na podłogę z obrzydzenia
- Nie wiem, ale ja panie kapitanie też spędziłem dwie noce na sedesie!
- Słyszałem o tym, w zamku zablokowałeś wychodek na kilka godzin i nikogo nie chciałeś dopuścić do kabiny, podobno generał siadając na nocnik krzyczał, że należy wszystkich w kabinach zdegradować! Na twój parszywy los nie udało mu się zajrzeć do środka przez szpary w deskach! Masz więcej szczęścia niż rozumu Karlos i bardzo szerokie biodra, które przysłoniły cały obraz generałowi!
- znaczy się szeroką pupę!
- Nie! – wrzasnął Prein – wielką i zwalistą dupę! I pamiętaj zawsze podwładną! Rozumiesz to! A przez twoją ignorancję musieliśmy pozasadzać generała na nocnik, który po kilku głośnych odgłosach pękł!
Kapral się jednak nie przejął. W pozycji zasadniczej kontynuował - sraczka u wszystkich jest jednakowa i miałem prawo niezasrywać własnych majtek tak jak reszta i ... ! - na końcu chciał dodać tak jak pan ale ugryzł się w porę końcówkę języka.
- masz rację Karolos, ale w wojsku obowiązuje inne prawo! Pamiętaj na przyszłość! Do latryn wchodzą najpierw dowódcy, a młodsi stopniem mają czekać przed drzwiami! ... Chyba sobie nie wyobrażasz innej kolejności aby … tfu – znów splunął z obrzydzenia. kapitan zamyślił się – ... trudno już tego nie naprawimy! - wtrącił – co spłynęło niech nigdy już do nas nie powróci, niech spoczywa w ruinach na wieki!
- Hi Hitla panie Kapitanie! – zasalutował - Musimy jak najszybciej zapomnieć o tym zdarzeniu! Na świętą pamięć naszego dowódcy!
W tym czasie kapitan delikatnie opuścił spodnie aby pas znalazł oparcie na biodrach i pasek nie ugniatał obolałego brzucha. Poinstruował – trzeba natychmiast dokładnie sprawdzić wszystkich gości, musimy zapobiec ewentualnym przeciekom!
- Hm nie rozumiem do czego?
Kapitan się wydarł - ty skończony durniu! Jak zwykle nie wiesz o co chodzi! – i wyjaśnił - głodni sensacji dziennikarze gdyby tylko wiedzieli co się stało na zamku, są gotowi umieścić na pierwszych stronach nawet swoje tyłki! Gazety uwielbiają sensację i dobrze wiedzą jak należy ją zaprezentować aby durny naród zwrócił uwagę na istotny fakt. A istotnym faktem w tym zdarzeniu są nasze nazistowskie wypięte dupy!
- a jak mieliby je niby sfotografować!
- to bardzo proste! W lustrze!
- Pan jest po prostu genialny!
- wiem o tym! Ale do rzeczy! Wiesz co masz robić?
- oczywiście przejrzę listę, a potem przesłucham Bertrudę czy czegoś starucha nie zwietrzyła swoim wielkim nosem! … ale właśnie! właśnie! - zawahał się przypominając sobie coś, co po wyrazie twarzy wydawało się być czymś bardzo ważnym - za nim się nie oddalę czy może mi pan, panie kapitanie oddać majtki, które pożyczyłem Panu w zamku! ....Proszę! – dodał na końcu aby złagodzić ton wypowiedzi
- przykro mi Karlos, ale wyrzuciłem je do morza!
- na litość Hitlera! - wydał się kapral – to były moje ulubione!
- przestań hitleryzować! Kupisz sobie nowe!
- to niemożliwe te były wyjątkowe!
Kapitan podrapał się po głowie - a na czym polegała ta wyjątkowość, bo wydaje mi się, że były jakieś zmurszałe!
- te majtki, mają wszystkie majtki pod sobą! – z powagą odparł Karlos
- nie rozumiem!
- to są majtki historyczne!
- nadal nie rozumiem!
- wziąłem udział w licytacji internetowej i wygrałem je na aukcji! Na alleszajs!
- i ?
- to były majtki po samych kochanym naszym fulerze! Były zabytkowe!
Kapitan nie stracił zimnej krwi – w takim razie mogłeś sobie kupić halkę Hitlera, i rozkazuję przestań się mazać Karlos tylko się zbierz w całość!
- ale to były moje ukochane! Przywiązałem się do nich!
- dobrze, że nie przykleiłeś! Dość! … nie zachowuj się jak baba! Otrzyj z policzków łzy! Teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie - zamyślił się i zaczął masować czaszkę dłonią – tak dokładnie! – powiedział do siebie i natychmiast wrzasnął – a czy nie uważasz Karlos, że to musiał być zamach na naszą organizację!, że dzięki jakiemuś złoczyńcy straciłeś swój skarb po Adolfie! – sprytnie przeniósł ciężar zarzutów na wroga.
Kapral otarł łzy i rzekł z grobową miną - jeśli to prawda, winowajca zapłaci za to niewyobrażalnie wysoką cenę!
Nagle z wielkiego brzucha kapitana wydobył się bulgot. Mężczyźni spojrzeli porozumiewawczo na siebie i natychmiast otrzeźwieli. Przy takim zagrożeniu wszystko bledło, nawet pamięć po garderobie Hitlera. Wiedzieli co za chwilę może nastąpić
- Panie kapitanie czyżby nadciągała sracz...
- Zamknij się Karlos i nie wypowiadaj teraz tego słowa .. – widać było, że kapitan tracił panowanie nad sobą. Zrobił się jednej sekundzie czerwony i za moment siny. Zacisnął usta i silnie przygryzł wargi . Położył dłonie na brzuchu. Widać było, że błagał w myślach swoje trzewia o zachowanie umiaru. Coś szalało we wnętrzu, wydając dziwne odgłosy. Nagle, przy ostatnich nietaktownych dźwiękach stłumionych materiałem spodni, rumor zmienił się w głośną pojedyńczą salwę.
- na Hitlera! – krzyknął Karlos – ale piard! W życiu czegoś takiego nie słyszałem! – i natychmiast ostrzegł - Ale majtek już panu nie pożyczę! – miał złe przeczucia po salwie jaką usłyszał.
Skupiona twarz kapitana doznała ulgi – nie musisz! ... utrzymałem! … ale jak złapię tego kto mnie tak urządził ...
- ... to wsadzimy mu głowę w sam sedes, a potem zrobimy z niego krwisty befsztyk i dorzucimy do bigosu … - zadowolony Karlos szybko podzielił się swoimi pomysłami, które miały stanowić odwet na złoczyńcy
- rozkazuję ... dość gównianych określeń! – wrzasnął kapitan
- Tak jest! … – Karlos spojrzał na przełożonego. Zrozumiał, że ciąg wyrażeń takich jak sraczka, bigos, sedes, rozluźnienie, klozet, WC i rozwolnienie, mogą spowodować kolejną nawałnicę, czego kapitan mógłby już nie przetrzymać.
Gdy sztormowa pogoda w żołądku ucichła, kapitan zrobił kilka kontrolnych kroków po pokoju aby sprawdzić swoją funkcjonalność. Wyprostował się. Odkręcił głowę w stronę balkonu. Za uchylonym oknem trzepotało kilka mew, które co chwila podlatywały do szyby. Słyszał jak wołały między sobą – zobaczcie jaki obsraluch! Zafajdaniec! I co nam teraz zrobisz! Wstyd i Hańba!
Była to skromna pozostałość dużego stada, którego kapitan, od czasu zameldowania w hotelu, nie zdążył jeszcze do końca wystrzelać. Idylliczny obraz zamyślonego człowieka na tle morza z garstką zawieszonych nad balkonem mew mógłby posłużyć do inspiracji stworzenia niepowtarzalnej pamiątki dla gości hotelowych, pod warunkiem, że artysta nie uchwyciłby na płótnie, jednego szczegółu ukrytego w wyobraźni Preina, pistoletu maszynowego wycelowanego w stado i nie narysowałby chmurki jak w komiksie, z drwiącymi wyrażeniami kłapoczących dziobów.
Kapral wreszcie przerwał zamyślenie przełożonego, zalutował i zapytał oficjalnym tonem - ... mogę wprowadzić tego człowieka stojącego za drzwiami? Już długo czeka!
- Tak! ... ale za nim wyjdziesz zamknij okno!
- a możemy jeszcze trochę poczekać!
- a to czemu! Karlos!
- no …
- a rozumiem!
Gdy wiatr wniósł garść świerzego powietrza, Karlos zamknął balkon i zaczął się kierować w stronę drzwi. Kapitan jeszcze raz się dopytał, co wskazywało, że naprawdę nie miał ochoty na przyjmowanie gości - .. nie wiesz o co jemu chodzi!? ...źle się czuję!
Prein łagodnie wyjaśnił aby nie prowokować trzewi przełożonego - Ten człowiek bardzo zniecierpliwiony, mówi, że ma bardzo ważną sprawę, nie chce z nikim rozmawiać, tylko z panem! Mówi, że jutro może być za późno jeśli z panem dzisiaj nie porozmawia!
- Hm ze mną? ...trudno! ... w takim razie zobaczymy!... i obym nie musiał zrobić z niego przynęty dla tej jazgoczącej hołoty za oknem!
Karlos odwrócił się na pięcie, wyszedł z pokoju. Kapitan podszedł ostrożnie do stołu, odsunął krzesło i zaczął szykować wielki zad do położenia na siedzisku. Głośno sapał, klnąc niezrozumiale pod nosem. W chwili jak kolana dotknęły brzucha, zaraz po tym jak żołądek ucisnął jelita, oczy kapitana wyszły na szypułki. Przytrzymał, kilka centymetrów na ugiętych nogach ciało i delikatnie usiadł na krześle. Od siedziska odbił się stłumiony odgłos przypominający dźwiękiem pękającą skorupę wielkiego orzecha, który po locie z wierzchołka strzelistej palmy, z hukiem rozłupuję się o ziemię – zabiję tego drania, który mnie tak urządził, jeśli gdziekolwiek jest! - burknął do siebie.
Kapitan położył rękę na blacie. Zrobił groźną minę. Krzyknął w stronę drzwi – wprowadzić! |
|
Komentarzy:
5
|
|
STRESZCZENIE ODCINKÓW (od 1 do 34)
2008-09-24
|
Steve Harison, jako płetwonurek agencji NASA, przez okres dwóch tygodni, eksploruje wrak galeonu zatopionego przed tysiącami lat. Jest zakwaterowany w hotelu Libre, obok niewielkiej miejscowości Chambre, na południu Francji.
Po ostatnim czternastym dniu nurkowania, podczas odpoczynku, Harison w czasie snu zostaje ugryziony przez nocną marę - kobietę Demon, która przywołuje go do głębiny. Pomimo grożącego niebezpieczeństwa, postanawia spotkać się z damą na dnie zatoki i odkryć cel jej wizyty.
Na drugi dzień każe chłopakowi z przystani młodemu Lorenzo, przygotować sprzęt aby można było zejść na rekordową głębokość 300m.
W tym czasie z urlopu, do hotelu wraca Margerita - kelnerka.
Harison, podczas składania zamówienia rozpoznaje w kelnerce córkę Huana i Marty, którą to rodzinę przed paroma laty, w czasie wakacji, często odwiedzał. Margerita jest w Harisonie zadurzona. Od młodzieńczych lat upatruje w nim bohatera, z którym pragnie uciec na wielkim żaglowcu, na koniec świata. Jednak przy pierwszym spotkaniu nie odkrywa swojego uczucia. Ma wobec Harisona plany. Chce go rozkochać w sobie.
W hotelu są zameldowane jeszcze cztery osoby. Rodzina Stevensonów, składająca się dwóch grubasów (syn z ojcem), podstarzałej matki i córki.
Na tarasie, w obecności Harisona dochodzi do utarczek słownych między Margeritą a Stevensonami, których obsługuje przy serwowaniu lunchu. Dziewczyna wybiega z płaczem, po tym jak grubas namawia ją na płatny seks.
Ukrytkiem, Harison w ubikacji daje wycisk grubasowi i karze przeprosić Margeritę. Do tego celu nakazuje grubasowi kupić w mieście wielki bukiet kwiatów i założyć białą koszulę.
Późnym popołudniem do Hotelu przyjeżdża na sygnałach karetka pogotowia. Grubas, który miał przeprosić Margeritę w niewyjaśnionych okolicznościach zostaje napadnięty, stan jego zdrowia zagraża życiu. Gdy go sanitariusze wynoszą z hotelu, trzyma w rękach wielki bukiet czerwonych róż.
Do hotelu przybywa sierżant Okley. W cieniu podejrzeń od razu znajduje się Margerita i Harison.
Okley zabiera parę na komisariat i daje wycisk Harisonowi podczas półtoragodzinnego przesłuchania. Harison nie chce odpowiadać, prosi jedynie aby Okley zadzwonił pod wskazany numer. Po wykonaniu telefonu Okley wypuszcza podejrzanych, a sam popełnia samobójstwo.
Po wyjściu z prefektury policji Margerita zaprasza Harisona na szklankę wina. Mają ją wypić w okazji upamiętnienia odbywających się w mieście obchodów Św Bachusa. Podczas rozmowy dziewczyna wyznaje Harisonowi miłość.
Harison postanawia wykorzystać dziewczynę i w jej towarzystwie w ciągu dziesięciu dni wyleczyć rany. Potajemnie, w nocy zabiera rzeczy z hotelu i razem z Margeritą jadą do oddalonego domku na plaży. Jest to rodzinny dom Margerity: po śmierci rodziców, zapomniany i opuszczony, ulokowany po drugiej stronie zatoki. Gdy Harison zasypia Margerita nad ranem otrzymuje informację od swojego Anioła Stróża, który maluje na piasku tajemniczy obraz. Margerita w zawiłych kształtach odczytuje mroczne widmo swojego przeznaczenia. Wie, że po dziesieciu dniach bezpowrotnie straci ukochanego. Mimo to, decyduje się uwieść i zawładnąć sercem Harisona.
Harison odwiedza w szpitalu grubasa i go przesłuchuje. Dowiaduje się, że Stevensonowie są Nasistami, którzy mają do wykonania w mieście bardzo ważne zadanie . Na tej samej sali spotyka Oklaya, któremu pomimo postrzału udaje się przeżyć. Przez pielęgniarkę dostarcza Okleyowi kartkę, w której prosi o spotkanie.
W domku na plaży, Harioson podczas długich rozmów opowiada Margericie o swojej misji ale nie wprowadza jej w szczegóły. W tym czasie, ogień w kominku skwierczy. Robi się gorąco i Margerita zsuwa szal z szyi odsłaniając dekolt. Do stołu przy którym prowadzą dialog, dosiada się namiętność. W pewnej chwili, nastrój palonych świec i pite wino gwałtownie burzą krew w żyłach. Przy akompaniamencie iskrzących płomieni dochodzi do miłosnej sonaty, gdzie kochankowie zatapiają się w dźwiękach wzajemnych oddechów. Po namiętnej nocy, wspinania się na i opadania ze szyczytów wszystkich ośmiotysięczników, Harison traci grunt pod nogami. Czuje, że jest pierwszy raz szczęśliwy od momentu tragicznej śmierci żony.
W między czasie, w pobliskich ruinach zamku Nazistka Ingrid - utajniona jako żona kpt Preina, odkrywa salę kolumnową. W niej ma się odbyć ogólnonarodowy zjazd popleczników Nazizmu.
Trwają przygotowania do balu. Całą akcją dowodzi kapitan Prein, który na siłę zabiera ze szpitala poharatanego grubasa – kaprala Karlosa. Prein dowiaduje się od Kaprala, że Harison jest niebezpieczny dla organizacji.
Podczas napadu, Karlos otrzymuje kilka ran ciętych, które na plecach tworzą dziwny znak - piramidę z wyciętym w środku okiem. O tatuaż Prein podejrzewa Harisona. Aby go wytropić i się z nim rozprawić, przywołuje do miasta Czyścicieli, którzy lecą z Boliwi. To tu mieści się dowództwo IV Rzeszy.
Na opustoszałym cmentarzu, Harison spotyka się z Oklayem, którego prosi o zaopiekowanie się Margeritą. Nie potrafi dokładnie określić czy nurkowanie będzie trwać jedeń dzień czy jeden rok. Spodziewa się najgorszego gdyż czuje, że odkrycie tajemnicy zatopionego galeonu jest bliskie. W sekrecie wyjawia Okleyowi tajemnicę o Nazistach i planach zagarnięcia władzy na świecie.
Harison po spotkaniu z Oklayem wchodzi do ukrytej krypty i wysyła telefonogram do centrali z meldunkiem. Prosi o zorganizowanie wieczorowych strojów, samochodu i ustalenia hasła, by bez przeszków móc dostać się na bal. Planuje małą zemstę na Nazistach.
Harison wraca na plaże. Zauważa, że dom zamienił się w chłodziarko – piekarnik. W środku zostaje uwięziona Margerita. W ten sposób kobieta Demon prowokuje Harisonona, by czym prędzej przybył do głębin. Harison ratuje Margeritę i daje dziewczynie środek na zatarcie pamięci. Na plaży wyzywa Demona od śmierdzących wodorostami ździr. Jest wściekły.
Po tym zdarzeniu, jedna z czytelniczek powieści Steva Harisona, z niewyjaśnionych przyczyn, na blogu przyjmuje ten sam nick - Śmierdząca Wodorostami Stara Zdzira. Staje się to podejrzane dla autora, który wietrzy ogólnonarodowy spisek. Zaciera się granica między fałszem, a prawdą.
Mimo niebezpieczeństwia, Margerita i Harison jadą na bal. Margerita ma służyć Harisonowi jako kamuflaż . Na balu dowiadują się, o żyjącym bracie Hitlera, który za pomocą klonów chce dokonać przewrotu na świecie. Akcje kryje się po kryptonimem „Nowy Ład”. Przy okazji, na balu, gościom jest przedstawiony Billaden w obecności Busha. Są to ulepszone prototypy już istniejących klonów. Brat Hitlera podkreśla, że zbliża się początek panowania Nazistów nad ludzkością. Po burzliwym przemówieniu, dochodzi do uczty. Harison niepostrzeżenie wlewa do bigosu środek na przeczyszczenie. Po tym zdarzeniu bal przemienia się w taniec z piardami i ... przed nawałnicą, w odpowiednim czasie Harison z Margeritą uciekają z przyjęcia.
Autor otrzymuje burę za strój Margerity. Czerwone pantofelki nie pasują do sukni. Trudno się mówi i brniemy dalej.
W czasie drogi do domu Harison na dachu Range Rowera, pod sklepieniem gwiazd doprowadza Margeritę do ekstazy. Zatapia samochód w głębinach zatoki aby zatrzeć ślady, i plażą boso wracają do domu. O wschodzie słońca, po burzliwej dyskusji Harison wyznaje Margericie miłość. Obiecuje wrócić z głębiny i wieść z nią szczęśliwe życie.
Czy mu się to uda, sam autor jeszcze nie wie, gdyż w głębinach i na powierzchni kryje się Śmierdząca Wodorostami Stara Zdzira!
Gdzie jest? Wystarczy się odrwrócić lub czasem po prostu najzwyczajniej spojrzeć do lustra!
|
|
Komentarzy:
7
|
|
PART 34 OSTATNIA PUBLIKOWANA NA BLOGU
2008-01-06
|
Fale obmywając brzeg, w powietrzu unosiły dźwięk melodyjnego pluskania. Para kochanków szła w skupieniu, wzdłuż linii brzegowej. Harison zawinął nogawki do połowy ud i moczył bose stopy. Margerita na ubitym od odpływu piasku, maszerowała obok swojego partnera, nadając tempo, które nie było ani za szybkie ani za wolne. Raczej średnie. Przed sobą mieli pięć km drogi, którą musieli pokonać do czasu pojawienia się nad horyzontem pierwszych promieni wschodzącego słońca. Po tym czasie, dwie osoby ubrane w eleganckie stroje wieczorowe mogły wzbudzić ciekawość u mieszkańców Chambre wypuszczających się o poranku na połów małż. Przekazana relacja z tego zdarzenia około siódmej, wścibskiej Bertrudzie handlującej na targu, dotarłaby do kpt Preina już przy obiedzie, wcześniej odpowiednio ubarwiona pikantnymi komentarzami. W tej sytuacji, zlokalizowanie przez czyścicieli kryjówki dwóch uciekinierów z balu, nie stanowiłaby problemu, poniewać krąg poszukiwań zostałby zawężony jedynie do długości linii brzegowej zatoki.
Na taki scenariusz Harison nie był przygotowany, zwłaszcza, że do godziny zero pozostały dwadzieścia dwie godziny. Ten czas musiał spożytkować na przygotowanie umysłu i ciała do zejścia na dno uskoku. Nie mógł pozwolić sobie aby ktokolwiek przeszkadzał mu w koncentracji w pozycji Kwiatu Lotosa, w której najlepiej wchodził w głąb nirwany. Mnichom buddyjskim ten stan uśpienia materii przychodzi zaledwie po kilku minutach, Harisonowi niezbędna była co najmniej dwugodzinna sesja samotności. Po tym czasie można było strzelać koło jego głowy z Kałasznikowa, a i tak na twarzy nie malowałby się żaden grymas wywołany hukiem wystrzeliwanych kul. Dodatkowo, wszystkie ruchy na trzy godziny przed nurkowaniem, powinny być wykonywane w zwolnionym tempie, po to aby nurek nie wydatkował za dużo energii. Zbyt długi sen nie był wskazany gdyż w rozespanym organiźmie spadał poziom adrenaliny. Na jedną godzinę przed założeniem butli z trimixem, do żył musiała być wstrzyknięta specjalna mikstura farmakologiczna.
Włosy Margerity podczas marszu, w nierównych odstępach czasu, obijały swoje końcówki o plecy, próbując wzbić się w powietrze, jednak po chwili ze sprężystością opadały do miejsca, z którego znów startowały aby zatoczyć ten sam ruch. Podobny motyw tańca odgrywały części poszarpanej garderoby. Rozerwana suknia na całej długości, odsłaniała smukłe nogi i gdyby nie użyczona marynarka Harisona, sięgająca obydwiema połami po niżej linii bioder, można by uznać obecność białego materiału za skąpe uzupełnienie koronkowej bielizny. Na szczęście noc i blady blask odbitych promieni, iskrzących się na lustrze wody, skutecznie zaciemniał obraz uwodzicielskiego negliżu. W kieszeniach marynarki Margerita ulokowała dwa pantofle, z których szpiczaste końcówki obcasów dyndały na zewnątrz ze śladami świeżo zdartego lakieru z Range Rovera.
Obok ciemnowłosej szedł Harison, dumnie wypinając tors. Dla odmiany był nienagannie ubrany z charakterystyczną uwiązaną przy szyi muszką, która gdyby mogła, ze wstydu przypadkowego uczestnictwa w miłosnym akcie, zmieniłaby kolor z niewinnej bieli na zawstydzoną purpurę. Trudno było wnioskować, czy spływająca duma z postawy Harisona była wynikiem przeprowadzonej akcji dywersyjno zaczepnej na Nazistach, czy wywołana wspomnieniem dotarcia na Kasjopeję.
Mężczyzna nie spuszczając wzroku z horyzontu, przy kolejnej fali obmywającej stopy, poczuł w sercu zimny dreszcz, nawołujący do szczerości. Okoliczności do zwierzeń, w tej samej chwili podsycał obraz upojnych dziewięciu nocy i dni, uwieńczonych podróżą na dachu ognistego rydwanu. Spojrzał na skupioną twarz dziewczyny, skierował wzrok na obcasy, na których odnalazł ślady błyszczącej farby. Przypomniał sobie rzucony sznur pereł na znak miłości i oddania. Szala wątpliwości ugięła się pod naporem wspomnień.
- muszę się Tobie z czegoś zwierzyć! – Harison zwolnił krok i chwycił dziewczynę za rękę – poczekaj chwilkę! Nie pędź tak! Zdążymy!
Ciało Margerity rozluźniło się.
- … słucham? – spokojnie odpowiedziała jakby wcześniejszym milczeniem prowokowała do tej sytuacji - … no właśnie! …od dłuższej chwili czuję, że chcesz mi coś powiedzieć …
- masz rację! – odparł - … nie sądziłem, że sprawy tak daleko między nami zajdą!
- … a zaszły Steve! – próbowała podsycić atmosferę do odkrycia sekretu.
- Zaszły i to bardzo daleko … nawet nie wyobrażasz sobie jak daleko!
- Daleko? – ucieszyła się wyraźnie sądząc, że to co za chwilę nastąpi będzie uwieńczeniem jej pragnień. Nie liczyła na pierścionek zaręczynowy i długi welon, ale była radosna. W oczach ukrył się promienny blask, który po wypowiedzeniu zaklęcia z ust ukochanego, za moment rozświetli spojrzenie. Nie chciała jednak okazać radości za nim nie usłyszy miłosnego wyznania, jednego słowa, które otwiera drogę do serca kobiety – … a więc jak daleko zaszły! – chłodno powtórzyła
Harison chwilę pomilczał i jak gdyby nigdy nic oznajmił - … mam żonę!
- Że co?
- No mam i nie mogę się tego wyprzeć! Nawet bym nie potrafił!
Margerita zaniemówiła, jakby próbowała odnaleźć siłę w plusku fal – …że co? … nie rozumiem! – nie takiego wyznania się spodziewała, a przynajmniej nie w takiej chwili jak ta. Nie w blasku księżyca, nie po miłosnej, pełnej uniesień drodze pod sklepieniem gwiazd.
- … mam żonę! – powtórzył po raz kolejny jakby repertuar słów na dzisiaj się wyczerpał
- I co to wszystko?! – próbowała opanować uderzenie krwi do mózgu, które gdyby nie oblane zimnem stopy, zwaliłoby ją z nóg - Hm…!
- Nie rozumiem - rzekł Harison odwracając głowę w stronę dziewczyny - tylko tyle? …jedno „Hm”! … nie będzie lamentów! … i płaczu!
- Oszalałeś! …. Oczywiście, że nie będzie! … za kogo ty mnie bierzesz? … zdziwiony jesteś?
- Spodziewałem się czegoś innego!
- A czego? … że powiem, że jesteś łotrem! … nikczemnikiem! i cholernym draniem!
- Tak! … tego się spodziewałem!
- … mało mnie jeszcze znasz Steve! … za mało! … ale powiem tobie coś … i nie patrz na mnie teraz! - odwróciła głowę w stronę otwartego morza
- Dlaczego? – zapytał
- Nie zasługujesz aby widzieć moje łzy!
Opanowała emocje i znów zaczęła patrzeć przed siebie idąc tym samym miarowym krokiem. Jedynie serce szalało zalewając całe ciało goryczą.
- Nie mów tak! - Harison próbował ratować sytuację, która powoli wymykała się spod kontroli - … ja ciebie! – nie wiedział co ma powiedzieć, gdyż widział że słowa cięły Margeritę, raniąc ją do głębi
- Nie bądź śmieszny! … co ty mnie?…- podniosła głos - no co ty mnie?! … do cholery! … no co? ….- wiatr zatoczył krąg nad obojgiem. Dalej próbowała zachować spokój - ... Wy… wy… wykorzystałeś mnie … wolę użyć tego słowa niż wypie …
- Nie bądź wulgarna!
- Ja wulgarna? … powiedziałam nie patrz na mnie draniu! – powoli rozkręcała się w złości - … tu nie chodzi o mnie! … ale jak mogłeś to zrobić swojej żonie! … i co teraz po wszystkim pojedziesz i będziesz zgrywać ukochanego męża wypoczętego po urlopie,…i co? ...za rok znowu przyjedziesz i mnie przelecisz! … a w ogóle wypocząłeś, odprężyłeś się … we mnie!
- Nie!
- Nie kłam uwodzicielu! … proszę cię nie kłam! … a może za mało ci dałam! – poprawiła się - … dawałam!
- Nie kłamię ja … - nie pozwalała dokończyć zdania
- Jesteś obślizgły… - mówiła przez zaciśnięte zęby - … tam na dachu, gdy mnie posadziłeś na sklepieniu nieba, gdy mnie doprowadzałeś do … to myślałeś o niej czy o mnie?! … odpowiedz choć raz szczerze!
- Ja …!
Znów urwała - Jak mogłeś mi to zrobić!
Harison lekko zaczął się irytować. Chłodno oznajmił - Już mówiłem! … nie mogę się wyprzeć żony …
- … wykorzystałeś mnie dogłębnie i dosłownie …!
- Nie rozumiem do cholery! – teraz on podniósł głos - przecież nic tobie nie obiecywałem!
- Nie obiecywałeś! …prawda! … tylko te twoje spojrzenia! … podobno oczy nie kłamią… , ale twoje Steve kłamią! Nawet nie wiesz jak bardzo! … słyszysz! …. No tak zapomniałam, przecież jesteś specjalistą szkolonym w naciąganiu łatwych zdobyczy … - zawahała się - ..szkoda tylko na końcówkę twojego przyrodzenia! … Czego ciebie jeszcze tam nauczyli!… Co?!
- Nie …! -
Nie dawała dojść do głosu - Ale ja tobie zaufałam!
- Uspokój się i daj wreszcie mi powiedzieć … i posłuchaj mnie …
- Dobrze posłucham ostatni raz co masz mi do powiedzenia … ostatni raz Steve, a potem nie chcę ciebie widzieć! – spojrzała na bose stopy zalane morzem, które wydawały się tonąć w obłudzie - … to co mi chcesz powiedzieć … słucham!
- … spędziliśmy miłe 9 dni i nocy, przed nami pozostał ostatni, nie psuj wszystkiego co udało nam się zbudować!
- Zbudować! … na litość Boską! czy ja śnię?! … i ty po tym wszystkim śmiesz używać słowa „zbudować”!
- A jakiego słowa mam użyć … sama tego chciałaś, przez tyle lat o mnie myślałaś jak o przedmiocie, jak o rzeczy , jak o środku którym posłużysz się do ucieczki z twojego świata!
- Ty skończony kretynie! … ja ciebie kocham! … pomimo tego co mówisz, ja nigdy nie przestanę ciebie kochać pomimo …
Nagle silniejsza fala omiotła stopy Harisona
- Harison!, Harison! Mówię do ciebie co się z tobą dzieje … słyszysz mnie?!
Mężczyzna nie odpowiadał tylko patrzył przed siebie, jakby kompletnie był zawieszony w innym wymiarze myśli. Spojrzał na Margeritę. W tej samej chwili wskazówka czasu cofnęła się jeden kwadrans. Niebo lekko poczerniało wracając do tej samej szarości. Zaczął od początku.
- muszę się Tobie z czegoś zwierzyć! – Harison zwolnił krok i chwycił dziewczynę pod rękę – poczekaj chwilkę! Nie pędź tak! Zdążymy!
Ciało Margerity rozluźniło się.
- … słucham? – odpowiedziała jakby wcześniejszym długim milczeniem prowokowała do tej sytuacji - … no właśnie! …od dłuższej chwili czuję, że chcesz mi coś powiedzieć?! …
- masz rację ! – odparł - … nie sądziłem, że sprawy tak daleko między nami zajdą!
- … a zaszły Steve?
- Zaszły i to bardzo daleko … nawet nie wyobrażasz sobie jak daleko!
- Daleko? – ucieszyła się wyraźnie. Nie chciała jednak okazać entuzjazmu, za nim nie usłyszy miłosnego wyznania – … a więc jak daleko zaszły! – spokojnie powtórzyła
Harison chwilę pomilczał - … mam żonę! … ale ona nie żyje od 10 lat! – szybko dokończył aby scenariusz nie potoczył się tym samym torem co przed momentem w wyobraźni.
- Że co?
- Nie mówiłem tobie gdyż nie miało to znaczenia, ale teraz ma!
- Jakie?!
- … od czasu gdy straciłem żonę myślałem, że już nigdy nie będę miał nikogo… , że nigdy już nikogo nie obdarzę żadnym uczuciem … i gdy ciebie zobaczyłem, na tarasie, falującą na wietrze, nieskazitelną… wypowiadającą moje imię z taką czułością … zakochałem się w tobie…
- …ależ Steve!
Urwał jej w połowie zdania - … nie wiem co mam robić, boję się ciebie tu zostawić … ale jutro muszę zanurkować, od tego zależy tak wiele w przyszłości …ty też!
- ja?! … - uśmiechnęła się ironicznie - nie mieszaj mnie do swojej wyprawy… to w końcu twoja pasja!
- Jaka pasja! … Margerita , ty nic nie rozumiesz, sprawy są naprawdę skomplikowane! Ten pierdzący tłum jest bardzo groźny, oni mają władzę, już doszli do władzy absolutnej i nikt nie może ich powstrzymać…zobacz co przygłupiasty George wyrabia na świecie w imię … no właśnie?! …. – zamyślił się – nikt tego nie powstrzyma
- Nawet ty! – znów się zaśmiała
- Nawet ja!
- To po co nurkujesz , jeśli nie możesz nic zmienić! … nie lepiej uciec gdzieś daleko, na jakąś odludną wyspę!
- Nie mogę! … chciałbym! … ale muszę! … to moje przeznaczenie rozumiesz! … nie powiedziałem tobie całej prawdy co było powodem mojego pierwszego nurkowania!
- Nie mówiłeś całej prawdy! …- powtórzyła czując rozgoryczenie, nie lubiła kłamstw - …to pięknie brzmi, ale nie lepiej powiedzieć, że mnie okłamałeś …ale to nie powinno mnie dziwić, widzę, że traktujesz mnie jak dziewczynę z prowincji … ale ta dziewczyna naprawdę ciebie kocha i nigdy nie przestanie bez względu na to co teraz powiesz! …bez względu na to czy będziesz tutaj, czy odejdziesz czy zanurkujesz … miłość w moim wydaniu jest niepodzielna! Ja już nigdy nikogo! – w oczach pojawiła się łza, Margerita z trudem próbowała dokończyć zdanie - … czy rozumiesz, że jak zginiesz w tym twoim otmęcie … to ja zginę razem z tobą!
- Nie mów tak!
- … nie mów! … a zagwarantujesz, że wrócisz! … czy ty sądzisz, że ja jestem idiotką … wiem do czego służy trimix i do jakich głębokości się go stosuje, zapominasz, że mój ojciec był nurkiem, wiele wiem na ten temat … stamtąd ludzie już nie wracają! – zaczęła płakać – on też nie wrócił! …. nie dotykaj mnie Steve … błagam nie dotykaj! – ostro zaprotestowała gdy chciał objąć ją ramieniem i przytulić do siebie – pozwól, że powoli zacznę się przyzwyczajać do samotności, która będzie mi towarzyszyła do końca moich dni… ! błagam cię ale nie dotykaj mnie teraz! … nie teraz!
- Ale ja wrócę … obiecuję … muszę ! … wtedy też mi się udało!
- Kiedy … wtedy!
- Po stracie mojej żony! …tego nie mówiłem, ale ja wtedy gdy zanurkowałem pierwszy raz chciałem popełnić samobójstwo, to było rok po jej śmierci gdy pijany kierowca w ciężarówce wjechał w tłum … . – zamyślił się – … potem straciłem sens do życia…. przyjechałem tutaj nad zatokę … długo myślałem…. założyłem sprzęt do nurkowania i poszedłem na dno… głęboko aż po sam uskok … było cicho, bardzo cicho, nic nie czułem otaczała mnie ciemność i tylko myśli … położyłem się na dnie i czekałem aż przyjdzie po mnie i zabierze do siebie! – ściszył głos – chciałem jednak przed odejściem zobaczyć ostatni raz ją, spojrzeć w jej oczy… patrzyłem ponad olbrzymi słup wody, który cisnął moje ciało z ogromną siłą w dół przeznaczenia… czekałem… aż przyjdzie i będę mógł zawrzeć z nią pakt!
- Z kim Steve!
- Ze śmiercią … ale … - głębiej zanurzył wspomnienia – … i wtedy wydarzyła się dziwna rzecz … poczułem jakby coś mnie wciągało pod piach, jakby jakieś ręce oplotły mnie wpół i ciągnęły do siebie, myślałem, że to halucynacje! …. nie wiem co to było ale znalazłem się w wielkiej dziurze…potem chciałem przekopać się na drugą stronę sądząc, że znajdę przejście do innej krainy … i zacząłem jeszcze szybciej kopać … i natrafiłem na dziwny podłużny przedmiot jakby początek czegoś co znikało w głębi piachu … wtedy jakiś głos powiedział do mnie nie poddawaj się Steve! Walcz! … musisz żyć, … zrozumiałem, że do głos opatrzności do mnie przemówił Ostatkiem sił udało mi się wypłynąć na powierzchnię. Gdy wróciłem do hotelu zrozumiałem, że tam na dnie Bóg powierzył mi misję, która muszę wypełnić .. potem będę mógł umrzeć … ale teraz znów się wszystko skomplikowało… mam znowu dla kogo żyć! … Dla ciebie Margerita… teraz ty mnie nie dotykaj, proszę cię. - Nie chciał aby zobaczyła jak rozkleił się w spojrzeniu - Muszę tobie jeszcze o jednym powiedzieć
- …a czego mi jeszcze nie powiedziałeś, co mnie nie do końca nie pogrąży! – z oczu Margerity kapały łzy cieknąc dwoma stróżkami po policzkach.
- … otóż dwa lata temu, zorganizowaliśmy podobną wyprawę … wszystko było dokładnie zaplanowane, najlepiej wyszkoleni nurkowie z dużym doświadczeniem poszli na dno, było ich pięciu …
- i …?
- wrócił tylko jeden! …gdy go wyciągnęliśmy na łódź nic nie mówił. Miał poszarpany skafander i coś bełkotał, … na koniec zaniemówił! Gdy po miesiącu go spotkałem w szpitalu nie było z nim kontaktu. Lekarze mówili, że nie ma nadziei na poprawę, przeżył niezrozumiały dla nikogo wstrząs, jakby kogoś zobaczył…. obecnie siedzi godzinami w internecie i coś pisze, jakieś cyfry, liczby, podobno są ludzie, którzy to czytają i nawet rozumieją! … ja nie!
- Jezus Maria ! … Steve co ty mówisz! Też taki będziesz jak wrócisz!
Udał, że nie słyszy dygresji - … agencja nie chciała posłać kolejnych ludzi, dlatego razem z moim przyjacielem Markosem, zorganizowaliśmy tę wyprawę,… nikt inny o moich planach nie wie poza nim i tobą!
- No to pięknie Steve! Dziękuję tobie pięknie za taką tajemnicę …
- Dlatego musisz coś dla mnie zrobić!
- Ja … taka mała kruszyna z prowincji
- … dostaniesz ode mnie kody do moich kont bankowych i obiecaj mi, że jak po 12 godzinach nie wrócę uciekniesz w głąb lądu i pamiętaj nie zbliżaj się do zatoki!
- Nie chcę twoich pieniędzy!
- Przestań tak mówić! To tylko na wypadek gdybym nie wrócił … ale ja wrócę! … obiecuję! …muszę wrócić! … inaczej to wszystko za kilka lat się zawali!
- Co?
- Cały świat ogarnie szaleństwo, powodzie, anomalia, wojny, terror, kompletna anarchia!
- … co ty mówisz, przecież sam temu nie zaradzisz, … nie sam … jeden!
- Nie… ale muszę spróbować … tu chodzi o energię, o niewytłumaczalną energię ukrytą przed tysiącami lat! Nie mogę więcej nic powiedzieć poza jednym, ten kto ją zdobędzie będzie mógł odzyskać władzę na świecie…przywrócić normalność, …czyli my agencja kilku ludzi! Zostało nas jeszcze całkiem sporo!
- A Naziści! Co z nimi?
- Oni już mają dostęp do 95% wszystkich dostępnych na świecie złóż, mają fabryki, laboratoria….po chaosie jaki obecnie wzniecają ze parę lat mogą przejąć władzę absolutną. Tego już nikt nie zatrzyma … nikt … chyba, że …
- … że ty wrócisz!
- Właśnie!
Na horyzoncie w oddali pojawił się zarys domu, który powoli, w blasku pierwszych wschodzących promieni słońca wyłaniał swoje kontury.
Margerita widząc przed sobą zbliżający się azyl bezpieczeństwa uspokoiła się. Odparła - Jestem zmęczona!
- ja też – objął dziewczynę ramieniem. Pozwoliła mu na to.
Łagodnym głosem wyszeptał słowo, które pomimo wielu odcieni ma jedno znaczenie, którego brzmienie wywołuje na każdej szerokości świata to samo i nieprzerwane drżenie i migotanie komór serca – kocham Ciebie! … do …
- nie kończ proszę... tylko wróć … – łagodnie przerwała wtulając się ciaśniej w objęcie – … posłuchajmy lepiej szumu fal za nim stanie się to co nieuniknione! - zamyśliła się przypominając sobie pierwszą noc z Harisonem, gdy na tarasie, o poranku, wiatr wymalował na piasku mroczne widmo ich wspólnego przeznaczenia. Nie miała już nadziei.
|
|
Komentarzy:
23
|
|
2007-12-31
|
Palcami mojego twórcy życzę Wszystkim Czytelnikom wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2008
Steve Harison
|
|
Komentarzy:
5
|
|
PART 33
2007-12-28
|
- Szybko wsiadaj do samochodu zanim się zorientują, że my to my, a nie my to oni!
- Zawile powiedziane! – odparła Margerita w pośpiechu zamykając drzwi Range Rovera
Harison odjeżdżając zdążył jeszcze otworzyć okno i wyrzucić garść specjalnie przygotowanych szpikulców do przebijania opon. Wykrzyknął – to aby okoliczny wulkanizator zarobił trochę grosza! – o aptekarzu nie wspomniał, gdyż sam podczas wizyty w miejscowości Chambre gdy był u sierżanta Okleya w odwiedzinach, wykupił w jednej na cały powiat aptece, wszystkie środki na przywrócenie zatwardzenia.
Harison planując zemstę na Nazistach, dokładnie postąpił wg prawideł chińskiego stratega wojennego Sun Tsu autora książki „Sztuka Wojny”, który w rozdziale „Próżnia i Materia” między innymi mówi, że każdy wykorzystany środek, który prowadzi do zwycięstwa jest słuszny, (przypis autora) nawet gdyby to miał być środek na przeczyszczenie i druga zasada: atakuj gdy wróg jest nieprzygotowany i idź tam gdzie się ciebie nie spodziewa”. Harison przekuł słowa w czyny i na balu dodał przedrostek wy do słowa próżnia z odrobiną lekarstwa dla kobyły uskarżającej się na obolały od przeżartego jęczmieniem żołądka. Na szkoleniu w agencji z tematu podejmowania odpowiednich taktyk w obliczu zagrożenia, często słyszał znamienne zdanie „ aplikujcie i stosujcie takie środki aby wroga przede wszystkim upokorzyć”. Niektórzy Naziści byli upokorzeni nawet po same kostki, tak więc Harison wiedział, ze zakładany plan został zrealizowany w stu procentach.
Samochód zjechał ze stoku i skręcił w stronę kolejnego wzniesienia, pozostawiając na podjeździe smród dopalanych pochodni i krzyk zdezorientowanego kapitana Preina broniącego się przed kolejną nawałnicą napierającą do wnętrza jego spodni. Światła miasta Chambre mignęły z prawej strony szyby od strony wygodnie siedzącej Margerity.
Gdy pojazd oddalił się na znaczną odległość, dziewczyna przemówiła – ...ależ z ciebie numer Steve!
- od razu numer! Taki mały żart im zaaplikowałem do żołądków, nawet chora kobyła by się uśmiała!
- Na zatwardzenie! – dodała Margerita
Gdy kierowca poczuł, że klimat upierdliwej misji pozostał już tylko za smrodem rury wydechowej włączył cd i z trzydziestu pięciu głośników, zamontowanych dla uciechy słuchacza również w kierownicy, lusterku wstecznym i w mocowaniach na pasy bezpieczeństwa, rozległ się utwór „What w wonderful life”. Gdy głęboki baryton Luisa Armstronga rozprzestrzenił się w kabinie, podróżni milczeli. Obserwowali w skupieniu promień światła, który w przedniej szybie ciął wspólny fragment ich przedostatniej nocy. Znaczenie słów piosenki napawała optymizmem nawet w obliczu przemowy charczącego na wózku starca usiłującego przejąć kontrolę nad całym światem i zdziwionych, przygłupiastych oczu Georga Busha w towarzystwie anorektycznego Billadena.
Gdy Amstrong dopieścił głosem ostatnią nutę swojego szlagieru, Harison przekręcił pokrętło od świateł i przeszedł na sterowanie podczerwienią. Na monitorze samochodu pojawiła się, w czerwonym odcieniu wąska droga, którą chwilami niebezpiecznie zwężała się w momencie jak na prostych podróżni pędzili grubo powyżej setki. Kierowca nacisnął na pulpicie przycisk i siedzenie Margerity rozłożyło się o kilka stopni w tył. Zaproponował – wyciągnij się wygodnie i poczuj jakbyś była na koncercie gwiazd.
Nie było sprzeciwu
Na Cd playerze z integrowanym z MP3 Harison, wystukał ciąg kilku cyfr i rozpoczął odtwarzanie. Następnym przyciskiem odsunął dach i na połowie jego długości pojawił się przed oczami Margerity Mały Wóz z charakterystyczną na końcu dyszla Gwiazdą Północy. Z głośników płynęły najpiękniejsze składanki nastrojowych utworów, wywołujących przyjemne łaskotanie gęsiej skórki. Do mikrofonu podeszła Cesaria Evora i spokojnie snując się po scenie, w przerwach między dymkiem papierosa nostalgicznie powtarzała w refrenie Sodad, sodad.
W trakcie jak Harison skręcał kierownicą wzdłuż serpentyn porośniętych po obydwu stronach winogronami, Gwiazda Północy zmieniała swoje położenie. Zapach nocy z uwolnioną z roślin wilgocią otaczał podróżników.
Margerita zatopiona w miękkich skórach z opartą głową o zagłówek z wbudowanymi głośnikami zwiększającymi brzmienie serround systemu, podziwiała rozgwieżdżone niebo. Była spokojna i uwolniona od lęku. Samochód z dużą szybkością miękko wchodził i wychodził z zakrętów pnąc się co chwila w górę i w dół. Petit Pays, było ostatnim nagraniem z repertuaru zaoceanicznych rytmów bosostopej mistrzyni nucącej swoje bosanowy. Pewnie gdyby nie ostre hamowanie Margerita utulona nostalgią, wkrótce zasnęłaby w blasku rozgwieżdżonego nieba.
- a w zasadzie dokąd jedziemy? – zaniepokojona szarpnięciem zapytała
- spokojnie nic się nie stało! Po prostu patrz w niebo i o nic nie pytaj …. znajdź specjalnie dla mnie hm … np. Kasjopeję ! – uśmiechnął się pod nosem
Gdy pojazd z setki zwolnił do poziomu 20 km/ h, Harison położył dłoń na lewarku i przerzucił bieg na pozycję four drives z dodatkową blokadą mostów w sytuacji poślizgu. Terenówka pomimo zamontowanych czujników łagodzących drgania, zwiększających estetykę i komfort jazdy, nagle łagodnie podskoczyła i po chwili opadła. Gdy Range zadarł przód i świszcząc z pod maski trzecią turbiną doładowującą spalanie, podróżnicy zaczęli jednostajnie wdrapywać się na wzniesienie jednocześnie obijając głowy o zagłówek
Margerita nie wytrzymała milczenia - gdzieś ty jedziesz Steve!
- cicho, szukaj Kasjopei!
Na żyrokompasie widać było, że nachylenie ziemi wykraczało ponad przewidzianą normę zalecaną przez producenta. Wskazówka niebezpiecznie wchodziła w czerwone pole alarmując przed stoczeniem się w bok. Harison ze spokojem naciskał gaz dodając trzystu rumakom wigoru w kamienistym podłożu. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów, wskazówka żyrokompasu powróciła do zielonego, bezpiecznego poziomu i Range Rover zatrzymał się.
- Jesteśmy na miejscu! – Harison spokojnym głosem wtrącił się w utwór Georga Micaela „One more try”. Nacisnął przycisk i siedzenie Margerity wyprostowało się z pozycji półleżącej do siedzącej. Kierowca przekręcił pokrętło i podczerwień monitora zniknęła w chwili jak zapaliły się wszystkie reflektory w tym, również halogeny na spojlerach, dachu, i w błotnikach. Łuna, z szybkością światła podążyła na środek zatoki.
Samochód stał na skarpie, dotykając przednimi oponami brzeg stumetrowego uskoku. Ze środka słychać było aksamitny głos Michaela trapiącego się z myślami w refrenie "So if you love me , Say you love me ,But if you don't, Just let me go". Obok samochodu, w kamiennej kapliczce, stała figurka św Augustyna oświetlona płomieniem dopalającej się świeczki. Terenówka w oddali wyglądała jak statek kosmiczny z przybyszami z nieznanej planety, którzy zwabieni migoczącym płomieniem, wylądowali aby dać sobie chwilę wytchnienia przed kolejnym startem w nieznane
- ...co za widok ! – Margerita westchnęła patrząc na fale mieniące się światłach gwiazd i reflektorów.
- Dla takich chwil jak ta warto jest wierzyć, że kiedyś ten świat będzie inny! – znów Harison zamyślił się. Odwrócił twarz się w stronę kapliczki i wskazał palcem na świętego – Wiesz kto to jest?
Podążając za wysuniętą rękę Margerita, zobaczyła przez boczną szybę, wizerunek starca. Znów odkręciła głowę i powróciła do głównej panoramy zatoki rozciągniętej w całej okazałości - oczywiście, że wiem – odpowiedziała i ze spokojem patrząc przed siebie, w tej samej tonacji, nie podnosząc ani nie zniżając głosu zaczęła mówić - … W XI księdze Wyznań św. Augustyn stworzył osobliwą koncepcję czasu – lekko zająknęła się - Augustyn, pozwól, że tak będę o nim mówiła, twierdzi, że czas, tak jak i wszystko, został nam dany od Boga. Augustyn w swoich rozprawach zauważa jednak, że ten dar jest nierozłączny z "ruchem" substancji, i dlatego ruch jest konieczny. … ale najbardziej Augustyn jest znany z koncepcji 3xTeraz, która głosi, że mamy "teraz" w przeszłości, które zaraz po wypowiedzeniu ulatuje w tę przeszłość, mamy "teraz" zgodne z czasem jego wypowiedzi, oraz "teraz" jeszcze nie wypowiedziane. Augustyn zauważa, że Bóg daje nam jeden pewnik: śmierć, czyli fakt, który na pewno kiedyś nastąpi w czasie "teraz" przyszłym... - zamyśliła się –… aha i jeszcze coś mi się przypomniało… św Augustyn eliminuje również zasadę możliwość istnienia wolnej woli. ... a to dlaczego? ... otóż ... Bóg lub inna istota absolutna jest z definicji wszechwiedząca i wszechmocna. Skoro ona zna całą przyszłość i przeszłość to znaczy, że cała przyszłość jest w niej niejako już zapisana, a zatem musi się wydarzyć niezależnie od czyjejkolwiek woli.... – zmarszczyła brwi – … aaa… ale w zasadzie w zestawieniu z innym mędrcem….
Gdy Margerita wkroczyła w filozoficzne traktaty Platona, czerwony strumień z zakola wychodził na ostatnią prostą płynąc wprost w kierunku serca. Tam spiętrzony niczym w wodospadzie, dalej podążał w już o wiele szybszym tempie do najbardziej odległych miejsc krwioobiegu. Krew rozrzedzona rządzą i nasączona pożądaniem, natrafiając na poszczególne tętnice próbowała uwolnić nagromadzoną we wnętrzu krwinek energię, oczekując odpowiedniego sygnału do ataku. Jedno szersze rozchylenie ust Margerity zagłębionej w naukowe rozważania o egzystencji, lekko powiększone wargi subtelnie i dokładnie wypowiadające zgłoski i samogłoski składające się w całości na zdania, których sam mędrzec by się nie powstydził, wywoływały arytmię serca u Harisona. Rozszalała krew w labiryncie poplątanych żył szukała odpowiedniej chwili do uwolnienia energii, zwłaszcza w momentach gdy z ust Margerity, język przy złożeniu angielksich liter th śmiało wysuwał swój szklisty fragment, po to aby za moment skryć się w kolejnym słowie.
So you think Steve – Margerita nieświadomie zagaiła wiotkim i wilgotnym narzędziem mowy.
Tego jest za dużo – pomyślał Harison i spojrzał z ukratka na Augustyna kierując do niego ostatnie westchnienie –... jeśli eliminujesz jej ustami, brak wolnej woli to … to muszę się z tobą bracie zgodzić … ja już dłużej swojej nie utrzymam ... nie dam rady!
Harison odczekał chwilę i gdy charakterystyczne th znów przykleiło się do ust dziewczyny jak szaleniec i przyłożył swoje wargi do th aby wreszcie Margerita zamilkła. Ręka korzystając z okazji powędrowała na biust trwale przyklejając się do całej powierzchni. Gdy obydwoje skończyli długi pocałunek, w trakcie jak Georga Micheala w głośnikach zmienił Led Zeppelin z utworem Stairway to Heaven w przedłużającej się wersji koncertowej, świeczka w kapliczce zgasła. Harison znów spojrzał na ogarniętego ciemnością starca, a następnie wyszeptał do ucha uwiedzionej – ...mówiłaś coś o nierozłącznym ruchu substancji … hm przepraszam … ale nie mogę obiecać, że wspomniana koncepcja Agustyna „trzy razy teraz” wyrazi się w tej samej liczbie trzy, w zasadzie będzie ono w zestawieniu z czasem przesz…
Margerita chwyciła Harisona za głowę - …za dużo mówisz! – i wbiła się w jego wargi jeszcze mocniej i głębiej.
W czasie jak sam Robert Plant zaczął nucić song o lady co kupuje drogę do gwiazd i jej partnerze co się cały czas zastanawia, Harison sprawił, że wielki dekolt w sukni znalazł się z przodu. Jak sztorm meteorytów, pocałunkami przemierzył długi szlag zaczynając od szyi, zatrzymując się na piersiach, a potem wbił końcówkę języka do pępka ukochanej pozostając w nim na dłużej. Gdy już była prawie gotowa do oddania słodkiego uskoku, Harison chwycił Margeritę i przez otwarty luk w dachu posadził ją na sklepieniu samochodu. Margerita spojrzała przed siebie i zobaczyła długi strumień światła, który u podnóża góry gładził powierzchnię wody. Poczuła silne szarpnięcie i materiał pod naporem męskich rąk rozciął szerzej i głębiej dekolt sukni. Pozbawiona oporu materii i myśli, oparła wysokie obcasy o relingi dachowe zostawiając na lakierze podłużne i głębokie ślady.
- Jezu ! – jęknęła - ....ale rysy!
Po chwili wplotła palce w czuprynę Harisona, który w momencie puszczenia ostatniego szwu sukni zanurzył się w aksamitnym zagłębieniu. Gdy gitarzysta Jimmy Page rozpoczął gitarowe solo, Harison przemierzał pofałdowania terenu przemierzając je z góry na dół i odwrotnie, oddając na początku język we władanie przystankom losu. Gdy nasycił smak pierwszą, szaleńczą dawką rozkoszy, rozpoczął bardziej lubieżne gry i zabawy dorosłych. Dziewczyna siedząc jak na rydwanie ognia, falowała biodrami trzymając głowę Harisona w uścisku.
- Jezu! – głośniej zawołała, wolała już nie patrzeć na rezultat wbitych w lakier metalowych końcówek butów, które z każdym poruszeniem nóg powiększały rysy.
Nagle wszystko zobojętniało. Mocniej umieściła stopy w uzdach i uniosła wysoko biodra. Gdyby nie dotyk palców wplecionych w męską czuprynę, byłaby święcie przekonana, że to wiekuisty promień światła przebadał jej wilgotne zagłębienia doprowadzając ciało do euforii i ekstazy.
- Jeeezuuu! – nie miała już na myśli okaleczonej karoserii.
W głośnikach, w gitarowej popisówce Jimemu Paga, donośny jęk Margerity przerwał kawał tak samo dobrego brzmienia.
Harison wynurzył się z wnętrza samochodu i pewnie stanął na oparciach siedzenia. Miał na sobie schludnie zapięty garnitur z typową białą muszką zapiętą pod szyją, poza jednym rozsuniętym fragmentem spodni, którego dziewczyna nie mogła dojrzeć. Cała wiekuistość skryta była we wnętrzu terenówki. Margerita odchyliła głowę do tyłu i spojrzała na gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. Od razu odnalazła w nim Mały Wóz z długim dyszlem, zakończony Gwiazdą Północy. Pomyślała – i znowu się widzimy … to tutaj mnie podprowadziłaś maleńka …dziękuję za … - i poczuła w swoim wnętrzu wypełnienie jakby kilka gwiazd, ułożonych jedna przy drugiej chowało swoje światło w ciemnej przestrzeni kosmosu. Po chwili znów się wyłoniły i skryły.
Z głośników zaczął rozbrzmiewać utwór The Doors „ Riders in the Storm”
Pędzący wiatr od strony rozświetlonej łuną zatoki, omiatał plecy Harisona, od czasu do czasu dodając silniejszym podmuchem większego wigoru złączonym biodrom. Margerita zatopiła wzrok w ciałach niebieskich i mknęła do przodu w tył i w bok, trzymając mocno zaciśnięte dłonie w relingach dachu aby przy mocniejszym szarpnięciu nie pozwolić się zrzucić w dół urwiska.
Rydwan ognia powoli przemienił się w międzyplanetarny pojazd. Margerita mijała najjaśniejsze gwiazdy z konstelacji Centaur, Argo, Erydan. Gdy dziewczyna natrafiała na obiekty mgławicowe, obraz przed jej oczami stawał się lekko zamazany. Jednak dalej pędząc w głąb ciaśniej złączonego uniwersum kontury poszczególnych planet znów wyostrzały się ujawniając swoje piękno w zarysie i w dotyku. Po kolejnym ostrym wirażu wykonanym obok miłosnej planety Wenus, razem z partnerem mknęła już prosto, do najbardziej wysuniętej Kasjopei, wyraźnie błyskającej na końcu drogi mlecznej.
- ah … to dlatego kazałeś mi jej szukać draniu! – westchnęła
Wybuch Supernowej zbliżył się do kochanków. Przed ostatnią długą prostą, wieńczącą wyczerpującą podróż, Margerita zdążyła jeszcze zobaczyć jak bogini Wenus na swojej miłosnej planecie przestała zbierać kolorowe lilie aby zlokalizować grabieżców kosmicznego spokoju. Eksplozja dźwięków w głośnikach zgrała się z przeciągłym oddechem i po chwili wulkan energii wystrzelił w przestrzeń międzyplanetarną, wywołując chwilowy chaos myśli zdezorientowanych ciał niebieskich. Na koniec, bogini Wenus wypuściła z rąk białe gołębie aprobując znakiem dobrze spełniony akt uniesienia.
Odległe planety rozrzucone na rozgwieżdżonym niebie, pod którymi przez wieki wielcy mędrcy rozprawiali naukowe traktaty, były jedynymi świadkami, że „teraz”, które ciasno umiejscowiło się w przeszłości w ciele Margerity i zakończyło tym samym „teraz” ale już dzięki ruchowi substancji nieco luźniej tkwiąc w teraźniejszości, musiało sprawić, że w przyszłości, za kilka miesięcy, z łona Margerity dołączy do mieszkańców, nowy obywatel ziemi. Zasada trzy razy teraz miała swoje logiczne uzasadnienie w praktyce.
Gdy Margerita powróciła myślami do swojej czasoprzestrzeni, zakłóconej na moment wybuchem Supernowej, stanęła na dachu. Krzyknęła –… to na pamiątkę tej nocy! – i mocno rzuciła długi sznur pereł, który dotykając niektórych występów skalnych, wreszcie pękł i opadając w wodę zamienił się w grat korali.
- Ja w takim razie również muszę coś uczynić! – odparł Harison.
Pomógł zejść dziewczynie z dachu na ziemię. Otworzył drzwi od strony kierowcy i przerzucił drążek na pozycję neutral. Stanął z tyłu samochodu. Oparł dłoń o klapę i pchnął żelastwo. Gdy Range Rover mknął w wiekuistą otchłań z głośników rozbrzmiewał refren Queenów ‘Who whant’s do live forever" Margerita spojrzała na Harisona. Wyszeptała
- Wiesz co dobrze, że go wrzuciłeś do wody !
- Tak! … a to czemu?!
- I tak był już zarysowany!
|
|
Komentarzy:
26
|
|
PART 32
2007-12-20
|
Na strome wzniesienie prowadzące do zamku, zaczął wjeżdżać wielki czarny Range Rover. Podjechał do ostatniego samochodu oczekującego w kolejce. Kierowca przełączył automatyczną dźwignię zmiany biegów na pozycję slow, aby silnik z pięciolitrowego silnika w wersji sport, w chwili ruszania nie wykonywał gwałtownych ruchów. Powoli pierwszy samochód ze sznura dziesięciu, ustąpił miejsca i terenówka przesunęła się o jedną pozycję. Pasażerowie przez przednią szybę samochodu obserwowali jak w oddali, goście zaraz po wyjściu z opasłych i luksusowych limuzyn, wkraczali na czerwony dywan, a następnie po kilku krokach, znikali za olbrzymią bramą wygiętą w czasach wczesnego Gotyku, w kształt łuku
Kolejny samochód opuścił szereg.
Ciemny Range Rover podtoczył się do stojących pochodni, ustawionych po obydwu stronach dywanu, tak aby kierowca mógł w ciemności lepiej określić moment zatrzymania. Drzwi samochodu znalazły się dokładnie po środku dwóch płomieni. Atletycznie zbudowany mężczyzna, w roli odźwiernego, otworzył prawe drzwi i podał dłoń kobiecie aby ułatwić damie zejście z wysokiego stopnia terenówki. Gdy dotknęła stopą ziemi, mężczyzna odstąpił krok w tył. Skłonił się elegancko. Po chwili, dołączył do niej kierowca odziany w ciemny smoking w połowie przepasany białym szerokim pasem z białą uwiązaną przy szyi muchą. Mężczyzna wyglądał dostojnie i pasował ubiorem do partnerki, w każdym idealnie skrojonym calu błyszczącego sukna. Mężczyzna wysunął przedramię. Dama położyła na nadgarstku swoją dłoń, zakrytą długą rękawiczką daleko sięgającą powyżej łokcia.
Kobieta ubrana była w białą suknię, dokładnie dopasowaną do krągłości bioder i piersi. Na materiale nie było zmarszczek ani zafalowań. Widać było, że projektant zadbał o każdy szczegół ubioru. Lekko zwiewny falban delikatnie unosił się na wietrze kilka centymetrów nad ziemią. Od czasu do czasu, spod falbany wynurzał się czerwony fragment lakierków, wypolerowanych, błyszczących, pasujących odcieniem do rękawiczek. Od przodu nieskazitelnie biały materiał zakrywał ciało, na wysokości szyi zakańczając się niewielkim półgolfem, z tyłu natomiast na całej długości pleców został wycięty dekolt, dotykając szwem granic pośladków. Kobieta nie miała na sobie drogiej biżuterii, jedynie na nadgarstku mienił się w blasku ognia złoty zegarek ozdobiony na bransolecie cekinami. Z szyi, z tyłu, wzdłuż kręgosłupa, spływał długi sznur pereł niknąc ostatnimi w śmiałym wycięciu sukni. Zachowany kontrast elementów stroju oraz nonszalancja w sposobie zachowania damy mogło podwyższyć u gapiów niebezpiecznie ciśnienie krwi . Trudno było oderwać od kobiety wzrok, zwłaszcza, że korale w trakcie falowania bioder podczas chodzenia, dyskretnie chowały się i wysuwały z ukrycia niebezpiecznie oddziałując na męskiej wyobraźni. Po kilku krokach para zatrzymała się na wprost konsierża.
- dzień dobry Państwu – Prein ukłonił się nisko – mam przyjemność z … ?! – zatrzymał głos na ostatniej zgłosce.
Kapitan zaczął wpatrywać się w poły smokingu, dumnie wyprostowanego mężczyzny. Uważał, że spojrzenie w oczy może drażnić natarczywością. Nie lubił takich sytuacji, w których musiał wykazywać się tak daleko idącą służalczością. Był szkolony do zadań specjalnych, a nie po to aby kłaniać się pariasom w pas. Było to dla niego upokarzające.
Dlatego też, Prein chciał jak najszybciej postawić krzyżyk obok właściwie odnalezionej osoby, umieszczonej alfabetycznie na jednej z trzech kart i szybko przejść do następnej pary czekającej w samochodzie juz na podjeździe. Cztery metry od kapitana, w lekkim zacienieniu, stało kilku drabów gotowych do wykonania każdego rozkazu w chwili gdyby Prein uznał, że któraś para jest niemile widziana, lub co gorsza nie ma jej na liście.
- Abdul Has Ala Bin z żoną! – mężczyzna odpowiedział
Kapitan zaczął nerwowo przeglądać kartki papieru, lecąc po każdej wzrokiem z góry i w dół. Nie wiedział, które z zasłyszanych słów mogło prowadzić go do właściwej pozycji. Był nadal spięty – czy może jeszcze raz pan powtórzyć! Sir! – zapytał
- Abdul Has Ala Bin z Arabii Saudyjskiej … Szejk
Znów Prein zanurzył spojrzenie w szeregu kolumn – aaaa … tak jest, przepraszam pana bardzo za zwłokę ale szukałem pod złą literą
- a pani? – odparł kapitan
- ma pan na myśli Madame – szejk zaakcentował - … dama jest moją siódmą żoną! – dumnie dokończył
- a imię damy? – dopytywał się Prein
- proszę wybrać! – szejk wymienił po kolei swoje żony! – Sahira, Salem, Amina, Petrucja, Salona … hm – zmyślił się – … Sefira i Aloez. - szejk zmarszczył brwi i spojrzał na rozmówcę – proszę zgadnąć, która jest ze mną?!
- Przepraszam Szejka najmocniej… ale stawiam na Aloez!
- Przykro mi, przybyła Madame Sahira!
Prein spojrzał na kobietę i skierował wzrok na Szejka - czy mogę odsłonić owalkę z twarzy pana żony i zobaczyć twarz Madame?!
- husalamadina! – zakłął Harison – co to za obyczaje aby jakiś białas patrzył swoimi pogańskimi oczami na moją nałożnicę!
Margerita pomyślała – o rzesz ty! ...Nałożnicę!, ... jeszcze nikt mnie tak nie nazwał!
- Przepraszam szejka za śmiałość – odpowiedział zmieszany Prein – mamy obowiązek wszystkich dokładnie sprawdzać
- Ale nie moją żonę! Wypraszam sobie! Nie po to wspieram organizację kilkunastoma milionami dolarów aby jakiś albinos mówił mi co mam robić – i zaczął znów kląć w niezrozumiałym języku.
- Tak jest panie Abdul Has Ala Bin! Czy w takim razie dla formalności mogę zapytać o hasło
Szejk milczał przez chwilę. Prein wyostrzył słuch. Brak reakcji ze strony Hariosona powodowała, że twarz kapitana purpurowiała ze złości w świetle pochodni. Podniósł wzrok z nad listy i spojrzał na szejka, a następnie zmierzył kobietę od stóp po sam czubek głowy. Próbował przebić spojrzenie przez gęstą siatkę owalki, gdzie po drugiej stronie materiału zawisły wylęknione źrenice. Margerita przypomniała sobie grubasa z tarasu, który w obleśny sposób mlaskał padliną i który z taką zajadłością wspierał swojego podwładnego w wulgaryzmach do bezradnej kelnerki, czyli jej. Miała obrzydzenie i wstręt do mężczyzny ubranego w strój elitarnej grupy morderców z czasów II wojny Światowej, działającej pod nazwą SS. Chciała odsłonić owalkę i napluć mu prosto w twarz. Jednak w porę się opanowała.
- Nowy! – Harison wreszcie po długim milczeniu przemówił
- Ład! – kapitan odpowiedział i nisko skłonił się znów łagodząc spojrzenie do poziomu wylęknionego latlerka. Prein machnął ręką i przywołał do siebie boy-a a następnie poinstruował go – odprowadź Państwa do sali kolumnowej do sektoru VIPów. – chłodno zakończył i ruszył w stronę kolejnego podjeżdżającego auta, w chwili jak Range Rover został przez obsługę odprowadzony na parking.
Para ruszyła dokładnie podążając w ślad za młodzieńcem. Nic nie mówili. Na schodach prowadzących w dół minęli nerwowo rozglądającego się Karlosa. Harion przeszedł wyprostowany obok grubasa, zachowując spokój. Kapral leniwie spojrzał w kierunku przechodniów. Pomyślał – to pieprzony Arabus! – i ukłonił się nisko. Szejk skłonił lekko głową i spojrzał surowo w oczy grubasa. Przechodząc z boku pozostawił ślad w źrenicach kaprala, który na moment znieruchomiał jakby gdzieś, w pamięci, odnalazł znajomy błysk z oka nieznajomego. Odwrócił głowę i widząc odsłonięte plecy Margerity z przewieszonym sznurem korali, z których kilka łagodnie tańczyło pod materiałem na wysokości pośladków. Na szczęście dekolt odsłaniał jedynie początek i mały skrawek zapierającego dech przepołowienia. Gdyby było głębsze pewnie kapral do końca wieczora zawiesiłby umysł, wyobrażając sobie siebie jako jedno z kilkunastu pereł. Które kapral wybrał dla siebie każdy mężczyzna łatwo odgadnie.
Grubas przełknął łapczywie ślinę. Wyszeptał do siebie – ale suczka! I to z takim czarnuchem! – zakładał, sądząc po odcieniu odsłoniętych pleców, że dziewczyna musiała należeć do rasy białej jedynie mocno opalonej, przeciwnie do swojego brunatnego partnera.
Na dole w Sali Kolumnowej zbierali się goście. Dochodziła godzina 22.
Światło z generatora przygasło i na podest na wózku inwalidzkim wjechał wychudzony starzec. Zachrypniętym głosem przemówił
- Witam szanownych państwa!
W około rozległy się gromkie oklaski. Gdy sala ucichła starzec kontynuował
- Jest to nasze pierwsze spotkanie, dotąd znaliśmy się tylko z numerów kont bankowych: waszych i mojej organizacji, założonej przed 50 laty w Boliwi – zamilkł na chwilę aby nabrać siły. Słychać było, że każde wypowiadane słowo sprawiało trudność w mówieniu. Kontynuował – ... teraz jednak przyszedł odpowiedni moment aby bliżej się poznać. Jak wiecie, ostatnia faza przejęcia świata jest już tuż przed nami – starzec zaczął się krztusić i przyłożył do ust aplikator ze świeżym powietrzem – … przepraszam ale wiek robi swoje – i jeszcze raz przyłożył dozownik do spękanych warg. Nabrał kilka oddechów – Długo czekaliśmy na tę okazję, dlatego chciałbym wam przedstawić mój ulepszony prototyp … - zamilkł aby wzmóc napięcie na sali, korzystając z okazji znów przyłożył pojemnik z tlenem.
Przed wieloma laty, gdy zaczynał karierę, wszyscy pamiętali go jako dobrego mówcę, potrafiącego sposobem gestykulacji, czasem wrzaskiem, a czasem ściszając głos do poziomu ledwie słyszanych dźwięków, dostatecznie skupić na sobie uwagę. Teraz jednak pozostał mu jedynie głuchy bełkot i tanie sztuczki z zakresu socjotechniki związanej z odpowiednio stawianymi przecinkami w zdaniach. Podczas tej przemowy, nie musiał się jednak specjalnie wysilać gdyż pozycja jaką zajął w organizacji dawała mu wystarczająco dużo siły aby skupić uwagę słuchaczy.
Po gościach rozszedł się szmer zaciekawienia.
Starzec kontynuował. – … nikt, poza najbliższym gronem moich współpracowników nie zbliżył się na centymetr do naszej tajemnicy. Ci którzy próbowali już … - starzec znów zakrztusił się - … gryzą piach – wyszczerzył pożółkłe zęby i z wysiłkiem przeszedł do nowego zdania – Otóż chciałbym wam drodzy sponsorzy i wyznawcy lepszego ładu na świecie opartego na zasadach aparchajdu, którego mojemu kochanemu bratu, Adolfowi Hitlerowi, nie udało się wcielić w życie …
Margerita spojrzała na Harisona i wyszeptała spod owalki. – o cholercia, ale numer! Trzeba wezwać natychmiast policję!
Szejk szturchnął partnerkę łokciem w bok – uspokój się bo zaraz nas tu rozstrzelają. Słuchaj i nie gadaj!
Starzec kontynuował – mój świętej pamięci brat, czuwa nad naszą organizacją i wpiera nas w modlitwie!
Margerita pod nosem wymruczała – chyba do samego szatana! – ale gdy poczuła znów lekkie uderzenie łokciem w bok przyhamowała potok emocji.
- uspokój się, tylko słuchaj! – Harison znów upomniał towarzyszkę.
Obok stojąca para z oburzeniem spojrzała na Margeritę i coś do siebie szepnęła.
- ...otóż, chciałbym wam przedstawić drodzy goście pewną postać, człowieka, a raczej dwóch, którzy już odegrali znaczącą rolę w świecie. Za pomocą moich klonów wkrótce stworzymy nowy ład, pogrążając świat w jeszcze większym chaosie.
Nagle światło przygasło i odsłoniła się niewielka kotara. Na środek, powolnym krokiem, weszły dwie postacie. Znów łuna z reflektora oświetliła przemawiającego tak, że obie postacie pozostawały w cieniu dwa metry od starca. Jedynie po sposobie ruchów można było wnioskować, że osobnicy musieli być mężczyznami, poruszali się tak jakby mieli przyciasne garnitury ograniczające swobodę ruchów. Pierwszy był o dwie głowy wyższy od drugiego. Wyższy sprawiał wrażenie wychudzonego, chyba nosił długą brodę. Mniejszemu jedynie od czasu do czasu urwanego blasku z reflektora, w oczach iskrzyła beznadzieja. Obaj stali nieruchomo.
Starzec widząc przywołanych i wyprostowanych na podeście mężczyzn, nagle zaczął się tak zachowywać jakby otrzymał zastrzyk z adrenaliny. Lekko potrząsał głową w przód i w tył. Był wyraźnie podekscytowany – …jak widzicie, a właściwie jeszcze nie widzicie, stoi obok mnie nadzieja naszej misji dziejowej. Ci dwaj … hm … ludzie już zmieniają świat dla nas! … dla naszej organizacji. Dzięki nim, niedługo cały świat będzie leżał u naszych stóp i skomlał. A teraz proszę zapalić światło!
Błysk reflektora odsłonił zakryte cieniem sylwetki. Na sali wzrosło oburzenie i ludzie zaczęli nerwowo rozglądać się po sobie, szukając potwierdzenia dla niedowierzających oczu. Na środku, w całej okazałości stał Prezydent Stanów Zjednoczonych George Busch, a obok niego w tej samej pozycji zasadniczej stał Osama Billaden.
Margerita nie wytrzymała milczenia – Jezusie Nazareński! Trzeba wezwać policję i rozpędzić tę chołotę w trzy diabły! – na szczęście ze względu na ogólnie panujący gwar nikt nie usłyszał modlitewnego zawołania, które mogło wzbudzić, u niektórych gości podejrzenie.
Starzec głośno przemówił przez mikrofon – proszę się uspokoić! To dopiero pierwsza część przedstawienia.
Sala powoli ucichła.
Starzec rozkazał – Busch siad! – usiadł – wstań! – wstał – podskocz! – podskoczył – a teraz zaszczekaj! – nie zaszczekał. Po sali rozszedł się gromki śmiech. Te same komendy wydał Billadenowi, który przy ostatnim nakazie jednak zaszczekał.
- szanowni goście! Proszę się nie denerwować ale poprawimy u Busha jeden zwój, który prawdopodobnie uległ zniszczeniu. Jak widzicie wykonuje jednak szereg koment bez zarzutu!
Przez salę przeszły skandowania i oklaski. Goście byli wniebowzięci.
Starzec kończył kwestię - ...za dwa tygodnie od tego czasu ulepszone prototypy, które widzicie, zastąpią obecne starsze i wysłużone modele. W ich umysły zostały wgrane plany wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie, wciągną do wojny Koreę, walki etniczne Tutsi w Afryce na szczęście już idą w odpowiednim kierunku, a gdy niedługo podmienimy Putina na świecie zapanuje chaos. Pamiętajcie drodzy goście. My na ten chaos jesteśmy przygotowani, wzniecimy go naszymi klonami jeszcze bardziej, zrobimy na świecie taki burdel, że … - zaczął głośno kasłać - …. ... że nikt nas nie powstrzyma. – uspokoił się i zakończył - A teraz życzę Państwu udanej zabawy!
Dwóch drabów wywiozło z podestu wózek inwalidzki ze starcem, a za nimi posłusznie podążyły dwie milczące postacie. Mniejszy wychodząc zaszczekał, co wskazywało, że musiał być wyraźnie opóźniony w rozwoju w stosunku do rywala.
Harison położył dłoń na wycięciu sukni Margerity i nachylił się do niej. – stań prosto i wypnij pierś do przodu. Z tyłu widać prawie całe pośladki. Te staruchy stojące za nami gotowe są umrzeć na zawał.
Margerita na złość, obróciła się w bok i wysunęła się z uścisku, w głosie miała mnóstwo pretensji – to po to mnie tu przyprowadziłeś abym wysłuchała przemówienia Adolfa! w domu się policzymy!
Nagle, od wysokiego sklepienia sali odbił się głos – zapraszamy wszystkich na poczęstunek, a potem na tańce do sali balowej!
Harison zatarł dłonie. Pomyślał – już ja wam pokażę za chwilę tańce z piardami! - a następnie odrzekł do Margerity - posłuchaj mnie! Nie jedz bigosu! za chwilę zacznie się prawdziwa zabawa… a teraz powoli idziemy i... spójrz do góry ...widzisz tego barczystego typa, który stoi na schodach… cały czas nas obserwuje! ...mówiłem, że za dużo mówisz ściągasz na nas uwagę!
Szejk i dama weszli do sali po środku której stał długi stół przykryty białym obrusem.
Dziewczyna podeszła z Szejkiem do wielkiego gara. W chwili jak Harison chciał nałożyć sobie chochlą porcję bigosu, z małej flaszki umieszczonej w rękawie, wlał do kotła całą zawartość tajemniczej ampułki. Następnie Harison skosztował rozmiękczonej kapusty i po kilku kęsach odstawił talerz.
Przy stole zaczęli powoli gromadzić się goście nieapetycznie mlaskając. Byli wyraźnie zdziwieni i oburzeni wystawnością przyjęcia. Da gara podszedł Prein, a następnie zamieszał w kapuście chochlą. Spojrzał również na wielką miskę ziemniaków. Obok niego stał wierny druh Karlos, kucharka Ingrid i jej pomocnica do obierania kartofli Olga. Kapitan przemówił
– Szanowni Państwo ! – znów od sklepienia odbił się głuchy pogłos – specjalnie na tę okazję przygotowaliśmy … hm nie za bardzo wystawny poczęstunek, ale pamiętajcie, ze dla naszych żołnierzy w czasach wojny, w okopach , było to wyśmienite danie …. dla kawałka wyłowionej kiełbasy często nasi nazistowscy bracia oddawali życie! ….Dlatego nie gardźcie tym bigosem tylko dla upamiętnienia chwały ofiar, wcinajcie swoje porcje z apetytem. Już za parę miesięcy, na tym stole pojawią się bażanty, króliki i kuropatwy, a chleb będziecie smarować kawiorem z Bieługi!
Zgromadzeni goście nad wielkim garem bigosu ożywili się, raczej zagrzała ich do jedzenia drętwa gadka kapitana, który nie mógł powiedzieć całej prawdy, że większość funduszy na imprezę znalazła się na jego koncie. Kapitan, był specjalistą i zawsze potrafił wybrnąć z trudnych sytuacji, wychodząc obronną ręką z opresji. Tym razem też mu się udało gdyż ludzie zaczęli łapczywie przełykać ślinę przekonując swój apetyt do jadła.
Ingrid, przebrana w strój tyrolski razem z kapralem w stroju folksdojcza, i Olgą w za krótkiej kraciastej spódnicy odsłaniającej koślawe nogi, jednocześnie spojrzeli z wyłupiastymi oczami na Kapitana – Panie Kapitanie?! – Karlos pierwszy odparł – Pan jest prawdziwym geniuszem.
Ingrid jedynie mrugała przylepionymi za długimi rzęsami jakby drżało jej serce z miłości. Obydwoje byli bardzo dumni ze swojego dowódcy poza Olgą, która patrząc na swoje nogi wszystko wkoło obojętniało.
- Wiem, wiem … trzymajcie się mnie, a daleko zajdziecie … a teraz pędźcie do gara bo za chwilę goście wszystko wyskrobią z dna. – zakończył kapitan – i pamiętajcie zostawcie coś dla mnie.
Harison odszedł w bok z partnerką i zaczął przyglądał się z zaciekawieniem na mlaskający tłum, szybko przeżuwający kęsy tłustej kiełbasy wtopionej w sos z ledwie kiszonej, rozgotowanej kapusty. W bigosie nie było: grzybków, zarumienionego boczku, śliwek suszonych, natomiast w głębi, zdążyła już się dostatecznie rozlać cała zawartość specjalnego środka stosowanego na przeczyszczenie jelit chorego na zatwardzenie konia.
Gar w ciągu piętnastu minut opustoszał. Ostatni kęs przypadł grubemu kapralowi. Wszyscy goście jak i organizatorzy po apelu kapitana Preina uznali za stosowne, w pamięci dla sprawców wybuchu II Wojny Światowej, skosztować prostego żołnierskiego posiłku, serwowanego w okopach. Niektórzy nawet, pokusili się o dwie porcje, nerwowo skrobiąc resztki z dna swojego talerza. Przede wszystkim należał do nich kapral Karlos.
O sklepienie znów odbił się głos – zapraszamy na tańce!
Harison spokojnym krokiem poszedł z Margeritą do następnej sali i wyprowadził ją na środek parkietu. Oboje wyglądali inaczej, odróżniając się od reszty gości z wymalowanymi w zacietrzewieniu i w nienawiści twarzami. Jak zwykle kobiety z zazdrością patrzyły na wycięcie w sukni, podkreślającą sylwetkę Margerity, a mężczyźni ukratkiem próbowali wedrzeć wzrok pod niewielkie odchylenie z tyłu materiału.
Najpiękniejsza na balu dama udawała, że nie widzi tych wszystkich spojrzeń ale była wyraźnie rozgoryczona. Na szczęście Harisona gęsta siatka owalki dostatecznie zakrywała twarz Margerity, w której spojrzeniu zawierał się pęczniejący wulkan złości. Harison wyczuwając napięcie uspakajał Margeritę – rozluźnij się i pomyśl, że jesteśmy na prawdziwym Balu nad Modrym Dunajem w towarzystwie par królewskich i książęcych. Kiedyś Ciebie tam zabiorę… obiecuję… a teraz przystąpmy do obrotów!
Z głośników rozszedł się znany i lubiany na całym świecie Wiedeński Walc. Harison ruszył pierwszy. Lekko wychylając partnerkę w tył od razu wprowadził ją w ruch wirowy. Korale zataczały kręgi podążając w ślad za czerwonymi bucikami. Jedną rękę Margerita oparła na barczystym ramieniu Harisona, drugą tancerz, ledwie przytrzymywał końcówkami palców. Pierwszy tan poszedł gładko, niestety przy drugim przebieraniec w stroju Stalina nadepnął Harisonowi na tył butów. Harison spojrzał ostrzegawczo. Stalin widząc wkurzenie przeprosił Szejka i oddalił się w chwili jak rozpędzone korale przylepiły mu się na krótką chwilę do twarzy. Trzeci i czwarty obrót znów przeszedł gładko, ale przy kolejnym Harison zawył – łajć!.
Obydwoje wirowali w tańcu. Margerita sznurem korali co po niektórych wylniałych z owłosienia gości, obnażała z tupecików, a matrony waliła perłami w policzki, i tam gdzie tylko popadło. Harison strzegąc partnerkę przed nieoczekiwanymi skrobnięciami nieruchawych gości, czasem obutych w ciężki wojskowy strój, w chwilach zacieśnienia, skutecznie osłaniał swoim ciałem. W ten sposób przyjmował na swoje stopy rozkoszny ból, sycząc pod nosem wspomniane już na wcześniejszym wirażu, tłumione łajć.
Margerita rozbawiona tańcem w lekkim odchyleniu, nieświadoma uderzeń rozmajtanych korali, zawieszona na ramieniu partnera, pląsała z nogi na nogę. Przy kolejnym obrocie nie wytrzymała i przez zaciśnięte zęby, tak aby inni goście nie słyszeli, powiedziała - przestań syczeć tylko tańcz!
- łajć … ja już nie mam skóry na piętach – pożalił się Harison.
- Nie szkodzi tańcz! … zabrałeś mnie na ten idiotyczny bal to cierp … w domu wymoczysz !
- Łajć … krwawię!
- Martw się lepiej aby farba nie zeszła z twojej twarzy, widzę, że ten cholerny wielkolud cały czas patrzy się na nas z góry!
- Łajć … mam nadzieję, że nic nie podejrzewa …
- Też mam taką nadzieję
- Łajć … kiedy się skończy walc, długo jeszcze ?! – z nadzieją w głosie zapytał
- Nie wiem ale świetnie zaczynam się bawić! … Jesteś świetnym tancerzem! … mam ochotę na drugi taniec … oczywiście z tobą kochanie! Może puszczą Charlstona! Stopy dobrze przy tym pracują!
- Łajć .. .oczywiście! ale ja już nie mam stóp! .
Muzyka ucichła. Harison rozejrzał się po sali i zauważył, że jedynie z Margeritą zakończył z ukłonem taniec. Większość gości trzymała się za twarze z podłużnymi, czerwieniącymi śladami, natomiast niektórzy przebierańcy zaczęli pośpiesznie opuszczać parkiet.
W drugiej stronie sali kapitan Prein widząc wydłużającą się kolejkę do toalety zwołał zbiórkę swoich podwładnych
- Panie Kapitanie! – Ingrid z zaniepokojeniem wycedziła przez zęby – coś jest nie tak! …papier toaletowy się kończy!
- Ty cholerna idiotko, to użycz im swojego pieprzonego stroju tyrolskiego, co żeś tam kretynko dodała do tego bigosu?! W żołądku zaczyna mi bulgotać!
- Nic! Nagotowałam na kiełbasie i kapuście … tak jak pan kazał… aby było oszczędnie …
- Gdzie Karlos? – zapytał załzawioną Tyrolkę
- Nie wiem … ale słyszałam, że podobno zajął całą kabinę dla siebie i nie wpuszcza ludzi do środka, nawet VIP – ów.
Nagle nad balkonem, korytarzem, z rozpędzonym wózkiem, gnał znajomy starzec mocno odpychając się rękami od kół – przepuście mnie! – krzyczał – kombatanci wojenni mają pierwszeństwo!
Harison był wyjątkowo ucieszony. Przy pomocy środka na przeczyszczenie i długiego sznura pereł dokonał małej zemsty na Nazistach. Z satysfakcją obserwował dzieło swoich zmyślnych rąk. Gdy jednak zobaczył jak długi jest szpaler ustawionych gości do wypróżnienia posmutniał . Zdał sobie sprawę, ze wszyscy ci ludzie, stojąc z nogami skrzyżowanymi, próbują powstrzymać napór nieładu usiłującego wydostać się na wolność z napęczniałych jelit. Zrozumiał, że podobna zawartość, za kilka dni wyleje się również na cały świat, który i tak jak dotąd splugawiony jest podobnym smrodem i brudem np. wywołanych wojen pod pretekstem zakopanej na pustyni broni chemicznej w Iraku, wspieraniu Talibów w walce wyzwoleńczej, a potem mordowaniu ich w Afganistanie w myśl wpajania demokracji, walki Hamasu z Izraelem i z Arabami i na odwrót ale z tą samą siłą opadających granatów wystrzeliwanych z wyrzutni F-2 dostarczanych przez kraje tak usilnie potępiające terroryzm, fali ataków szaleńców na World Trade Center, stacje metra w Londynie i w Madrycie, okrutnych zbrodni popełnianych na cywilach w imię nienawiści do człowieka za to, że jest inny, za to że wierzy w innego Boga, za to, że inaczej składa ręce do pacierza i na końcu za to, że nie oddaje czci Allachowi.
Harison zamyślił się nad oczekującymi ludźmi przeskakującymi z nogi na nogę i pomyślał – kim oni są i dokąd tak naprawdę zmierzają?! - Widział wśród nich znanych polityków z pierwszych stron gazet, biznesmenów, prezesów wielkich spółek naftowych i całą najznamienitszą śmietankę z całego świata. Wiedział, że misja do głębin zatoki, jest nieunikniona. Musiał podjąć ostatnie ryzyko ratowania tego co jest już tak bardzo zgniłe i popsute od środka. Musiał ratować ludzkość.
Przed opuszczeniem imprezy zdążył jeszcze zobaczyć jak zadyszana Tyrolka podbiegła do czerwieniącego się kapitana
- Panie Kapitanie Prein! Panie Kapitanie Prein! Proszę się nie martwić! – wykrzyknęła Ingrid – Karlos powiedział, że specjalnie dla pana przesunie się na desce o małą kapkę w prawo, tak aby dwa tyłki zmieściły się do jednej dziury!
Prein spojrzał na swoje spodnie. Ściszył głos- za późno droga Ingrid , niestety już za późno!
|
|
Komentarzy:
10
|
|
PART 31
2007-12-17
|
- Margerita obudź się!
Otworzyła oczy i przeciągle ziewnęła - spałam? – zapytała z retoryką w głosie
- … tak spałaś!
- Długo?! – przetarła powieki
- Nie za długo, raczej krótko, gdy wróciłem ze spotkania już leżałaś na łóżku
- Hm … dziwne? – odpowiedziała
- Drzemki południowe są bardzo zdrowe! – Hairson próbował stonować zaniepokojenie Margerity –… a co się tobie właściwie śniło? - był ciekawy czy serum na utratę pamięci zadziałało.
- Śniła mi się jakaś wielka lodówka …jakby parowa zamrażarka … albo nie jakby sauna …potem zrobiło się ciemno … pamiętam, że ktoś mnie uwięził ….potem coś mnie przywlokło za włosy do piwnicy i zostawił …- urwała i zaczęła nerwowo rozglądać się po pokoju – to był bardzo dziwny sen – zamyśliła się -… bardzo dziwny … ale najstraszniejsza była ta kobieta, wyglądała przerażająco, te jej oczy były czerwone i te cholerne jej źrenice …
- już dobrze! - Harison przerwał w połowie zdanie widząc przerażenie na twarzy Margerity. Pomyślał – cholera za małą dawkę zaaplikowałem. Teraz jest już za późno.
Mężczyzna objął dziewczynę i mocno przytulił do siebie - spokojnie – powtórzył – to był tylko koszmar… ale już odszedł w niepamięć
- bałam się!
- Wiem… nie myśl już o tym, spójrz za okno… zobacz jaki piękny zachód!
Nie mógł pozwolić aby dziewczyna zdała sobie sprawę, że okoliczności w jakich się znajdowała przed niespełna kilkoma minutami były faktem.
- czuję, że już mi lepiej!
Harison pocałował ją w czoło i pogładził po włosach. Powoli zaczął zmieniać temat rozmowy. – musimy się szykować do wyjścia!
- … że co?
- nie pamiętasz?!
- O cholercia! – wykrzyknęła – Bal!
- Tak dokładnie, u Nazistów!
- u Nazistów – powtórzyła – tylko!
- A… a… a … ? – Harison przeczuwał nadciągające gradobicie
Margerita kontynuowała - Tylko w co ja się ubiorę?! – zmarszczyła lekko brwi
- No to się zaczęło!
- Co się zaczęło Stevie Harisonie!
- Problem z szafą!
- Taaak … to rozejrzyj się po pokoju – Margerita zaczepnie odparła, jakby lekko od niechcenia.
- Ja widzę, że jest … stoi tam! – i pokazał palcem na drugą stronę pokoju
- Widzę, że jesteś bardzo spostrzegawczy!
- Jestem!
- Może i jesteś … tylko nie przewidziałeś, że jest pusta!
Harison zamyślił się - faktycznie nie przewidziałem!
Nagle z oddali oboje usłyszeli natarczywe pukanie, jakby ktoś dobijał się do drzwi wejściowych . - halo jest tam ktoś? – nieznajomy głos z zewnątrz zapytał.
Margerita zlękła się. Wyprostowała ciało i niespokojnie rozejrzała się po pokoju. Spojrzała porozumiewawczo na Harisona.
- Spokojnie… to pewnie, tylko wysłannik tej damy ze snu przyniósł kwiaty dla Ciebie z przeprosinami! – zażartował.
Margerita walnęła Harisona ręką w plecy . – to nie było śmieszne!
Harison jak w wielu takich przypadkach nie odpowiedział podobnym gestem tylko się zaśmiał - już dobrze, nie denerwuj się… nie bierz wszystkiego na serio!
- Nie biorę! Ale należało się! … to był straszny sen… ale co ty o tym możesz wiedzieć!
- Masz rację… niewiele! … bardzo niewiele prawie co nic!
- No właśnie i za to dostałeś za głupie żarty! … i wiesz co, mam ochotę jeszcze raz ciebie walnąć!
- Za co? – i jeszcze raz przykleiła dłoń do pleców Harisona
- O rzesz ty! Zaraz ci …
Głos za drzwi słysząc szmery, głośniej zaczął dobijać się pięścią. Dopytywał - Halo jest tam ktoś?!
Harison nie tracąc dobrego humoru, wstał z łóżka - Poczekaj jak wrócę … policzymy się!
- będę czekała! Już ostrzę pazury!
Harisona podbiegł do wejścia. Nacisnął klamkę. W drzwiach, stał młody lekko zadyszany chłopak, w typowym szarym stroju, z charakterystyczną czapką ze złocistym emblematem UPS. Kurier zapytał – Dzień dobry! … czy pan…? – spojrzał na wypełniony formularz aby się upewnić. Podniósł wzrok – … czy pan Steve Harison?!
- tak to ja!
- Ależ trudno znaleźć ten dom zwłaszcza, ze zaczyna się ściemniać, ...przeszedłem całą plażę wzdłuż i wrzesz! Ale wreszcie znalazłem! – wytłumaczył spóźnienie
- Nic nie szkodzi, pół godziny temu i tak byś się nie dostał… klamka domu bardzo parzyła! – potrząsnął dłonią i głośno zasyczał
- A rozumiem! – chłopak uśmiechnął się jednym kącikiem ust, odczytując słowa Harisona jako pochwałę dobrego sexu, poczym poszerzył uśmiech wyszczerzając białe zęby od ucha do ucha. W rękach trzymał dwa wielkie czarne pudła oraz list z nadrukowanym emblematem agencji NASA. Wręczając pakunki z zadowoleniem wykrzyknął – to dla pana, przesyłka priorytetowa z Waszyngtonu!
Harison zamyślił się – to cholerni idioci, ja tu żyję w utajnieniu, walczę ze zdzirą z morza, a oni wysyłają mi list w kopercie firmowej… to pewnie ta idiotka Susanne, sekretarka szefa… zawsze narobi … – chłopak przerwał myśl Harisonowi
- czy coś się stało? … widzę, że pan się …
- nie nic tylko rozważam, czy ktoś widział ciebie biegającego po plaży z tym pakunkiem, pytającego o człowieka z Waszyngtonu?
- Nie nikogo nie widziałem, mam gps-a firmowego – wyjął z torby małe metalowe urządzenie z anteną ze świetlistym ekranem ciekłokrystalicznym - zawsze pomaga znaleźć zagubionych odbiorców! – odrzekł i nacisnął zielony przycisk start – pan zobaczy, stąd przesyłka wyszła – a następnie nacisnął drugi przycisk z oznaczeniem adresat, dalej dumnie instruując –… o pan patrzy!... ten mały punkt to ten dom przy którym stoimy!
- O cholera faktycznie!
- Technika co?!
- I to jaka! – z lekko wyłupiastymi oczami odparł Harison – pierwszy raz takie urządzenie widzę. - Pomyślał – Jezu co za tandeta mój zegarek ma w sobie więcej możliwości niż 100 takich urządzeń. – upewnił się jeszcze raz. - czyli nikogo nie spotkałeś?!
- Oczywiście proszę pana, to miejsce jest wyjątkowo ustronne gdyby nie GPS nigdy bym pana nie namierzył.
- No to świetnie, …. Czyli masz dla mnie przesyłkę …doskonale! – Harison poklepał kuriera po ramieniu i wyjął z kieszeni banknot 20 dolarowy – to za fatygę! - Dziękuję panu serdecznie i do zobaczenia!
Harison wrócił do pokoju. Położył pudła na łóżku obok dziewczyny.
- … a co to jest?
- zobacz sama! … powiedziałem, że jak wrócę to się policzymy!
Margerita powoli otworzyła wieko. W środku była równiutko złożona biała suknia, od samego Calvina Klein'a – Jezu! – wykrzyknęła – to dla mnie?
- i jak ….podoba się?! – Harison lekko uśmiechnął się pod nosem
- jest piękna! – spojrzała na drugie pudło - … a co jest w tym drugim? … tylko nie mów, że buty!
- No wiesz co ! … nie bądź zachłanna! … w tym drugim pudle, jest strój dla mnie, też nie mam szafy!
Margerita wygodnie usiadła na łóżku i rozłożyła w całej okazałości białe zawiniątko. Suknia była wyborna. W dolnej falbanie odnalazła złocistą metkę. – Jezu! – nagle wrzasnęła – kosztowała tyle kasy?!
- pięknym kobietom należą się drogie prezenty!
- … i diamenty – dodała
- … i diamenty, zwłaszcza jak nie trzeba za nie płacić z własnej kieszeni!
- To z czyjej kasy na to poszło?
- Jak to z czyjej… z mojej … twojej … naszej …
- A to teraz rozumiem! Podatnicy mi zafundowali prezent.
- Tak! a ja go wręczam!
- To ja nie chcę takiego podarunku!
- … hm – Harison nie wiedział co ma odpowiedzieć – … no dobra zróbmy tak, po balu zwrócimy wszystko w nienaruszonym stanie.
- … hm – teraz Margerita się zamyśliła - .. w tym przypadku się zgadzam, w końcu też płacę podatki.
- Dokładnie tak! … nie miej wyrzutów sumienia … pomyśl, że poświęcamy się dla kraju… dla świata… dla ludzkości… dla…
- dla mnie – Margerita dokończyła zdanie.
- Tak przede wszystkim dla Ciebie! – odpowiedział.
Harison otworzył zalakowaną kopertę wyjął kluczyki od samochodu. – a co powiesz na to!
- Jezu!
- Nie Jezu … tylko samochód!
- … hm rozumiem … cztery kółka … dla ludzkości!
Mężczyzna otworzył szerzej kopertę i wyjął ze środka kartkę papieru. Zaczął głośno czytać!
Tak jak chciałeś samochód jest zaparkowany przy plaży. Mam nadzieję, że prawidłowe podałeś wymiary sukni jak będzie kłopot podeślę krawca! – w tym miejscu Harison spojrzał na zdziwioną Margeritę. Uśmiechnął się i powiedział – Stary, poczciwy i niezastąpiony Markos – znów wrócił do czytania listu. – masz samochód zatankowany do pełna, tylko lekko naciskaj gaz, bo zwija asfalt .
Nagle widząc następne zdanie Harison wstał szybko z łóżka i udając zdziwionego zachłysnął się. Nie chciał odczytać kwestii wyrażonej w słowach - jak prosiłeś, kwiaty żonie dostarczyłem. – chciał ominąć niezręczne pytania Margerity w temacie, ty draniu wykorzystałeś mnie. Nie chciał poczuć, tym razem klapnięcia w twarz, a potem zobaczyć typowy potok łez. Nie było na to czasu.
Gdy przestał kasłać dokończył list - … To na tyle uważaj na siebie. Markos.
Na końcu listu były dopisek składający się z kilku cyfr. Harison w pamięci odnalazł kod. Przyporządkował numery do liter, otwierając rozszyfrowanym hasłem drogę na bal. Na koniec wykrzyknął - … a teraz kochanie szybko ubieraj się! …. nie możemy się spóźnić! Bal zaczyna się punktualnie o 22,00... została zaledwie godzina!
Margerita wstała i wybiegła z pokoju. W progu wesoło rzuciła z odrobiną przekąsu – ... a gdzie fryzjer! – i pobiegła w głąb salonu, aby w odpowiedzi na zaczepkę nie dostać poduszką w plecy, którą z rąk Harisona wystrzeliła prosto w futrynę .
Harison uśmiechnął się do siebie, nie chciał jeszcze wtajemniczać swojej partnerki w arkana sztuki kamuflażu, który w tym przypadku, uwzględniał jedynie rozpuszczone włosy, gładko zaczesane do tyłu przy pomocy odrobiny żelu, tak aby jedwabna owalka, na balu przebierańców, dokładnie przylegała do twarzy Margerity. |
|
Komentarzy:
11
|
|
PART 30
2007-12-03
|
Harison wsunął rękę pod kolana Margerity, jej drugą wiotką, zaplótł na swojej szyi. Obejmując ostrożnie w pół wąską talię, bez trudu wstał z głębokiego przyklęku. Ciężar 56 kg nie był dla niego wyzwaniem, raczej sama świadomość niesienia ukochanej, w chwili nieoczekiwanego potknięcia, wywoływały uczucie strachu przed nagłym wypuszczeniem z rąk cennego skarbu. Uważając aby nie wyrżnąć znaku podwójnego orła, na nierównym betonie, stopa za stopą zaczął iść w stronę schodów. Margerita siłą omdlałej woli, podświadomie zacisnęła uścisk na szyi Harisona, jakby szukała ratunku przed śmiercią. Ciężko oddychała, wpuszczając przez nos, miarowe dawki powietrza. Piersi łagodnie falowały w górę i w dół. Latarka położona na brzuchu Margerity, coraz bladziej oświetlała drogę, aż w połowie dystansu, odmówiła dalszego posłuszeństwa. Niewyraźna łuna odbitego od podłoża światła, po drugiej stronie pomieszczenia, od tej chwili stała się jedynym punktem odniesienia.
Miarowo szurając stopami, Harison wyłapywał każdą wypust lub wgłębienie na podłożu. Od czasu do czasu głośno syczał w chwili jak piszczel natrafiał na nieoczekiwaną przeszkodę, w postaci porozrzucanych skrzyń, jakiegoś dużego metalowego przedmiotu, który kształtem i bólem przypominał wielkie kowadło. Po nim musiał pozostać największy siniak. Później w to samo miejsce Harison, otrzymał jedno uderzenie od trzonka od łopaty oraz drugie, od grabi, które wstając minęły o centymetr głowę omdlałej dziewczyny. Podmuch wskazywał na nie większy dystans. Później, na pięciu rozgniecionych śliwkach, o mały dodatkowy stopień w wychyleniu, nie runąłby na ziemię, a tak jedynie ślizgając się, dziękował staremu Huanowi, że nie robił w domu nalewki z bananów. Depcząc potłuczoną butelkę, której szczątki zdążyły powbijać się w podeszwy, Harison wreszcie dotarł do pierwszego przystanku. Szczęśliwy westchnął - … pierwszy etap właśnie zakończyliśmy! – czule spojrzał na Margeritę, a następnie zerknął ponad swoją głowę. Dwadzieścia kilka stopni dzieliło go do wyjścia z piwnicy. Zrobił krótki odpoczynek przed dalszą podróżą.
Stojąc u podnóża, zaczął koncentrować uwagę, jakby szykował się do marszu farmera w zawodach strong menów. Czuł, że pięćdziesiąt sześć kg trzymanych w rękach, przybierało coraz więcej na masie. Duchota, napięcie mięśni i kalkulacja swoich możliwości w obliczu pokonania całego dystansu, wpływała z każdą sekundą, na pogarszającą się motorykę.
Harison podniósł nogę i ostrożnie postawił na pierwszym schodku. Przy drugim pewniej oparł stopę. Zahaczając przodem butów o zarys następnych stopni, równomiernie przekładając ciężar z nogi na nogę, szedł w górę. Nie śpieszył się. Starał się każdy ruch wykonywać z uwagą, aby nie stracić równowagi. Gdy znalazł się na wprost uchylonych drzwi, z ulgą odetchnął. Wyszeptał do Margerity - spokojnie damy radę! – i nabrał do płuc olbrzymią porcję powietrza. Wiedział, że musi ona wystarczyć do pokonania wszystkich pomieszczeń domu.
Harison do przejścia miał zaledwie kilkanaście metrów, dlatego też plan ucieczki był dość przejrzysty. Nie wymagał karkołomnych skoków. W zasadzie składał się z prostych ruchów, problemem natomiast było bezwładne ciało dziewczyny, które uniemożliwiało swobodne poruszanie się w chwili nieprzewidzianych sytuacji. Dodatkowo zatrzaśnięte drzwi, opóźniały wydostanie się z pułapki. Ile ich było nie można było określić. Może dwa, a może żadne, a może, przeszkodę stanowił zastawiony kredens na środku pokoju. Po wyjściu na zewnątrz domu, trzeba było przebiec 300 metrów, po grząskim piachu, i potem … trudno było przewidzieć, co mogło dalej nastąpić. Harison miał nadzieję, że zmiana mikroklimatu nie sięga swoim zasięgiem zbyt daleko poza obrys plaży.
Najgorszym jednak problemem był upływający czas i dostęp do zawartości tlenu w zawiesinie pary. Te kilka wartości w ciągu dwóch kwadransów, idealnie zazębiły się wzajemnie. Harison przeliczył minuty spędzone na poszukiwaniu ukochanej w domu i korzystając z prawa Pascala i Archimedesa, oraz dorzucając własną wiedzę na temat hydrostatyki, wpływającej ujemnie na zachowanie organizmu w pomieszczeniach zamkniętych poddanych dużym ciśnieniom, doszedł do smutnego wniosku, że przeprawa przez salon może okazać się bardzo trudna, zwłaszcza dla Margerity. Wolał nie myśleć, że niemożliwa dla omdlałej osoby bez maski tlenowej. Zdawała sobie sprawę, że ilość nagromadzonej wilgoci wyklucza nabranie choćby jednego awaryjnego hausta powietrza. Harison gdy już kończył rozmyślanie nad niekończącymi się dylematami dotyczącymi etapów i szans ucieczki, złożył na ustach Margerity długi pocałunek. Przykleił swoje usta do warg dziewczyny i zaczął pompować do płuc powietrze. Gdy poczuł lekki opór powietrza, w momencie jak piersi lekko uniosły się w górę, położył dłoń na jej twarzy aby uniemożliwić dalsze oddychanie – … nic się nie bój !… - wyszeptał. Nie odpowiedziała. Jej umysł przeniósł się w krainę snu, do którego Harison nie miał dostępu.
Ostatni raz napełnił swoje płuca podobnym, ale nieco większym zapasem tlenu. Gdy już miał zrobić pierwszy krok, przypomniał sobie nieudane zadanie w bazie, gdy po wcześniejszym znalezieniu w jeziorze 100kg ciężarka, na głębokości 20 metrów w kompletnych ciemnościach, jedynie używając latarki przy wychodzeniu z wody, w panice przed utonięciem, wypuścił metal tracąc go bezpowrotnie z rąk. Było oczywiste, że nie zaliczył ćwiczenia. Po wyjściu na brzeg załamał się psychicznie i groziło mu nawet wykluczenie z grupy operacyjnej. Pamiętał jak kapitan, przy chłopakach z drużyny, darł się na całe gardło – … a co byś zrobił Harison jakby to był człowiek, … też pozostawił byś go na pastwę rybek! … aby ratować ten zasraną sztabę złomu, powinieneś jeszcze zrobić sztuczne oddychanie! … - obraz z przeszłości urwał się, gdyż Margerita lekko poruszyła się – ...spokojnie, już dobrze… obiecuję, że dotrwamy do końca!
Harison z nabrzmiałymi policzkami i zaciśniętą dłonią na ustach Margerity, zrobił kilka pierwszych energicznych kroków.
Niewielki przedsionek obydwoje dość szybko pokonali. Harison stanął przed pierwszą przeszkodą. Zamknął oczy. Przypomniał sobie rozstaw mebli za drzwiami. Pamiętał, że na środku stał stół. – ...muszę go ominąć prawym halsem … potem wszystko stanie się proste, … minę kominek, po lewej stronie okno, przy nim kredens … potem , … jeszcze jeden uścisk klamki, i znów...hm…,to w sumie jak bieg przez przeszkody… - znów Margerita poruszyła się, jakby chciała go prosić aby przestał gadać do siebie samego, tylko zaczął działać. Nie chciała skończyć jak porzucane żelastwo w ciemną toń jeziora.
Harison poczuł na dłoni ciepły oddech, który próbował przebić się przez zaciśnięte palce -...zaufaj mi ... wszystko będzie dobrze ! – spojrzał na lekko napinającą się twarz dziewczyny, która wydawała się nadal drzemać -… musi się udać, wydostanę nas z pułapki... – utwierdzał ją w przekonaniu, a raczej siebie, nad panowaniem nad ekstremalną sytuacją.
Przybliżył się do drzwi.
Harison oderwał dłoń od pośladków dziewczyny i szybko chwycił klamkę. Margerita zawisła na sztywnej ręce i jedynie lekko obsunęła się z przedramienia. Harison nacisnął dłoń. Potem przyłożył w dół jeszcze więcej siły. Klamka jednak stała sztywno, jakby ktoś od drugiej strony przystawił oparcie krzesła - … wiedziałem… cholera wiedziałem! – jeszcze raz wytężył siły. W pewnej chwili napierając całym ciężarem na klamkę, cenny ładunek zawieszony na szyi Harisona nieoczekiwanie znalazł się równolegle do futryny. Następnie miarowo Margerita zaczęła zsuwać się z rąk – cholera jasna! – Harison zaklął w myślach.
Poprawił opadające ciało trzymając dłoń na ustach dziewczyny. Długa szyja lekko skręciła się w bok. – ja ci k… zaraz pokaże ! – jeszcze raz zaklął do zamka
Zrobił krok w tył. Stanął i nagle w ułamku sekundy, wypychając biodro jak przy uderzeniu frontalnym, wykonał uderzenie nogą, odchylając przy tym stopę w tył, tak aby pięta pierwsza trafiła w sam środek przeszkody. Zawiasy puściły. Nagły impet szarpnął Harisonem. W momencie jak środek ciężkości ciała przesunął się w stronę kopnięcia, mężczyzna musiał wykonać nieoczekiwany krok w przód. W tym samym czasie Margerita, wysunęła się rąk. Harison widząc bezwładnie opadające przed sobą ciało, wykonał skłon, próbując ratować wypuszczony skarb. Margerita jednak z hukiem uderzyła o podłogę następnie przewracając się na bok pozostała w takiej pozycji na dłużej. Harison lecąc w przód, potknął się o coś i runął z całym impetem na podłogę, przywalając omdlałą dziewczynę. – k… ! - przeklął na cały głos własnych myśli. Na szczęście nie uwolnił z płuc tlenu – k …! - wrzasnął jeszcze raz w umyśle – … do cholery jasnej… co za dureń zostawił tę kłodę drewna! – odwracając się zdążył kopnąć mały okrągły konar leżący na samym środku progu, który potoczył się w kierunku kominka.
Harison wstał na kolana. Nachylił się nad Margeritą, której policzek przykleił się do deski. – ...o cholera… mam nadzieję, że nie było drzazg …! - cały czas trzymał zaciśnięte usta wydymając oba policzki. Nagle omdlała dziewczyna westchnęła, wypuszczając z płuc całą zawartość tlenu. Harison gdy to zobaczył zaczął biadolić – cholera … to już koniec! … ty cholerny nieudaczniku … znów wypuściłeś … jak wtedy … - przerwał gdyż zauważył, że Margerita swobodnie oddycha.
Jakąś niewidzialna siła otworzyła okna i z wielkim impetem wyssała z wnętrza gęstą zawiesinę pary, stęchlizny, i pozostałych oparów z tablicy Mendelejewa.
Harison podniósł głowę i rozejrzał się po pokoju. Wszystko wyglądało tak jakby nic się nie wydarzyło. Przez uchylone okiennice powietrze łagodnie falowało. Można było wyczuć przyjemny chłód. Na dworze, słońce w popołudniowym skłonie, chyliło się do pory opuszczenia linii horyzontu, wskazując na zegarku, dokładnie godzinę 19,32.
Delikatnie chwycił Margeritę i zaniósł na łóżko. Wyjął z torby strzykawkę i zrobił w wiotkie przedramię zastrzyk z serum zacierającą pamięć. Obejrzał policzek, był tylko lekko stłuczony. - ...trochę pudru uratuje sytuację! – pomyślał – spokojnie śpij! ….zaraz przyjdę!
Harison wiedział, że drugi raz w tym dniu topielica nie zaatakuje i zostawienie ukochanej na chwilę w domu nie będzie zagrażało życiu ani zdrowiu.
Poszedł na plażę, i stanął na wprost morza. Na twarzy malowała się złość, oczy zrobiły się większe, ze źrenic biła wściekłość. Podniósł wysoko ręce i zacisnął obie pięści.
- ....tylko na tyle ciebie stać !? .– krzyknął przed siebie na końcu dodając - .... ty cuchnąca wodorostami stara ździro, już niedługo się spotkamy!
|
|
Komentarzy:
13
|
|
NARRACJA
2007-11-24
|
W tym miejscu powinien nastąpić zwrot akcji drogi czytelniku.
Czy narrator się myli?
W pierwszej chwili wydaje się bardzo rozsądne, uśmiercić Margeritę.
Zadajmy sobie jednak pytanie, kto mógłby na jej miejsce wkroczyć. Przecież nie Topielica… Choć kto to wie? Ale czy mojemu bohaterowi, podobałoby się masowanie partnerce odrętwiałej szyi po całodziennej pracy, gdy wrócą do domu? … no nie! ... bo przecież byłaby taka zimna i odrażająca!
A może najprościej byłoby sprawić, aby Harison zaczął teraz szukać odwetu na mordercy swojej ukochanej….hm … mogliby być nimi np. Czyściciele uzbrojeni w tajną broń – nuklearną .
No dobra …a Naziści … może gruba Ingrid mogłaby zastąpić Margeritę ?!
... może, ale za dużo ciała do całowania i pieszczenia… bohater, woli szczupłe o kształtnych ramionach i krągłych piersiach i poś… stop, bo znów rozwinie się wątek miłosny … już widzę jak Margerita zsuwa się w dół i ….
stop powiedziałem ... nie będę drażnił męskiej chciwej chuci Harisona, która mogłaby tak w nieskończoność brnąć w tajemnice ciała ukochanej… a może jednak zacząć?
Ale co ze mną wtedy się stanie, jak krok po kroku zatopię się w opisach kolejnych uniesień moich aktorów … czy nie stanie się to nudne po pewnym czasie, - jak wszystko co jest w nadmiarze.
Dlatego udam się, bardziej krętą drogą opowieści!
… najpierw przyda się długi masaż … holera ( napiszę przez samo "h", bo widzę, że mój bohater tak samo klnie, a nie chcę być do niego we wszystkim podobny. Jest pomiędzy nami mała różnica - wirtualna)
... czyli jeszcze raz zaczynam ... holera na umór zapomniałem, że najpierw Steve z zemdloną Margeritą, musi wydostać się z pułapki domu, a potem dopiero zacząć masować stopy - jej! … bo przecież nie moje, jakby ktoś miał wątpliwości, narrator jest hetero - jak Steve. |
|
Komentarzy:
6
|
|
PART 29
2007-11-20
|
Harison idąc wzdłuż brzegu morza, niósł ciężki rower na barku. Wreszcie po długiej i męczącej podróży zbliżał sie do miejsca zakwaterowania. W oddali, zobaczył zarys domu, który z każdym krokiem stawał się coraz wyraźniejszy. Gdy był jakieś sto pięćdziesiąt metrów od werandy, na chwilę przystanął. Rozejrzał się po plaży. Była jakaś dziwna. Opustoszała. Spojrzał w głąb zatoki. Zauważył, że morze szkliło się nieruchomą taflą. Brak fal powodował, że promienie słońca na lustrze wody, mogły odbijać się nie zakłóconymi refleksami. Jakaś siła zatrzymała naturalne falowanie wody. Zawieszone powietrze nad plażą utworzyło taki skwar, że bez trudu można było zakopane w piachu jajko w ciągu niespełna 15 sekund zagotować na twardo. Spod grubych podeszw, żar bez trudu przebijał się na wierzch wkładek butów, parząc stopy Harisona. Ten jednak nie zwracał uwagi na niekorzystne warunki, w których każdy śmiertelnik na jego miejscu, wycofałby się w strachu przed utratą przytomności, lub wycieńczenia.
- ciekaw jestem jaką teraz woda ma temperaturę w morzu… oby nie gorącego rosołu – pragnąc orzeźwienia przebijał wzrok przez rozgrzane cząsteczki powietrza, które zamazywały krajobraz wniesień, rozciągających się po drugiej stronie zatoki. . – …do cholery jasnej! … czy to pustynia?! … źle skręciłem?… a może zgubiłem drogę pedałując na tym złomie! - poklepał dłonią siodełko roweru.
Spojrzał w kierunku domu i coś przedziwnego rzuciło mu się w oczy. Okiennice były szczelnie pozamykane.– … przecież Margerita, nie planowała wyjazdu… - pomyślał zlany potem -… tylko dlaczego, jeśli już zdecydowała się … zostawiła otwarte drzwi… to nie roztropne!
Nagle drzwi z hukiem zatrzasnęły się waląc z wielką siłą o framugę. Jakaś siła celowo zamknęła drogę do wnętrza domu.
- co to u licha jest?! – niespokojnie rozejrzał się po plaży.
Wokół znów zapanowała cisza, a piach stał się bardziej grząski. Harison poczuł zimny dreszcz, który przeszedł od stóp po sam czubek głowy. Wolał nie myśleć o podłożu, po którym z trudem stąpał – …musi być rozgrzany do czerwoności! - pomyślał.
Położył rower na piasku. Podbiegł do zamkniętych drzwi. Nacisnął klamkę, następnie delikatnie uchylił je. Przez szczelinę wsunął do środka głowę, bark i po chwili całe ciało. W środku panował półmrok poprzecinany promieniami słońca próbującymi wkraść się przez niewielkie szpary w deskach okiennic. Harisona uderzył piekielny gorąc i duchota. Po kilku oddechach, z trudem próbował znaleźć łyk powietrza, który zdążył już w większości zamienić się w parę wodną, osiadając na ścianach. Pokój wyglądał jak olbrzymia sauna.
Harison zdjął koszulę aby wytrzymać napór wilgoci. Żyły w przedramionach zaczęły pęcznieć. Powoli rozejrzał się. W salonie nikogo nie było. Pokój sprawiał wrażenie opuszczonego. Jedynie, na stole zauważył wywrócony wazon z kwiatami, ze środka, którego kapała woda na blat, a później tworząc małą stróżkę, na podłogę.
- ktoś nie dawno musiał tu być! … tylko gdzie jest Margerita? - rozważał
Poszedł do sypialni, później do toalety. - Może jest w drugim pokoju... tym ostatnim?
Otworzył drzwi. Zajrzał do szafy i pod sofę. Cofnął się i zachybotał na nogach. Gwałtowny skłon spowodował nagłe uderzenie krwi do mózgu. Musiało zakręcić mu się w głowie, był w końcu zwykłym człowiekiem jedynie wyszkolonym do zadań specjalnych. Zaczęło Harisonowi, brakować w płucach tchu. Stanął i skoncentrował wzrok na ścianie. Przypomniał sobie ćwiczenia z regulacją oddechów na dnie głębokiego na 20 yardów basenu, w bazie NASA. Zaczął wykonywać powoli ruchy aby wydatkować jak najmniej energii. – teraz jest dobrze! – spowolnił także myślenie. Wiedział, że umysł może pożreć znaczną część tlenu.
Zachowując się jak w transie spojrzał na sufit.
- … strych?! – nie westchnął, gdyż szkoda było powietrza.
Harison wszedł do małego przedsionka i po drabinie wdrapał się na górę. Pchnął ręką przyciśniętą klapę, która z hukiem walnęła o ścianę.
- Cholera … - zaklął.
W chwili jak pierwszy podmuch świeżego powietrza uderzył go w twarz poczuł przyjemny chłód. Gdy wszedł do środka, ściany były kompletnie oszronione z zimna.
- Do diaska! … co to jest …k.. - chciał dokończyć bardziej soczystym słowem ale szczęka zaczęła mu sztywnieć. Mógł już tylko myśleć. - … k czy to jest jakaś cholerna zamrażarka… na dole jak w piecu, a tu …k! ,… to przeczy logice.
Harison znał zasady funkcjonowania sprzętu AGD, a wśród nich starej jak świat lodówki. Przede wszystkim pamiętał, że prototyp chłodziarki został skonstruowany przez australijskiego wynalazcę, przez mało znanego odkrywcę, Johna Harrisona. Gdy się pierwszy raz o tym dowiedział był dumny ze swojego nazwiska w zestawieniu z tak popularnym sprzętem znanym na całym świecie. Potem jednak, z czasem gdy zaczął patrzeć na biały przedmiot ustawiony w kuchni, do którego każda gospodyni domowa zagląda codziennie po kilka razy, dziękował Bogu, że lodówka nie przyjęła nazwy Harison. Dziękował, także, że koledzy w agencji nie przezwali go dla żartu icebox lub frigde, stanowiący skrót od refrigerator.
Steve przypomniał sobie historię pojawienia się pierwszych chłodziarek na rynku, który datowano na rok 1862. Był jednak rok 2010. Zamrażarka w jakiej obecnie znajdował się, znacząco odbiegała budową od urządzeń objaśnianych na wykładach, przez profesora Makeityourself, znanego autora scenariuszy filmów rysunkowych o pomysłowym tytule: „Clever Goodboy”.
Odświeżając przegrzaną i zarazem zmrożoną pamięć, Harison zobaczył w wyobraźni, schemat narysowany przez profesora Makeityourself. Typowy układ chłodniczy na tablicy, składał się ze skraplacza, elementu dławiącego, parownika, i na koniec ze sprężarki. Źródłem napędu był prąd lub agregat. Szukając analogii, do obecnej sytuacji, Harison w myślach poddał szczegółowej analizie pomieszczenie, w którym przebywał. Zrozumiał, że parownikiem musiał być, parter domu. Ponieważ podczas emisji czynnik chłodzący wrze, na dole powstała wielka sauna. Na ścianach nagromadzone ciepło próbując odparować na zewnątrz budynku skraplało się w wodę. Elementem dławiącym niestety okazały się nieprzystosowane płuca, które nie dając sobie rady z ilością dostarczanego powietrza, występującego w formie pary, zwiększały ciśnienie krwi w żyłach. Dlatego też zaraz po wejściu do domu, na przedramionach Harisona zarysowały się sinoblade pręgi. Potem pojawiły się na twarzy, barkach i nogach.
Tylko gdzie jest ten agregat? – nie mógł znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Dalej rozważał – mniejsza o to… może na słońcu! Tylko do cholery … brak odprowadzania dostatecznej ilości spalin może doprowadzić to przegrzania i samo zniszczenia urządzenia… czyli w rezultacie mnie…!
Harison miał nadzieję, że do tego czasu zdąży przeszukać cały dom.
Ponownie zmarszczył brwi, gdyż wyobraził sobie przeobrażenie zamrażarki w wielki mikser, we wnętrzu którego zaczęło wirować śmiertelne ostrze.
Trudno określić jak długo nasz bohater tkwił na rozmyślaniu i ocenie własnych możliwości związanych z przetrwaniem w obliczu rozpędzonego noża. W każdym razie w suficie, przy sklepieniu, znajdowało się jedno małe okno, które z wielkim zamarzniętym płatem śniegu blado oświetlało przestrzeń. Harison stał na środku z wyciągniętą przed sobą ręką, zaciśniętą w pięść. Drugą miał przyciśniętą do brody w celu ochrony szczęki. W ten sposób chronił się przed ewentualnym atakiem agresora. Nawet gdyby ktoś próbował go zranić, nie dałby rady zrobić żadnego uniku, gdyż całe ciało powoli zamieniało się w wielki sopel.
Znów się skoncentrował i zaczął jak przy ekstremalnych ćwiczeniach w bazie, dogrzewać od środka swoje ciało. Skupił się na pracy serca, wyobrażając sobie ciepło, które miarowo rozchodziło się po całym ciele.
Harison rozejrzał się dookoła. Nie było żywej duszy poza jedną sztuczną, wypchaną trocinami. Mały koń na biegunach lekko chybotał się z boku na bok, tak jakby ruchem przywoływał jeźdźca do siebie. Gość nie skorzystał jednak z małego siodła. Obok stał wielki kufer. Harison podszedł i otworzył wieko. W środku znajdowało się mnóstwo zakurzonych zabawek, wśród których w nieładzie leżały lalki, misie i na wierzchu jakiś wypłowiały zeszyt. Zaczął przeglądać kartki.
- to musi być jej pamiętnik – buchając parą, zatrzymał spojrzenie przy jednym zapisie. Przewrócił kolejną i doszedł do miejsca gdzie charakter pisma był bardziej dojrzały, nie jak poprzednie pisane dziecinną ręką.
Zaczął czytać, dygocząc z zimna
Kochany Harisonie
Długo na Ciebie czekałam. Nie wiem gdzie jesteś i czy kiedykolwiek do mnie przyjedziesz. Wiem, że jesteś wytworem mojej wyobraźni, i dlatego przestałam się już łudzić. Mój ojciec pół roku temu zginął podczas nurkowania. Jak dziś pamiętam jego wylęknione oczy. Przed śmiercią, gdy wyjrzał ostatni raz z wody mówił, że coś znalazł na dnie. Jakąś grotę lub przejście… nie dokończył. Potem gdy azot zniszczył mu płca, opadł z powrotem w głębinę. Odbijając się od burty łódki, na której siedziałam, ostatkiem sił, wyszeptał, że muszę natychmiast opuścić rodzinny dom. Chciał abym uciekła w głąb lądu do miasta i pod żadnym pozorem nie zbliżała się do zatoki. Myślę, że mój ojciec majaczył… - dalej tekst był nieczytelny, zmoczony kroplami. Harison ominął kilka linijek - … ale nie mogę tu już teraz sama mieszkać… czuję się opuszczona, bez życia, rzucona na pastwę własnych myśli. Może kiedyś znajdziesz ten pamiętnik. W głębi serca wierzę, że istniejesz naprawdę, że nie jesteś wytworem mojej wyobraźni.
Jeśli kiedyś przeczytasz moje wyznanie pamiętaj, że czekałam na ciebie do końca moich dni. Nigdy nikogo tak nie kochałam jak ciebie, wiem, że jesteśmy sobie przeznaczeni.
Twoja, na zawsze Margerita.
Był to ostatni zapis w pamiętniku. Harison zamyślił się.
Przeglądając dalszą zawartość kufra, zgrzytając z zimna zębami, odnalazł pożółkłą fotografię. Był na nim mężczyzna, który bliźniaczo przypominał młodego Harisona. Odwrócił oszronioną skrzynię na bok i zaczął obmacywać drobne pęknięcia. Odłupał fragment.
– co to jest u licha!
Postawił kufer na podłodze i z wielką siłą zmiażdżył od góry nogą. Na zgliszczach leżała pożółkła kartka złożona na cztery części. Rozłożył ją. Rozpoznał, że była to stara mapa z zaznaczonym miejscem w zatoce. Ogrzewając ręce jeszcze ciepłym oddechem, chwile poprzekładał w jedną to w drugą stronę wszystkie rogi, próbując dopasować prawidłowe ułożenie mapy, tak aby była zgodna z kierunkami geograficznymi świata.
- Jezu! – wykrzyknął dławiąc się zbyt dużą ilością nie ogrzanego powietrza, które w ułamku sekund zmroziło płuca. Uspokoił się i zamyślił - … ah to tu jest to cholerne wejście…to dlatego wcześniej wszyscy zginęli!
Zwinął mapę i wsunął do tylniej kieszeni spodni. Trząsł się jak galareta doznając pierwszych symptomów szoku termicznego spowodowanego nagłym wyziębieniem organizmu.
Zszedł po schodach i znów uderzył go piekielny gorąc.
… k … - znów zaklął - czy w końcu może ktoś wyłączyć prąd w tym piecu … lub jak kto woli lodówce – wydarł się na całe gardło odzyskując w strunach mowę.
Jeszcze raz dokładnie obszukał cały dom. Dziewczyny nigdzie nie było. Zaczął rozważać - … a może, ktoś ją porwał … Boże nie! – tragiczna myśl wtrąciła się w zdanie – Boże tylko nie to …. ona musiała wypłynąć w morze i …
Poszedł jeszcze raz do sypialni i szybko zaczął przeszukiwać rzeczy. - Jest, … cholera jest ten cholerny kostium, w którym wyszła rano na plażę! – przypomniał sobie kiedy ostatni raz, przy śniadaniu, widział Margerity duży dekolt, skryty w czerwonym staniku - A więc musiała tu na pewno wrócić, z plaży i zostawić, … a wiec gdzie u licha jesteś… daj mi jakiś znak… proszę cię… – upalnym tonem wyszeptał do pustego pomieszczenia. Śpieszył się.
Gdy już miał wychodzić nagle jedna z desek skrzypnęła. Zwrócił wzrok w stronę stołu, na którym leżał dzban z porozrzucanymi dookoła kwiatami. Podążył w ślad za ściekającą wodą i dotarł do krawędzi blatu. Rozlana kałuża kapiąc na podłogę szybko znikała pomiędzy szczelinami.
- piwnica! … tak tam jeszcze … - urwał, gdyż ostatnia kropla dopadając podłoża, przerywała monotonny rytm stukania próbując zachować milczenie.
Harison podjął ostatnią próbę przeszukania domu i odnalezienia powodów zniknięcia dziewczyny. Nie pozostało mu zbyt wiele czasu. Wyraźnie widać było nabrzmiałe żyły na tętnicach szyjnych, które nie były już w stanie rozprowadzać po organiźmie odpowiedniej dawki tlenu.
Przebijając się przez zwały gorącego powietrza, Harison stanął na wprost niewysokich drewnianych drzwi, których futryna była na wysokości klatki piersiowej. Obmacał od góry podręczną półkę i wyjął latarkę. Stwierdził, że blado świeciła.
- k … wykończy mnie ten upał – waląc dłonią o wierzch latarki próbował pobudzić wypalone ogniwa. Kropla potu spadła na szkło, a później następna. - k…
Przychylił głowę i zrobił krok. Zachybotał się nad długim zejściem, jednak w ostatniej chwili złapał równowagę przytrzymując się ręką o ścianę. Schodami powoli zszedł na dół.
W piwnicy było dziwnie normalnie. Jedynie wyczuwało się w powietrzu zatęchły smród wilgoci. - … widocznie ...– swobodnie wzdychając sam do siebie powiedział - … tu wyłączyli prąd … lub agregat nie sięga swoją mocą – i zaczął omiatać światłem fragmenty odrapanych ścian. Nagle obok starej szafy zobaczył dziwną przykucniętą postać, która miała zasłoniętą głowę. Żarówka dawała z siebie maksymalną moc. – … szkoda, że pożółkłą – westchnął.
Z dziesięciu metrów, postać wyglądała tak jakby miała na głowę założony worek. Szybko podszedł do niej. Z bliska zauważył, że twarz zakrywały długie ciemne włosy. Odgarnął je na bok, zaczesując większą część w kierunku ściany. Z nad opuszczonej brody przyciśniętej to piersi, zobaczył trzęsące się sine wargi. Położył dłoń na czole dziewczyny i odchylił głowę do góry. Spojrzał w oczy. W źrenicach, ujrzał przerażenie i strach przed czymś co mogło sprawić migotanie komór serca doprowadzając świadka lub ofiarę do ataku serca. Sprawdził tętno. Było nienaturalnie podwyższone. Margerita patrzyła przed siebie jakby straciła świadomość.
- …w i d z i a ł a m ... j ą! – wybełkotała omdlewając w ramiona Harisona. |
|
Komentarzy:
4
|
|
PART 28
2007-11-16
|
Harison odprowadził Okleya do wyjścia i na pożegnanie uścisnął mu dłoń. – jesteśmy w stałym kontakcie, sierżancie, do zobaczenia!
Do zobaczenia! – usłyszał w odpowiedzi.
Harison wsiadł na rower i udał się w kierunku szosy. Gdy upewnił się, że Okley odjechał samochodem na tyle daleko, że nie mógł go zobaczyć we wstecznym lusterku, zakręcił kierownicą i cofnął się do bramy cmentarza, którą przed momentem przekroczył. Zsiadł z roweru i ukrył go w krzakach. Następnie poszedł w głąb alejek mijając ciasne rzędy poustawianych krzyży i licznych nagrobków.
Cmentarz założono w XVIII w. Władze miasteczka Chambre, które sprawowały opiekę nad tym miejscem w połowie lat sześćdziesiątych postarały się aby cmentarz został wpisany w rejestr zabytków. Niestety pieniądze z dotacji, otrzymane na remont, mer miasta przeznaczył na rozbudowę ratusza i powiększenie swojego gabinetu. W ten sposób nieunikniony upływ czasu dokończył dzieła zniszczenia sprawiając, że wiele nagrobków pozapadało się w ziemię. Niezliczone krzyże pod naporem wichur, poprzechylały się we wszystkie możliwe strony świata. Gdzieniegdzie, leżące wiązanki uschniętych kwiatów stanowiły ostateczny dowód zapomnienia i braku litości mieszkańców, nad zmarłymi duszami.
Harison gdy znalazł się w środku wielkiego obumarłego z pamięci cmentarza, przy alejce siódmej, obok chylącej się z płaczu topoli, skręcił w prawo i po paru krokach stanął na wprost niewysokiej kaplicy. Lewa ściana budynku była osunięta pół metra w ziemię, prawa próbowała trzymać fason podtrzymując przekrzywiony stromy dach. Harioson przypomniał sobie moment, jak przed paroma laty z odrysowaną mapą, przeszukiwał tego odosobnionego w wyglądzie miejsca.
Obok, na szarym grobie, na tablicy widniała niewyraźna fotografia starszego pana o sympatycznym wyglądzie. Pod nią Harison odczytał imię Gustaw Perolli, zmarł w 1872. Dokładniej jeszcze raz odczytał napis. Uśmiechnął się – … witam szanownego Pana ! – następnie kopnął ławeczkę, na której odwiedzający mogli odnaleźć ukojenie po stracie bliskiej osoby.
Harison stanął na wprost grobu, następnie przyklęknął jakby chciał pomodlić się za duszę zmarłego, jednak zamiast złożyć ręce do pacierza, wsunął jedną dłoń w szczelinę. Chwycił obiema rękami betonową płytę przykrywającą grób Perolliego. Zaparł się nogami na przeciwległym podeście, który służył, jako dodatkowy punkt podporu dla napierającego ciała. Widać było, że miejsce zetknięcia rąk i stóp z betonem było wyraźnie wytarte z mchu, który pokrywał równomiernie większość grobów. Każdy mięsień na ręku mężczyzny zarysowywał dokładnie przedramię. Bicepsy napięły się do ostatniego włókna, czyniąc z rąk potężny lewar. Wieko pod naporem siły zgrzytnęło, otwierając wejście do niewielkiego korytarza, z którego strome schody prowadziły w głąb ziemi. Łuna światła wbiła się w środek dziury próbując rozświetlić czarną przestrzeń.
Harison obmacał grób i z ukrycia wyjął latarkę. Sprawdził stan naładowania ogniw. Pomimo iż alkaiczne połączenia baterii przez dwa miesiące były narażone na kapryśne warunki atmosferyczne, żarówka nadal dobrze świeciła. Harison jeszcze raz podniósł się z kolan i rozejrzał w poszukiwaniu intruzów. Nikogo nie było. Stanął na progu zejścia oświetlając pod stopami drogę. Ostrożnie postawił pierwszy krok, drugi, trzeci aż do siódmego. Gdy wieko grobowca znalazło się na wysokości głowy, oparł barki o betonową płytę i zasunął ją za sobą. Gdy ostatni centymetr pozostał zakryty szczelną czaszą, w korytarzu zapanował mrok. Serce Harisona miarowo biło, a tętnice nie podniosły ciśnienia krwi nawet o jeden stopień. Lekko drgający snop światła, rozświetlał czarną i zatęchłą przestrzeń.
Gdy oczy Harisona przyzwyczaiły się do ciemności, zaczął pewnie podążać w dół. Dobrze znał położenie każdego stopnia dlatego pomimo nierównych uskoków, nie tracił równowagi. Kilkanaście schodów wykuto pośpiesznie bez zachowania proporcji, powstały jednak nie po to aby cieszyć wzrok, raczej po to aby ich użytkownik mógł sprawniej dojść do celu, bez użycia liny.
Po około 20 krokach Harison poczuł pod stopami twarde podłoże. Skierował latarkę przed siebie i pociągnął snopem, który oparł promień o ściany niewielkiego pomieszczenia. Harison znajdował się w starej krypcie, która w okresie zimnej wojny była miejscem nadawania meldunków przez szpiegów. Po rozbiciu Muru Berlińskiego schronienie to przez lata stało bezużyteczne, aż do czasu odnalezienia galeonu na dnie zatoki. Obawiając się zbyt dużego rozgłosu, agencja zaanektowała kryjówkę do swoich celów.
Harisona obmacał ścianę i odnalazł włącznik. Z góry zaświeciła blada żarówka. Harison zrobił parę kroków i usiadł za biurkiem. Po chwili na wprost twarzy mężczyzny zapalił się okrągły zielony monitor, taki sam jaki używany jest na łodziach podwodnych. Był to mały radar połączony drogą radiową z satelitą z NASA. Mały, drgający punkt wisiał na ekranie poprzecinany liniami poziomymi i pionowymi, które wyznaczały współrzędne statku ukrytego na dnie zatoki.
Harison wyjął notes. Zaczął odczytywać z ekranu liczby, a następnie połączył je z zapisanymi na kartkach cyframi. Szepnął do siebie. – tak dokładnie ... za cztery dni i 12 godzin muszę być na dnie, wtedy powinno się udać...
Wyjął nadajnik, założył słuchawki. Alfabetem morsa zaczął wystukiwać szyfrogram.
Nie mogę wrócić ….stop …. muszę jeszcze raz zanurkować … stop … wszystko przygotowane do ostatniej próby …stop… wiem gdzie jest wejście na dnie uskoku… stop… za cztery dni nurkuję …stop… teraz odpoczywam na plaży… stop…pozdrówcie żonę… stop – Harison zamyślił się - … jutro nasza rocznica … stop …. Podarujcie jej bukiet 10 róż … stop … ode mnie … stop …czerwonych … stop … takie jakie lubi …stop … odbiór
Harison odczekał chwilę. W słuchawkach usłyszał znajome pikanie
… nie szalej draniu … stop – Harison rozpoznał po drugiej stronie oceanu, starego przyjaciela, który od lat tak go nazywał - … w tobie ostatnia nadzieja… stop…uważaj na topielicę… stop… kwiaty sam osobiście dostarczę … stop…. bez odbioru
--------------------------------------------------------------
Po 20 minutach Harison pedałował na rowerze wzdłuż asfaltowej drogi. Nagle w oddali, za długim zakrętem, zobaczył mały punkt, który błysnął. Promień słońca oświetlił przednią szybę samochodu tworząc świetlny refleks. Harison zeskoczył z roweru i ukrył się w dole przeciwpożarowym. Wyjął z kieszeni małą lunetę. Przyłożył okular do oka. W wizjerze zobaczył trzy postacie jadące terenowym samochodem. Na przednim siedzeniu, za kierownicą, siedział znajomy grubas. Kapral nic nie mówił, zachowywał się tak jakby całkowicie był skoncentrowany na kierowaniu lub tak, jakby czegoś panicznie się bał.
Harioson gdy Jeep zbliżył się na odległość 300 metrów zauważył na tylnim siedzeniu dwóch wielkich i posępnych mężczyzn ubranych w czarne garnitury.
Westchnął – już są Czyściciele … zabawa się skończyła.
Gdy samochód przemknął obok leżącego w rowie Harisona, ten zniżył głowę próbując dokładniej schować się w nasypie ziemi. Odczekał chwilę. Wstał. Otrzepał pył z nogawek i z koszuli. Wsiadł na rower i jakby przeczuwając niebezpieczeństwo energicznie zaczął pedałować w stronę plaży. Chciał jak najszybciej znaleźć się blisko Margerity. |
|
Komentarzy:
5
|
|
PART 27
2007-11-12
|
- Sierżancie! – zawołał Harison
- Tak! tak , słucham! - odpowiedział Okley rozglądając się nerwowo dookoła – gdzież u licha pan jest?!
- Tutaj z tyłu za panem!
Okley odwrócił się i zobaczył kilka rzędów poustawianych nagrobków. Zdezorientowany znów zapytał – …ale gdzie się pan schował?!
- zanim się ujawnię proszę rozpiąć marynarkę i wysunąć przed siebie obie ręce
- Sprawdza mnie pan?
- Nie… ale wolę zapobiegać!
Okley stanął w lekkim rozkroku rozpiął dwie poły swojej marynarki i wyciągnął ręce przed siebie. – zapewniam pana, że nie mam nic do ukrycia. – spolegliwie żachnął w stronę dochodzącego głosu.
Z piątej alejki za nagrobka Suzi Szelenbach po chwili wyłonił się Harison. Stojąc ponad granitowym grobem położył rękę na posągu i poklepał go – dziękuję szanownej pani za schronienie – podziękował kobiecie jakby znali się od wielu lat z częstych wizyt na cmentarzu.
Podszedł stanowczym krokiem do Okleya i witając się dokładnie obmacał plecy sierżanta. – przepraszam pana ale muszę zachować ostrożność.
- tak rozumiem
- czy ktoś wie o naszym spotkaniu – przezornie zapytał Harison
- nie, nikomu nie mówiłem nawet aspirantowi ... tak jak pan napisał
- to bardzo dobrze! …a tak na marginesie jestem Harison
- bardzo mi miło – sierżant zamyślił się – … ja nie muszę się przedstawiać ale dla przypomnienia… mów do mnie Okley
Harison uśmiechnął się i jeszcze raz uścisnął dłoń sierżanta, a następnie przeszedł do setna - poprosiłem o spotkanie gdyż mam bardzo ważną sprawę !
- zrobię co będzie w mojej mocy … ale nie wiem czy będę mógł w czymś pomóc?
- Na pewno dasz sobie radę... wiem , że żadna mysz się nie przeciśnie w miasteczku bez twojej ingerencji – Harison spojrzał głęboko w oczy Okleya - … otóż chodzi o Margeritę?
- Czy mam ją zaaresztować!
- Nie! …choć może i faktycznie w więzieniu byłaby bezpieczniejsza niż tu na wolności.
- Czy coś jej grozi? – z troską zapytał Okley
- Teraz jeszcze nie ale za pięć dni gdy zanurkuję może się wiele zdarzyć
- Co masz na myśli?
- Nie mogę powiedzieć … - w tym miejscu Harison przygryzł lekko język i przyłożył wskazujący palec do ust - … rozumiesz tajemnica, jeśli powiem będziesz przeciwdziałać
- no właśnie - odparł Okley - w końcu jestem policjantem
- nie chodzi o mnie - uspakajał Harison - .... ja sobie dam radę … ale Margerita do mojego powrotu musi być pod stałą ochroną!
Okley próbował się coś więcej dowiedzieć - … a co wybierasz się na dłużej?
- ...nie wiem obawiam się, że tak! Muszę założyć nawet najgorszy scenariusz może nawet na kilka lat, albo na zawsze … ale nie mogę o tym teraz mówić … może po powrocie … – Harison uśmiechnął się od ucha do ucha – … ale spokojnie, zamierzam wrócić jakby co! – na koniec upewnił zdziwionego sierżanta.
- Zrobię co będzie w mojej mocy … zaopiekuję się nią jak ojciec!
- Dziękuję! Sierżancie tylko jest jedno ale?
- Ale … Nie rozumiem?
- Ona nie może o tym wiedzieć, że rozmawialiśmy ze sobą, nie wiele wie o mojej misji! Będzie wiedziała tyle ile uznam za stosowne czyli prawie nic!
- Dlaczego jej nie powiesz całej prawdy?
- Wiesz jakie są kobiety… mogą posunąć się do najgorszego aby odwieść mężczyznę od realizacji planu
- Wiem… wiem … dziurawa butla … albo zrzucony głaz na głowę!
- Hm to już wiesz?!
- Harison! … nie jestem głupcem! – wykrzyknął sierżant - Odciski palców na kamieniu wskazują na jednego sprawcę!
- Hm … ale mam nadzieję …
- Spoko! To będzie sprawa uznana jako nieszczęśliwy wypadek… jakby co, też nie lubię Nazistów! Mój dziadek w czasach II Wojny Światowej służył w Resistance!
- … a w ruchu oporu! – Harison pochwalił się dobrą znajomością historii.
- Tak dokładnie! – dumnie Okley wypiął pierś do przodu
- … a więc – znów roześmiał się Harison – wszystko powinno być dla ciebie jasne … musisz działać jak wywrotowiec, z ukrycia atakować wroga, musisz ją chronić bez ingerencji w jej życie!
- Ale to jest dość trudne!
- … wiem, twój ojciec służył Francji atakując wroga z lasu… ty teraz musisz służyć Światu chroniąc Margeritę na plaży! – Harison wywierał wpływ uderzając w patriotyczną nutę - dlatego proszę ciebie o pomoc,… jesteś doświadczonym gliniarzem – pomacał się po szczęce - …wiesz o co mi chodzi?
- Wiem! wiem! – zapewnił sierżant - … bez zbytnich ceregieli i bez dokumentów … jak w partyzantce
- Dokładnie tak! … gdy wrócę solennie ciebie wynagrodzę.
- Mniejsza o mnie …. A powiedz, dlaczego Margerita jest taka ważna dla ciebie?
Harioson spojrzał przed siebie i zawiesił wzrok na przypadkowym nagrobku – ona! , właśnie ona! – podkreślił i zamyślił się.
Okley ze względu na dużą dawkę środków przeciwbólowych, które niekorzystnie wpłynęły na trzeźwość umysłu, podszedł do tablicy nagrobnej, w którą wpatrywał się Harison. Przybliżył twarz i odczytał głośno literując - Jacklin Bojou… - reszta liter była niewyraźna jakby zatarta upływem czasu –…hm rok 1856 – dokończył kwestię. Po przeliczeniu lat zmarłej kobiety dodał – trochę stara!
- sierżancie … mam na myśli Margeritę rok urodzenia 1979 – zdziwiony Harison wtrącił
Okley oderwał wzrok od napisu– o przepraszam … myślałem, że o tę babcię chodzi z nagrobka!
- nie o nią … raczej o Margeritę
- co z nią jest nie tak?!
- Nie żyje!
- Margerita? – zdziwił się sierżant
- Nie ta Bojou … z roku 1856 – odpowiedział Harison
- A Margerita?
- Ma się dobrze, … to raczej ze mną powstał problem!
- Z tobą? – Okley spojrzał na rozmówcę
- Tak ze mną! … zrobiłem najgorszą rzecz w swoim życiu, od której nie ma już odwrotu!
Okley patrzył ze zdziwieniem na Harisona, który kontynuował – … nie powinienem i stało się … bo widzisz drogi Okleyu … gdy ją pierwszy raz zobaczyłem na tarasie coś zrozumiałem … potem ten cholerny radiowóz jej ramię przyparte do mojego i długie włosy … - Harioson rwał zdania wyrwane z kontekstu historii – potem to wino na festynie i wieczorne rozmowy … a potem … jakby to powiedzieć długa noc, w której … która … po której …. Nie wiem czy powinienem to mówić ale … ja się zakochałem w tej dziewczynie na umór … po same uszy! … jeszcze nigdy nikogo tak… - zabrakło myśli
- Aaaa… rozumiem teraz wszystko! – sierżant uśmiechnął się – …nie martw się Harison obiecuję, że zaopiekuję się nią do twojego powrotu będę jak jej ojciec, matka i brat … jak trzy w jednym, będę head and shoulders na jej głowie, jak kostka do zmywarek z nabłyszczaczem, solą i środkiem do mycia naczyń, jak …
- Już dobrze sierżancie! – Harison wciął się w połowie zdania, obawiając się zbyt dużej ilości oglądanych reklam przez Okleya - …z góry dziękuję! … i … hm … do tego koncertu życzeń chciałbym dorzucić jeszcze jedną małą prośbę!
- Zamieniam się w słuch!
- Dzisiaj w zamku będzie mały piknik,... taki mały bal,... proszę dopilnować aby nikt nie zbliżał się z miasteczka do ruin… mam tam mały fajerwerk do odpalenia!
- Ma się rozumieć! – zaśmiał się szyderczo Okley – … fajerwerk bardzo wybuchowy!
- Raczej bardzo popędliwy!
|
|
Komentarzy:
8
|
|
PART 26
2007-10-28
|
Margerita otworzyła oczy. W pierwsze zaspane spojrzenie skryło się w ciemności gdy po chwili jej wzrok się oswoił, rozpoznała znajome kształty. Była w sypialni. Najpierw z prawej strony odnalazła szafkę nocną, ze stojącą lampką z czerwonym abażurem. Od niej łukiem, w lewo podążyła wzdłuż ściany, na której odnalazła kontury starego osiemnastowiecznego zegara. Na pożółkłej tarczy nie mogła rozszyfrować godziny było zbyt ponuro. Zapomniała, że od kilku lat przestał chodzić. Dalej prześlizgnęła spojrzenie i zatrzymała wzrok na kilku niewyraźnie świecących kreskach. W niewielkich szczelinach okiennicy, promienie światła próbowały przedostać się do środka pokoju.
- … która to może być godzina? – leniwie przeciągając się westchnęła.
Odwróciła się na drugi bok, na łóżku nikogo nie było. Jakby dla pewności wyciągnęła rękę i dotknęła ciepłego prześcieradła. Harison niepostrzeżenie ulotnił się w bliżej nie określonym kierunku. Nie pamiętała aby zostawił dla niej jakąś wiadomość. Na pewno by pamiętała, miała zawsze czujny sen. Pomyślała – … masz duży minus Harison! … bardzo duży! – pokazała pierwszą żółtą kartkę z ostrzeżeniem. – ...tak się nie robi! – na jej twarzy zagościł smutek. Przecież nie była wymagająca, wystarczył przyklejony na śpiących ustach pożegnalny pocałunek, przy okazji wypowiadanych kilku słów „ do zobaczenia!… nie martw się! … wrócę! …ty tymczasem śpij dobrze! … ”. Wystarczyło tak niewiele aby Margerita mogła poczuć bezpieczeństwo i komfort rozespanych myśli zaraz po przebudzeniu. – czy żądam tak wiele… – westchnęła - a może to nie przystoi prawdziwemu macho!
Znów się przeciągnęła. Łóżko wydało z wnętrza ciche pojękiwanie. Wtedy ogarnął ją większy niepokój gdyż zorientowała się, Harison zniknął bezszelestnie pomimo, iż sprężyny łóżka przy każdym głębszym ugięciu ciała wydawały przeciągłe skrzypnięcie. – … a więc to tak? - Zrozumiała, że jej kochanek był fachowcem w opuszczaniu śpiących partnerek, tak aby przypadkiem nie narazić się, na niepotrzebne tłumaczenie przyczyn nagłego odejścia. Ogarnięta wątpliwościami, miała nadzieję, że nie dołączy do grupy wykorzystanych naiwnych kobiet, których Harison musiał pozostawić tak wiele – …oh Steve mam nadzieję, że nie okażesz się draniem…. – wyraźniej spojrzała w promienie, które blado cięły ciemną przestrzeń pokoju. - Są takie jasne? - zmyśliła się - … tylko dlaczego tak mnie porzuciłeś …?
Ugięła kolana i podciągnęła do brzucha. Bez celu wpatrywała się przed siebie po czym zaczęła liczyć szpary w okkienicach. - pierwsza, druga, trzecia, czwarta - przy piątej dopadły ją wyrzuty sumienia - … czy zrobiłam coś źle?… a może nie powinnam się martwić, może zwyczajnie mocno spałam i nie słyszałam? …- odpychając od siebie najgorszy powód samotności, w rozkojarzeniu, zaczęła tłumaczyć Harisona – …tak!…musiałam coś zrobić źle! … to moja wina! … - dalej klucząc w myślach straciła do końca pewność - Boże, a może to był tylko erotyczny sen…. Może to wszystko nie wydarzyło się naprawdę… może on był tam, a ja tu w drugim pokoju …. – rozważała różne możliwości swojego udziału w tym co wydawało się, po pierwszym świadomym porannym oddechu, naprawdę zaistnieć. Była zdezorientowana i oszołomiona wspomnieniem, które nie dawało o sobie zapomnieć. – uspokój się! … przestań zatruwać się z samego rana!.
Położyła rękę na podbrzuszu. – …ale nawet jeśli to był mój najpiękniejszy sen, … to skąd to przyjemne łaskotanie w moim … - mocniej przycisnęła rękę wsłuchując się w rytm swojego tętna. Nie miała wątpliwości. Głębiej westchnęła – Boże! … to jednak naprawdę się wydarzyło, on tu był ….i … - niehamowana wstydem, przypomniała sobie konfigurację miłosnej wędrówki na ostatni szczyt Manaslu pod czas gdy przejęła kontrolę nad wyczerpanym partnerem. O poprzednich, stokach wolała nie myśleć.
Zamknęła oczy. Naciągnęła wyżej koc jakby próbowała schronić wspomnienia, aby zachować je jak najdłużej w azylu bezpieczeństwa. W międzyczasie, w wyobraźni, przeskakując z jednej myśli na drugą, próbowała poskładać nieskomplikowaną łamigłówkę łudząc się, że to co wydarzyło się ostatniej nocy nie było końcem jej miłosnej przygody z Harisonem. Próbowała zachować rozsądek i umiar w ocenie sytuacji w jakiej się znalazła. Trzymając zaciśnięte powieki, gdy zahaczyła o szczyty K-2 i Annapurna mimowolnie uśmiechnęła się do siebie. Trwała w skupieniu, zanurzona w miłosnej kąpieli wspomnień. Przy kolejnym głębszym oddechu pod koc znów wskoczyło zawahanie i dotknęło dłoni. Dreszcz smutku spłynął po palcach i osiadł na skórze. Lekko trzepoczące skrzydła motyli muskające od środka brzuch Margerity zatrzymały się. – …a jeśli już Steva nie ma , … a jeśli odszedł i pozostawił mnie na pastwę spełnionego marzenia… ale to było tylko jedno z wielu! … przecież mieliśmy!… razem! …we dwoje! … - rozterki nie dawały spokoju. – Boże i co ja teraz zrobię … było mi tak dobrze z tobą… .
Nagle za ścianą domu zaczęły dochodzić dziwne szmery. Margerita otworzyła szeroko oczy i silniej zaciskając w pięściach koc, nadsłuchiwała, próbując rozpoznać intencję czyichś odgłosów. Ktoś powoli zdjął sztabę z okiennicy. Oparł metalowy przedmiot o ścianę domu. Nagle dwa okna otworzyły się na oścież. Spod parapetu wyskoczył uradowany Harison
- Dzień dobry o poranku! – przywitał rozkosznie ciemnowłosą piękność - wstawaj … dochodzi godzina 11, mamy piękny dzień!
Wszystkie motyle znów zaczęły trzepotać skrzydełkami, muskając końcami od wewnątrz skórę Margerity.
- Boże on jest! jest mój kochany Harison! – z ulgą w myślach szepnęła, a następnie jak gdyby nic się nie wydarzyło odpowiedziała – dopiero 11! … tak wcześnie może jeszcze godzinkę … - nie chciała pokazać, że nie obecność ukochanego przed momentem wywołała tak wielką falę smutku.
- O nie wstawaj! Nie czas i pora na wylegiwanie , mamy misję do spełnienia, już jedną, a raczej kilka … w nocy! … dogłębnie spełniliśmy …- i zaczął się radośnie śmiać, a następnie zniknął pozostawiając w oknie odgłosy wesołego pogwizdywania utworu Queen-ów, o powtarzających się w refrenie słowach „Living On My Own”
Margerita zamyśliła się – dlaczego mężczyźni zawsze gdy już to się stanie zaczynają zachowywać się jak nasi władcy … a właściwie co za różnica! … tylko! … no właśnie ten jego ton … wstawaj! … i co miało znaczyć stwierdzenie „ spełniliśmy dogłębną misję, a raczej kilka”? – jej ręka spoczywała cały czas na podbrzuszu. – … no ale w sumie … faktycznie były bardzo dogłębne… - Nagle pod rozespane powieki wskoczyła przekora - … a ja właśnie, zamierzam całe popołudnie spędzić w łóżku i nie zamierzam ulegać nikomu, a zwłaszcza rozkazom i … - ciąg myśli urwał się gdyż Harison już z salonu zaczął ponaglać
- Margerita wstawaj!
- Dobrze… jeszcze troszeczkę tu mi dobrze! – zapomniała o wcześniejszej obietnicy, która w zetknięciu z tembrem głosu Harisona uleciała za okno.
- Jeśli za chwilę nie przyjdziesz to sam po ciebie pójdę – dał pierwsze ostrzeżenie
- Już idę! – oświadczyła , poczym zmyśliła się – … w życiu tam nie pójdę, nie zobaczy mnie nagą po tym co wyrabialiśmy w nocy … o nie za żadne skarby tam nie pójdę – położyła dłoń na piersi. Chciała ją ukryć, na drugą nie starczyło łokcia – … wolę być tu, choćby do końca moich dni.
- Margerita! … nie ociągaj się! …. tylko choć na śniadanie! - ponaglał
- Zaraz! Jeszcze chwilkę! – odpowiedziała. Pod kocem dalej rozważała – wstawaj! wstawaj! – na początek próbowała Harisona szorstkim tonem przedrzeźniać, potem jej głos wewnętrzny stał się bardziej łaskawy - … Łatwo powiedzieć wstawaj… a czy nie widzi mój misjonarz, że jestem w potrzasku - zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu ratunku – tylko gdzie jest ta czerwona sukienka?! …- zadała sobie kilka pytań - … w którym momencie zsunęła się z ramion na podłogę? … czy jeszcze przed pierwszym? …. czy może ostatnim, hm …. tym najdłuższym,.... z najkrótszych pocałunków? – co wskazywało, że musiała ich być niezliczona ilość - … a może wtedy gdy obejmował mnie wpół i … - wolała dłużej nie wspominać gdyż delikatny dreszcz rozszedł się po całym ciele. – stop! … Muszę się bardziej skoncentrować na szukaniu niż … przeżywaniu…. bo daleko tak nie zajdziemy kochaniutka! - Margerita wychyliła się z ponad łóżka i zaczęła wodzić wzrokiem po podłodze. - cholera nie ma jej nigdzie… no tak! … – nagle zdała sobie sprawę – do diaska!… została w salonie przy kominku …– doznała olśnienia - … to musiało być wtedy!…. Gdy zbliżył… a potem wsunął język do …. – urwała gdyż wstyd oblał czerwienią policzki – o nie! … - znów wskoczyła pod koc i naciągnęła wysoko materiał na brodę - ...nie idę tam za żadne skarby! …żeby nie wiem co! … i żeby …
- Margerita lubisz rzadszą czy gęściejszą jajecznicę!
- Rzadszą! - krótko oznajmiła, zamyśliła się - I co ja mam teraz zrobić, przecież nie będę tkwiła pod …
- Chleb z masłem czy suchy?
- Z pomidorem i masłem … poproszę! – odpowiedziała okryta po sam czubek nosa
- … to idziesz czy mam Ciebie przynieść?! - Harison stał się lekko zniecierpliwiony
- o nie! – krzyknęła – nie wchodź tu!
- Idę! – odpowiedział – …a jak już przyjdę, to wezmę ciebie na ręce i posadzę do stołu w tym czym się teraz okrywasz!
- nie błagam … daj mi jeszcze chwilę – ziewając odwracała uwagę zrzucając winę na niewyspany sen.
- Nie udawaj … - rozszyfrował intencję - … daję jeszcze pięć minut ! Słyszysz?!
- Dobrze! – krzyknęła - … tylko szukam sukienki!– próbowała odwrócić uwagę od istoty problemu. Znów dotknęła ręką podbrzusza. Przyjemny szmer rozchodził się po całym ciele – w końcu lepiej nie drażnić mojego tygrysa, bo jeszcze gotów będzie mi zrobić pierwszą awanturę miłosną….no dobra spróbujmy… raz kozie śmierć! … – nabierała odwagi w głosie –…tylko Steve! … odwróć gdyż muszę wziąć szybki prysznic, a z tego co widzę ubranie zostało w kuchni.
Harison zrobił z dłoni tubę i przyłożył ręce do ust. Jak dowódca na mostku kapitańskim przeciągle poinformował uroczego bezmajtka - Tak widzę na horyzoncie czerwoną sukienkę, leży przy kominku obok paleniska! – o czarnych stringach i wiszącym staniku na metalowym przyborniku nie wspomniał. Normalnym już głosem dokończył – ...tylko się pośpiesz bo w takim tempie za chwilę jajecznica będzie na twardo
- Zamknąłeś oczy?!
- Nie … odwróciłem się!
- Uwaga idę! … ale na pewno nie patrzysz?!
- Nie patrzę! mieszam nad patelnią!
- Idę!
Gdy Margerita wbiegła do kuchni Harison był odwrócony tyłem do drzwi, westchnął – ah te kobiety… wczoraj podarowała mi każdy fragment swojego ciała, a dzisiaj się mnie krępuje…. Ale faktycznie może lepiej widzieć przed sobą jeszcze rzadką jajecznicę niż … - wolał nie zagłębiać się w szybciej gęstniejącą myśl, w której na pierwszym planie wyłoniła się naga Margerita - … może to i lepiej – utwierdził się w przekonaniu - …bo czuję, że śniadanie może zakończyć się na kolacji w łóżku…,a wszystko przez to dzisiejsze cholerne spotkanie.
Margerita po krótkiej kąpieli siedziała na wprost Harisona. Przed sobą miała wielki talerz, na którym wygodnie ułożyła się żółciutka masa stworzona z pięciu jaj. Trzymając widelec w prawej ręce, szybko wkładała do ust kawałki lekko ściętej jajecznicy, zagryzając od czasu do czasu kromką chleba posmarowanej masłem z położonym od góry wielkim płatem pomidora. Nie mówiła zbyt wiele tylko z apetytem, między przełykanymi kęsami powtarzała – ale pyszna! – tak dla niepoznaki swojego zmieszania. Gdy oswoiła się do widoku uśmiechniętego od ucha do ucha Harisona, który w nieco wolniejszym tempie przegryzał swoją część śniadania, po odłożeniu widelca na talerz, Margerita spokojnie zapytała.
- to jaki mamy plan na dzisiejszy dzień?
- Ja muszę za chwilę jechać na spotkanie z Okleyem i odebrać szyfrogram z centrali… a Tobie proponuję w tym czasie odpocząć!
- Odpocząć! … a niby po czym? – zaczepnie zapytała. Pomyślała – o cholera nie mądra kobito! … przed momentem byłaś taka skrępowana, a teraz zaczynasz znowu prowokować sytuację…
- Odpocząć przed wieczornym balem! – spokojnie Harison odpowiedział – bo niby po czym?
- Przed balem?! – zdziwiła się. Na taką wersję nie była przygotowana
- Przed wielkim balem u Nazistów – powtórzył - ....ale szczegóły dopiero po moim powrocie.
- Super … nigdy nie byłam na żadnej takiej imprezie … czy mam poszukać w piwnicy skrzyni z granatami – zaczęła się śmiać
- Broń nie będzie potrzebna! będziemy tam incognito!
- Czyli w przebraniu?
- Tak dokładnie jak na bal maskowy przypadło!
Temat do rozmowy chwilowo się przerwał. W milczeniu, od czasu do czasu zderzając się wzrokiem, dopijali herbatę.
- może ciasta? – Margerita zapytała
- Nie dziękuję … ciężko jest pedałować z pełnym żołądkiem!
- Słusznie!
Znów chwile posiedzieli nie zdradzając na twarzy zmieszanych myśli.
- ładna pogoda! – Harison przemówił
- bardzo ładna!
- No to muszę już iść!
- Ok.!
Harison wstał od stołu. Poszedł w kierunku drzwi. Zamyślił się, a następnie odwrócił się i głośno powiedział
- O przepraszam … zapomniałem czegoś?
Podszedł do Margerity, nachylił się. Gdy dotknął jej ust po chwili delikatnie wsunął koniec języka pomiędzy wargi, ale nie za głęboko, jedynie malutką część, ze szczyptą rozkoszy. Całował w taki sposób jak robią to wprawni kochankowie, którzy nie muszą podkreślać przynależności i zabiegać o względy, bo wszystko jest oczywiste i zrozumiałe. Harison i Margerita nie musieli się śpieszyć, pamiętali jedynie aby przerwać pocałunek w odpowiednim momencie aby żądza nie przejęła kontroli nad zmysłami. Gdy Harison oderwał usta, odgarnął z szyi dziewczyny wilgotne włosy i wyszeptał
- Wiesz co ?
- Nie? - odpowiedziała
- Dobrze mi z tobą, tak dobrze, że trudno jest mi to wyrazić słowami!
- Mnie też Steve! – ściszyła głos - … ale już lepiej idź na to spotkanie bo …
- Wiem! wiem! … bo się mogę spóźnić !
- Tak właśnie i pamiętaj, że będę tu na Ciebie czekała
- … a ja na pewno przyjdę!
Harison wziął z tarasu ciężki rower na ramię i poszedł w kierunku szosy. Zaraz potem, Margerita założyła strój kąpielowy, wzięła duży koc pod pachę i pobiegła na plażę.
Jeszcze wtedy Harison nie wiedział, że gdyby został, być może zły los raz na zawsze odwróciłby od nich swoje piętno. |
|
Komentarzy:
14
|
|
PART 25
2007-10-18
|
W pokoju hotelowym na zegarze zbliżała się godzina 10 rano. Po rutynowej wojskowej toalecie pozbawionej zbędnych ceregieli upływających na przeciągłym porannym prysznicu, Karlos stanął w pozycji zasadniczej przed swoim bezpośrednim przełożonym.
- Panie kapitan Prein! … o której przyjeżdżają czyściciele?!
- O 12,00 … Odbierzesz ich z lotniska w Lyon i przywieziesz do zamku
- Tak jest! – kapral zawahał się – … a czy mogę jeszcze po drodze zahaczyć o aptekę… strasznie mnie bolą plecy
- Możesz! … kup parę saszetek rywanolu na zapas gdyż potem nie będzie okazji do wyjścia w miasto. Nie chcę abyście się wszyscy kręcili po okolicy, to zbyt podejrzane. Jutro opuszczamy hotel i przenosimy się do zamku. Wszystko jest już przygotowane na zebranie przedstawicieli z Europy.
- A gdzie ma się odbyć to spotkanie?
- Jak ty się wylegiwałeś w szpitalnym łóżku my z Ingrid w zamku, dotarliśmy do ukrytej sali kolumnowej.
- Znalazł ją Pan?!
- Co za durne pytanie! ...oczywiście, że znalazłem była tam gdzie mapa wskazywała! Wszystko jest nienaruszone od czasów II Wojny Światowej!
Karlos zamyślił się. Posmutniał - … dziękuję panie kapitanie - skinął nisko głową
- Za co dziękujesz!
- … za to, że będę mógł się z nim rozprawić …z tym jak mu tam …
- … z Harisonem, Stevem Harisonem! – dumnie odparł kapitan
- To co już pan wie jak się nazywa ten gość, który mnie tak oprawił!
- Ty durniu, pieniądze potrafią czynić cuda i otwierać gębę każdemu!
Karlos ożywił się - To ile pan zapłacił? Na ile wziął pan fakturę! – wykrzyknął
- … jaką fakturę?! – ze zdziwieniem w oczach odparł Prein.
- Za płatną informację!
- Karlos ty idioto!
Kapral nie przejęty rozgoryczeniem przełożonego kontynuował - nie wie pan, że nieudokumentowany rozchód trudno jest zaliczyć w koszty firmy! Mieliśmy z tego szkolenie w bazie! Była z vat-em czy może zwolniona?
- Na litość Hitlera! – i zdzielił kaprala otwartą dłonią w czubek głowy
- A to za co?!
- Za! … - i jeszcze raz zdzielił go w wielki łeb – ...a teraz już wiesz?!
- Nie?!
- Za podważanie moich kompetencji!
- Ale ja tylko chciałem, aby pan kapitan dobrze rozliczył delegację! Sam pan wie, że nasz księgowy jest stuknięty na punkcie kasy! Generał zawsze powtarza … nie stać nas jeszcze na zbyt kosztowne życie, aż do czasu gdy … - przerwał
- … wiem, aż do czasu gdy świat legnie u naszych stóp! – dokończył kapitan - … pamiętam, mamy oszczędzać, dlatego nic nie zapłaciłem!
- Nic
- Nic, a nic! – w oczach kapitana widać były irytację
- Nie rozumiem … przecież pan powiedział – urwał, gdyż Prein wymierzył kolejny cios w głowę grubasa. Ten jednak zdążył odskoczyć i zrobić unik
- Niech mnie pan przestanie bić!
- Bo co?
- Jestem na zwolnieniu! Mam L – 4, i powinienem leżeć w szpitalu!
- W tyłek sobie wsadź te L – powtórzył …L… - zniecierpliwił się Prein – jak powiedziałeś?!
- Nie powiem!
- Mów bo dostaniesz!
- Nie! Grubas ścisnął usta i wielkimi oczami patrzył na przełożonego. – przypomnij sobie teraz sam jak taki mądry jesteś – pomyślał i w skupieniu zaczął wyobrażać sobie poplątane myśli kapitana.
Wściekły Prein błądził wzrokiem po pokoju - … jak on to powiedział L … - rozważał – L… L… L… - Wreszcie zatrzymał spojrzenie na krześle i rozpoznając kanciaste kształty doznał olśnienia - już wiem! – wrzasnął, a następnie zakończył zdanie cyfrą cztery. Zaczepnie dodał – ...co myślałeś, że sobie twój kapitan nie przypomni, że twój kapitan jest takim samym durniem jak Ty!
Karlos cofnął się o jeszcze jeden krok aby zwiększyć dzielący dystans od rąk rozmówcy. Odblokował krótkie milczenie i jakby nie słysząc dygresji desperacko dociekał - …to ile pan wydał z kasy organizacji?!
- Choć tu do mnie kapralu! – rozkazał Prein
- Nie przyjdę, bo znowu …!
- Kapralu! baczność!
- Tak jest!
Grubas nie miał wyjścia, przerażony złączył stopy i wyprostował ciało. Zasalutował jakby stracił poczucie świadomości. Kapitan podszedł blisko do kaprala i stanął na wprost wypiętej sylwetki. Niemal dotknęli się brzuchami. Prein akcentując wyrazy na drugiej sylabie, zaczął wrzeszczeć - nic nie wydaliśmy… złamany nos wystarczająco przekonał chłopaka z przystani… mówił, że ta ciemnowłosa dziwka… kelnerka też zniknęła. Spocznij! – zakończył raport.
- Pan, panie kapitanie jest wielki jak – wykrzyknął Karlos – … jak sam nasz kochany św. pamięci Adolf!
- Wiem! – Kapitan zrobił się dumny, lubił takie porównania odnoszące się do jego osoby. Jednak po ułamku sekundy w spojrzeniu spaniela pojawił się ten sam złowieszczy błysk bulteriera. - nie podlizuj się Karlos!
- Nie podlizuję! …. dbam o interesy naszej organizacji, przecież wie pan, że jak zaoszczędzimy na delegacji to dostaniemy premię.
- Dostaniemy? – zdziwił się kpt. – my?! … ty dostaniesz , … Harisona!
- Ale ja wolę kelnerkę! … ma taką kształtną .. - rozmarzył wzrok
- … no właśnie, kształtną i okrąglutką … - urwał -.. .i dlatego zostawisz ją mnie!
- To nie sprawiedliwe! – zdenerwował się Karlos.
- Jak się wścieknę to za chwilę zostanie tobie rywanol na plecach jako pamiątka po wyjeździe. - Pan ciągle z tym rywanolem wyjeżdża!
- Dbam o swoich podwładnych!
- Wiem, widzę, proszę się nie denerwować panie kapitanie …., jak pan rozkaże to zabawię się z Harisonem … Ale gdyby pan zmienił zdanie to! … - mlasnął wielkim jęzorem i oblizał wargi.
- Będę pamiętał – chłodno odrzekł Prein
Kapral zasalutował – czy mogę się odmeldować?
- Tak jest! … odpal Jeepa i jedź na lotnisko i pośpiesz się za 2 godziny lądują czyściciele.
- Tak jest!
- Kapralu?
- Co?
- Jak będziesz się starał, to może za parę lat też przejdziesz do elitarnej jednostki sprzątaczy ale musisz najpierw schudnąć!
- Wiem – grubasowi zrobiło się przykro – wszyscy mi to powtarzają!
- Nie martw się Karlos, jeszcze zrobię z ciebie prawdziwego zabijakę
- Dziękuję panie kapitan! Liczę na to!
- …i nie spartol roboty
- Tak jest!
- Co tak jest!
- Tak jest, że nie spartolę
- No dobra zmykaj
Grubas odmaszerował z pokoju hotelowego i defiladowym krokiem przeszedł długim korytarzem w stronę klatki schodowej – Harison!… – westchnął – ...wykopią ciebie nasze chłopaki nawet jeśli zagrzebałeś się głęboko w ziemi,… nawet gdy stałeś się małym pieprzonym kretem wciśniętym między ziarenka piachu na plaży… cholera! … albo nie inaczej … ty podły Harisonie nawet jeśli stałeś się żmiją i wpełzłeś pod jakiś kamień … albo nie pod głaz! ..albo… – z powagą rozważał zoologiczne przemiany swojego wroga, idąc w kierunku Jeepa.
Kapitan pozostał w pokoju. Wziął telefon i odnalazł w pamięci zapisany numer. Nacisnął zieloną słuchawkę.
- Ingrid tu Prein! …czy wszystko przygotowane?
- Tak jest panie kapitanie!
- Będziemy w zamku za 4 godziny na ostateczną inspekcję, wszystko musi być gotowe na jutro wieczór!
- Tak jest panie kapitanie!
- Zrobiłaś zakupy w mieście?
- Tak jest panie kapitanie! – Ingrid odpowiedziała z dumą i zadowoleniem
- Mam nadzieję, że nie rozpoznali ciebie mieszkańcy … - kapitan nie dokończył, gdyż kobieta przerwała w połowie zdanie.
- Oczywiście że nie …, byłam zupełnie inaczej ubrana niż w hotelu. Na pewno nikt mnie nie rozpoznał
- Założyłaś chustę na głowę i długą szarą kiecę jak mówiłem?!
- W sumie to chciałam się przebrać za starą babę – w tym miejscu kapitan zasłonił mikrofon i uśmiechnął się szyderczo do słuchawki. – nie musiałaś się stara kwoko przebierać! – Ingrid kontynuowała – ale brzydko wyglądałam w sukience po kostki!
- Przecież nie szłaś na potańcówkę tylko do sklepu nie musiałaś się stroić! Mam rację!
- Tak jest Panie kapitanie! … pan zawsze ma rację!
Prein się zamyślił – na te pudry, pomadki kremy organizacja wydaje majątek – znów przemówił – to rozpoznali ciebie, czy nie?
- Nie, właściwie nikogo nie widziałam, poza jednym Meksykaninem, który kupował przede mną kilka rzeczy w sklepie!
- Meksykaninem? – zainteresowaniem zapytał
- Też się zdziwiłam tutaj na południu Francji wyglądał jak odmieniec!
- Ty idiotko to był Harison!
- O rety, ten którego szukamy!
- Tak ten sam!
- Rozpoznał ciebie?!
- Wydaje mi się, że nie … ale sklepikarz patrzył na mnie dziwacznie! Na niego zresztą też!
- A dlaczego na ciebie!?
- Założyłam tyrolski strój i perukę z warkoczami ten jaki miałam na sobie podczas obchodów urodzin Adolfa… pamięta pan doroczny bal …, ale z tą różnicą, że teraz rzuciłam trochę więcej różu na policzki… tak dla niepoznaki i … - urwała gdyż Prein wrzasnął do słuchawki - ty skończona idiotko, jak Harison wyglądał jak odmieniec, to jak ty wyglądałaś!
- …ale nie było nic innego! Tylko w to się zmieściłam! – trzęsącym głosem wymamrotała
- Nie kłam gruba babo! … a Olga… nie mogła, ona pójść ?
- Nie chciała!
- Dlaczego?!
- Głowa ją bolała!
- Ja chyba oszaleję! – zaakcentował do słuchawki – a przynajmniej kupiłaś wszystko o co prosiłem?!
- Tak jest panie kapitanie … potem wszystko sklepikarz przywiózł do zamku!
- Ty kretynko! Przecież mówiłem, że nikt nie powinien się dowiedzieć, że mamy spotkanie w ruinach. Po to wybraliśmy to odludzie, żeby teraz całe miasto szumiało!
- Spokojnie Panie kapitanie… powiedziałam sklepikarzowi, że robimy mały piknik rodzinny na polanie!
- Piknik! … z pięćdziesięcioma kg ziemniaków i resztą żarcia!! - retorycznie się wydarł
- Powiedziałam, że mój mąż i syn jest gruby … też się trochę się dziwił!
- Dobrze, że nie zaprosiłaś tego sklepikarza na naszą imprezę Nazistowską!
- Nie zapraszałam … ale mówił, że może wpadnie ze swoją rodziną, …był bardzo miły!
- A mówiłaś mu, że jak wpadnie na ten ... twój piknik – Prein zaczął się drzeć na całe gardło -... to go sama zastrzelisz!
- Tak jest panie kapitanie! - poprawiła się... - o przepraszam tego nie mówiłam!
Prein wyglądał jak rozgrzany do czerwoności czajnik buchający gorącą parą. Po chwili skupienia zmienił ton na nieco cichszy, jakby wysłany aksamitem - A co teraz robi Olga?!
- Obiera ziemniaki na grochówkę, miało być skromnie po wojskowemu, tak generał kazał na szkoleniu … musimy oszczędzać! ... nie stać nas nas jeszcze na zbyt ... - i zaczęła recytować wyuczoną formułkę
Podczas gdy Ingrid cytowała słowa generała, Prein zamyślił się - Ja pracuję z jakąś bandą idiotów, najpierw ten osioł pyta mnie o fakturę, a teraz ta idiotka będzie serwowała ważnym gościom grochówkę bo generał stawia na oszczędność … – próbował uspokoić emocje. Gdy kobieta skończyła jeszcze bardziej ściszył głos i przyjacielskim tonem zapytał - ... wysłałaś meldunek do Boliwii aby sprawdzili w rejestrze kim jest ten sukinsyn, którego szukamy!
- Tego Meksykanina?!
- Nie, … Harisona – Prein hamował gniew, kontynuował – , … tego gościa którego widzieliśmy dwa razy w Hotelu Libre!
- No… przecież o nim właśnie mówię …wysłałam dokładne zapytanie, mają dzisiaj przysłać odpowiedź – z dumą podkreśliła – ...wszystko wykonane jak pan kapitan rozkazał!
- W takim razie do zobaczenia. Bez odbioru! - kapitan wycedził przez zęby pożegnanie pomimo, iż na twarzy malowała się wściekłość. Odkładając słuchawkę pomyślał – ...lepiej już nie będę jej pytał jak wysłała ten pieprzony szyfrogram, bo się jeszcze okaże, że gołębiem pocztowym .
Prein podszedł do lodówki i wyjął ze środka puszkę oszronionej coli. Z trudem wcisnął paznokieć pomiędzy dekiel, a zawleczkę. Bąble strzeliły ze środka. Zamyślił się - A więc, jak ten sukinsyn kupił żarcie w sklepie, … to musi gdzieś tu być … pewnie zaszył się w okolicy…tylko po co mu to przebranie? – zmarszczył groźnie brwi - … kim jesteś Harisonie? Kim jesteś draniu?! - Kapitan przechylił puszkę i wypił do dna. Gdy opuścił rękę zgniótł blaszany pojemnik tak, jakby był wykonany z tektury. Wpatrując się w zaciśniętą pięść nabrał powietrza w płuca i westchnął – Harison… już niedługo się spotkamy… a wtedy… utniemy sobie długą pogawędkę! |
|
Komentarzy:
9
|
|
PART 24
2007-10-06
|
Margerita poczuła w swoim wnętrzu, powolny ale łapczywy dotyk. Dotyk przystanął, drgnął, zatoczył mały krąg, ustąpił i dotknął dna. Znieruchomiał.
Margerita w niepewności poruszyła biodrami.
Po chaotycznym wstępie, w drugiej próbie, wszystkie dźwięki odnalazły wspólną linię melodyjną. Dynamika i tempo rozpoczętego dzieła, po kilku rozgrzewających ruchach zaczęła nabierać odpowiedniego wyrazu.
Z oddali kameralny akompaniament ognia delikatnie trzaskał w kominku. Początek sonaty łagodnie prześlizgiwał się w rozwinięcie.
Margerita poczuła kolejny głębszy dotyk urwany z ciągu płytszych zdarzeń.
Margerita puściła z objęć głowę. Ciemna kotara włosów przysłoniła oczy. Spowita w mroku zobaczyła świecący punkt. Był mały, zakryty mgłą, jakby po środku wzburzonego morza stała latarnia morska. Przystanęła. Zawieszona w ciemności, patrzyła w mgliste światło, które dawało poczucie bezpieczeństwa jej samotnej i wylęknionej chwili.
Harison nie przestawał w niej trwać. Ogarnięty energią zespolenia, przybliżał biodra i po ułamku sekundy oddalał je i znów przybliżał w rytmie na 6/8, łagodnie od czasu do czasu klucząc w melodyjnych wartościach, pomiędzy 3/4 i 4/4.
Sunął w Lento!
Margerita Straciła poczucie czasu. Do zamkniętych oczu dotarł pierwszy promień. - Co to jest … początek czy koniec? Za wcześnie na … - szept próbował przedrzeć się przez zwarty kordon oddechów i podwyższonych westchnień.
Przeszedł do Vivo!
Światło ożyło. Spowite w ciemności powieki Margerity rozbłysły milionem kolorowych i mieniących się gwiazd.
Pędził w Presto!
Nie było już odwrotu. Kochankowie obrali wspólny kierunek podróży. Gorąca fala przypływów i odpływów owładnęła ich zespoleniem. Obydwoje dążyli do osiągnięcia jak najlepszego efektu końcowego, maksymalizując rozkosz z wzajemnie przekazywanej sobie energii brania i dawania, dawania i brania z tego co męskie i z tego co kobiece.
Podróż wydawała się nie mieć końca. Nie myśleli o niczym. Nie mieli na to czasu gdyż każdy fragment ciała i umysłu, wypełnił się jedyną chęcią uwolnienia nagromadzonej wewnątrz ekstazy.
Przyśpieszał w Allegretto!
Otworzyła oczy w chwili jak jej ciało uniosło się ponad falujące łoże - „ to nie może być prawda! …” - krzyknęła - i poszybowała w górę, w stronę światła. Margerita zbliżyła twarz do wielkiej świetlistej tarczy gdzie obok, Harison zniecierpliwieniem czekał na uwolnienie. Zamknęła oczy.
Harison poczuł głębiej i płycej, luźniej i ciaśniej wnętrze dziewczyny, odchylił głowę do tyłu. Nabrał w płuca głęboki oddech i … Sunął w Presto!
Margerita cofnęła się. Zebrała w palce białe prześcieradło i zacisnęła skrawki materiału mocno w dłoniach, tak, jakby obawiała się stracić równowagę. Znów przybliżyła się i na moment oddaliła. Długa chwila przeszywana jękiem podprowadziła ją do światła na odległość rzęs zaciśniętych powiek. Straciła czucie. Nagle jakaś niewidzialna siła zaczęła prowadzić ją za rękę w stronę światła. Dłoń była miękka, gładka, subtelna, spływająca dyskrecją w dotyku.
Harison skupił się na Andante i Vivo.
Margerita odzyskała świadomość. Krzyknęła … za moment oszaleję… Steve dokąd mnie zabierasz! ... – zdążyła tylko niezrozumiale westchnąć. Rozkołysane ciało drgało. - Gdzie ja jestem!.. – przeciągle zawyła. - „ gdzie jest koniec! …. – urwała.
Próbowała jeszcze ostatkiem sił wskoczyć we własną skórę ale było za późno, dotyk pędził na 6/8, w tył i w przód, lekko przepychając się w prawo i w lewo w dół i w górę, krążąc na kształt elipsy i koła. Energia bioder stawała się coraz szybsza w tempie ruchliwego allegretto.
- … Stop! - Harison westchnął i nagle przystanął, jakby natrafił na zapisaną pauzę.
– dobrze! … odpocznijmy ! , dobry pomysł! ...albo nie! … już sama nie wiem? … – straciła wątek gdyż z bioder Harisona, ujawnił się nowy rytmiczny ciąg zdarzeń. Zaczął od powolnej półnuty i znów dotknął ósemek. Ujawniło się gwałtowne vivo!
Otworzyła oczy. Wyżej zadarła powieki. – … to się dzieje naprawdę! - krzyknęła. Nie zdawała sobie sprawy, że nie była już sobą, grzeczną Margeritą Santini. - Błagam uwolnij mnie! - Albo nie …chcę jeszcze …tak teraz … i …nie przestawaj… - w niezdecydowaniu prosiła klucząc słowami w szale oddechów.
Zobaczyła, świetlistą kulę, która przypominała bańkę mydlaną. Była wielka i mogła w swoim wnętrzu pomieścić z łatwością jej i Harisona ciało.
…Nie dam rady ! – krzyczała – uwolnij mnie … błagam! ...Nie chcę!…tak… więcej… ! – straciła świadomość
Allegretto i vivo przylgnęło do jej ciała na dłużej.
Usłyszała ciszę. Znów poczuła na sobie dotyk miękkiej dłoni, która podprowadziła ją do światła, na odległość oddechu. Margerita nieśmiało wsunęła głowę przez taflę i zobaczyła bajeczną przestrzeń. Cofnęła się. Drgająca powłoka nasączona milionem barw emanowała ciepłem. Znów przeszła na drugą stronę. Tym razem, w środku zobaczyła uwięzioną postać Harisona, którego twarz w milczeniu napinała się w każdym fragmencie skóry. W jego źrenicach odnalazła pławiącą się dzikość. Nie czuła strachu pomimo, iż Harison wyglądał tak jakby coś od środka próbowało wydostać się na zewnątrz jego skóry. Znów się cofnęła. Po drugiej stronie tafli w mglistym przeszkleniu, pozostał zawieszony partner przeszywany lekkimi konwulsjami.
Nie miała wyjścia, nie było powrotu.
Wyprostowała ciało. Poczuła jeszcze przez chwilę energię stawianych w ukropie akcentów na 9/8. Inne wartości stały się zbyt wolne i nietaktowne.
Presto Vivacisimo!
W ułamku wyrwanej z myślenia chwili skoczyła w głąb kuli, która jak wyrzutnia uniosła uwięzione ciała wysoko w górę, ponad skraj wyczerpania, do miejsca, gdzie ostatnie westchnienie staje się ulgą.
Uwolnione żądze wydały krzyk radości. Powłoka kuli pękła.
Szybowali w otchłani gdzie spokój wyznaczał jedyne granice istnienia. Pozbawieni grawitacji, trzymając się za ręce wysoko pomiędzy chmurami, zataczali wielkie kręgi. Powoli opadali. Pierwszy ziemi dotknął Harison. Po chwili z wysokiego lotu dołączyła omdlała Margerita. Obydwoje wylądowali na miękkiej kanapie. Nic nie mówili tylko patrzyli w nicość, próbując pozbierać porozrzucane z odurzenia myśli.
Ciężkie oddechy miarowo słabły, aż do momentu, gdy wreszcie obydwoje mogli dać pierwszy świadomy sygnał powrotu do rzeczywistości.
Ależ to był lot! – Harison wyszeptał do ucha Margerity
Lot?! , … raczej długa melodyjna ... bajeczna podróż! – z trudem próbowała poruszyć się - …ale wiesz co? Steve! mógłbyś uwolnić mnie ze swojego ciężaru!
- Uwolnić!…chyba żartujesz! ….poczekaj! …czuję, że za moment wejdziemy na najwyższą górę świata!
Mężczyzna przetoczył się w bok. Margerita obróciła ciało tak, że leżeli twarzą w twarz. Harison odnalazł dłoń dziewczyny i po chwili zaplótł w nich swoje palce. Nic nie mówili. Brakowało w ustach słów. Cisza była wystarczającym środkiem wyrazu. Gest i błysk w oku wyrażał to samo pragnienie wiecznie nienasyconej bliskości. Patrzyli na siebie przeszywając wzrokiem wzajemne pożądanie.
Tej nocy wygłodniałe zmysły Margerity i Harisona miały także okazję, dotknąć najwyższych ośmiotysięczników. Wkrótce zaczęli wspinać po stromym stoku góry Mount Everest, a po nim K-2, Makalu, Annapurna i spadając z ostatniego szczytu Manaslu, wycięczeni całonocną podróżą, w otuleniu ramion, zasnęli. |
|
Komentarzy:
49
|
|
PART 23
2007-10-05
|
Nie wiadomo kiedy i jak szybko się to stało, być może zwrot akcji niezauważenie wpłynął na pojawienie się interakcji przed lub po ... , a może nastąpił w czasie lub w trakcie … hm … jego lub jej długiego pocałunku, w każdym razie, Steve i Margerita wylądowali na dużej kanapie, obok ściany tuż przy oknie, nieopodal stołu, ale z dala od cienia wstydu.
W oddali, słychać było miarowe uderzenia deszczu o okiennice. Wokół panował półmrok, rozświetlany poświatą kominka. W blasku, na pierwszym planie wyłoniło się muskularne ciało Harisona, obok o jedno muśnięcie warg, leżała naga Margerita. Wzajemnymi pocałunkami składanymi w darze na całym ciele, szybko i namiętnie, gdziekolwiek, celowo na dłużej i krótko pozostając „na”, a także „w”, zbliżali się nieuchronnie do kolejnej linijki zapisanego w piasku przeznaczenia.
Łuna światła odsłoniła ciemną zasłonę, za którą skrępowanie ustąpiło miejsca lubieżności.
Margerita wypięła krągłe pośladki. Z tyłu przyklęknął Harison. Odgarnął z pleców Margerity ciemne włosy, które falując opadały wzdłuż ramion. Położył dłoń w miejscu gdzie krucze włosy rozdzieliły się na dwie nierówne części. Przeczesał palcami jedwabistą czerń. Dłoń Harisona prześlizgnęła się w dół dotykając krawędzi szyi.
Zastygłe ciało w melodyjnym skłonie, głodne i spragnione męskiego dotyku, w skupieniu oczekiwało momentu do oddania zmysłom pełnej kontroli.
Harison złożył dłoń na kształt pajączka. Przenosząc ciężar z jednego na drugi, a potem trzeci, czwarty i piąty palec, zaczął w zwolnionym tempie sunąć wzdłuż kręgosłupa, zarysowując między kręgami szlak pagórków i dolin. Harison nieprzerwanie podążał do miejsca, dla którego tabu, za chwilę, dla obojga kochanków, przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Fala przypływów i odpływów wywołanych drżeniem receptorów wrażliwego na dotyk ciała, zaczęła od środka zalewać Margeritę. Każde muśnięcie wzbudzało coraz głośniejsze westchnienie, zapowiadając nadejście wymieszanego z rozkoszą okrzyku.
Palce Harisona prześlizgując się przez łuk lubieżnie wygiętej cięciwy, wdrapały się na ostatnie wzniesienie. Przystanęły. Harison rozłożył płasko dłoń. Obok położył drugą. Następnie kciuki zatopił w dwóch dołeczkach, umiejscowionych poniżej linii pleców. Odkręcił dłoń i kciukami przytrzymując od góry ciało dziewczyny objął wąską talię. Lekko zacisnął palce. W zatopionych w skórze opuszkach, rozszedł się ujmujący gorąc. Pulsujące ciało Margerity dawało sygnał gotowości do przejścia przez ciasną granicę oddania.
Harison w tym miejscu postanowił napełnić rządzę, ostatnią dawką krwi.
Ciało zesztywniało i odrętwiało z podniecenia. Zwolnił uścisk. Lekko skierował w tył biodra dziewczyny. Z nieruchomiał. Podążając wzrokiem wzdłuż kręgosłupa, odnalazł niewyraźne ślady swoich rąk. Rysy były cieniutkie i z ledwością przebijały się przez śniadą cerę. Krew w żyłach zatoczyła kolejną pętlę.
Nagły przypływ namiętności, jednym zdecydowanym ruchem bioder, próbował wyrwać się spod kontroli myśli. Harison wziął głęboki oddech i zatrzymał powietrze w płucach. Krew w żyłach spiętrzyła się.
Jeszcze nie! … jeszcze chwilę! … - westchnął - uspokój się!
Oparł wzrok i dokładnie zmierzył pośladki dziewczyny. Były idealne skrojone przez naturę dopasowane pod męskie pragnienia. - Odkryć, zobaczyć, dotknąć i posiąść!
Harison klęcząc, dziękował w myślach Margericie za przychylność i poświęcenie. Był prawdziwym wybrańcem, który za kilka chwil mógł znaleźć drogę do głębi jej i jego rozkoszy.
Położył masywne dłonie na pośladkach i rozszerzył szeroko palce. Ostatni raz wcisnął opuszki w gładką skórę. Pragnął wybić wyraźnie słyszalny akord z ust Margerity. Chciał zobaczyć jeden gest, usłyszeć jeden oddech, dotknąć jednej subtelnej chwili, aby kobiecy egoizm panowania, stracił kontrolę nad próżnym pragnieniem brania, wpisanym w męskie chciwie ego. Chciał nabrać stuprocentowej pewności, po której nie będzie już powrotu do niepewności i zawahania, aby wreszcie na koniec, móc dopasować się do anatomii jej ciała.
Spłoszone płomienie skryły się w kominku. Przycupnęły i po chwili czując niepohamowaną chęć uczestnictwa w miłosnym akcie, skoczyły z wnętrza jeszcze silniej oświetlając spowitą w mroku scenę.
Margerita głęboko westchnęła z odrobiną jęku. Dźwięk rozszedł się po całym pokoju.
Harison uwolnił talię z objęcia. Położył dłonie na plecach dziewczyny i mocniej rysując paznokciami ślad, znów wdrapywał się na dwa wzniesienia. Chwilę odczekał. Patrzył jak powoli na skórze zaczęło wyłaniać się dziesięć nierównych kresek. Do najdłuższej, środkowej, przylgnął początek ciemnej linii stanowiącej rozkoszny rozłam piękna, kształtu i proporcji. Rozpłaszczył dłonie. Końcami palców zebrał miękką skórą, która tworząc elastyczną fałdę, na nowo wygodnie rozciągnęła się na gładkiej powierzchni. Wyłoniły się dwie purpurowe plamki.
Już dość! , mam wszystko! – sam do siebie w myślach wyszeptał
Nakreślona partytura została ukończona.
Harison przez moment wpatrywał się w zapisane pięciolinie, szukając odpowiednich cech utworu. Na początku koncentrował uwagę na dynamice, tempie, artykulacji, a następnie skupił zmysły na najważniejszym, wejściu w całość. Musiał zrobić pierwsze uderzenie w jednym czasie razem z partnerką.
Zawahał się. Stracił pewność. Obawiał się utracić brzmienie nagłym, chaotycznym i być może zbyt pośpiesznym ruchem.
....a może jeszcze troszkę poczekać! - drażnił zmysły grzeszną myślą
W jednym szczególe nie było wątpliwości, że w obrysie ciała dziewczyny, który przypominał klucz wiolinowy, w idealnie zaokrąglonej części, znajduje się pierwszy interwał. Od tego miejsca musiał zacząć gdyż od tego uderzenia zależał kształt całego… - no właśnie? – pomyślał – … hm kształt? ….ale właściwie jaki utwór mam wybrać na dzisiejszą noc?!
Po kilku ciężkich oddechach odczytał wszystkie znaki na ciele Margerity. Przed jego oczami rozpościerała się trzyczęściowa sonata miłosna, napisana na dwa instrumenty w tym jeden smyczkowy.
Tak to musi być to? - westchnął z ulgą.
Utwór rozpisany był w kilku płaszczyznach. Harison znał się dobrze na muzyce i wiedział, że aby stworzyć arcydzieło brzmienia należy wziąć pod uwagę wszystkie jego elementy kładąc przede wszystkim nacisk na: rytmiczność stawianych akcentów w określonych taktach na 2/4, 6/8, 4/4, 3/4, 5/4, 9/8, biorąc pod uwagę jednostki czasowe westchnień, a także zauważać częstotliwość i amplitudę drgań sekcji instrumentalnej, i na końcu wreszcie skupić uwagę na szybkości w tempie: andante, lento, moderato, allegretto, vivo, presto i końcowego najszybszego prestissimo.
Harison wyprostował tułw i zbliżył biodra do pierwszego dźwięku.
Margerita opadła na łokcie. Jeszcze wyraźniej uwypukliła zarysowane czerwienią krągłości. Objęła rękoma głowę. Zaczesała do góry włosy. Lekko rozchyliła usta. Przez kosmyki spuszczonych na twarzy włosów przeciskały się głębokie westchnienia. Margerita łapczywie nabierała, coraz większe hausty powietrza, w przerwach próbując powiedzieć jedno słowo, … „tak”, a może dwa , … „ Teraz i już” , a może kilka wyrazów wyrwanych z kontekstu myśli „jestem … czekam … choć” … nie miała jednak dość siły na wyrażenie swojego pragnienia. Musiała cierpliwie czekać i mieć nadzieję, że czas nie stanie się wiecznością.
Druga część przedstawienia rozświetlona płomieniem kominka, stanęła na progu i zapukała do bram rozkoszy. Żywioł i zwierzęca dzikość była o krok od ujawnienia prawdziwego oblicza natury. Pierwszy niemy akt prześlizgiwał się w drugą część głośnej uwertury. Szepty i westchnienia, nad którym dotąd kontrolę sprawowała świadomość powoli wkraczały w niedostępny świat podświadomości, wyrażonej krzykiem zniewolonego instynktu. Niepohamowany pęd, pierwotnych odruchów, zaczął mieszać się z obłędem, wyznaczając jedyny słuszny kierunek, do zaspokojenia dotykiem, pozbawionych wstydu i zahamowań, z jękiem wtopionych w siebie ciał.
Margerita poruszyła lekko biodrami. Był to sygnał, a raczej zaproszenie do przekroczenia progu od którego prowadziła już droga do wspólnego uniesienia. Dodatkowo, w czasie podróży, przy odpowiednio nastrojonych instrumentach, mogli liczyć na gorący aplauz rozszalałych zmysłów. Wszystko zależało od zgrania i umuzykalnienia.
Harison przybliżył biodra do wypiętych pośladków. Zmniejszył dzielącą odległość.
Granica złączona westchnieniem, przestała istnieć. |
|
Komentarzy:
0
|
|
PART 22
2007-09-28
|
- Musimy się cofnąć daleko wstecz, tam gdzie jest siedem gór i siedem rzek …
- Wiem… wiem… i działo się to w krainie krasnoludków … Steve przestań żartować! – powiedziała z ironią w głosie.
- Dobrze ! Obiecuję , „A wiec” … bo od tego miałem chyba zacząć … czy wiesz co to jest organizacja Odessa ?
- Cos mi się kiedyś obiło o uszy na historii, … …. ale przypomnij mi coś więcej, …wiem, że to ma związek z II Wojną Światową, a dokładnie z Nazistami.
- Piątka … Tak dokładnie. ODESSA była to organizacja byłych członków SS. Została utworzona pod koniec II wojny i głównie zajmowała się przerzutem zbrodniarzy z upadającej Rzeszy oraz powojennych Niemiec … i . – wziął głębszy łyk wina - … i … uciekinierów kierowano do krajów Ameryki Łacińskiej i Południowej, gdyż tam najłatwiej można było ich ukryć. Podobno nawet Watykan był w to zamieszany. W każdym razie z usług organizacji skorzystało wielu nazistów w tym kluczowa postać Josefa Mengele
- o cholera ! – Margerita zaklęła
Harison dopił wino i na nowo napełnił szklankę.
- … no właśnie ten cholerny sukinsyn, zwany Aniołem Śmierci, ten który robił niezliczone badania w obozach koncentracyjnych. Nie będę zagłębiał się w historię tego sukinsyna gdyż ilość zbrodni jakiś się dopuścił nigdy nie znalazła finału w sądzie, mam nadzieję, że jest w piekle!
- masz rację – Margerita przechyliła swój kieliszek – nienawidzę Nazistów.!
- Ja też – i wykonał ten sam ruch wlewając do gardła cała zawartość czerwonego płynu. Napełnił kolejny i kontynuował - …. W każdym razie Mengele zmarł w 1979 roku pozostawiając po sobie schedę w postaci przeprowadzanych przez niego zapisków z badań w tym genetycznych – znów wziął głębszy łyk - … wracając do Odessy, po wojnie Naziści zgromadzili olbrzymi majątek, który został ukryty na kontach numerycznych w Szwajcarii. Pieniądze te pozwalały przekupić lokalnych polityków i … zaczęli żyć zbrodniarze całkiem dostatnie.
- Tylko nie mów, że ty masz takie konto? ! – odpowiedziała widząc Harisona przełykającego kolejny haust wina.
- … nie mam … pieniądze nie grają w tym przypadku roli! – Harioson żachnął się ze zniecierpliwienia – nie przerywaj mi jak mówię … proszę!
- Ale przerywam jak pijesz … ile ty możesz wlać siebie tego wina za chwilę skończy się kolejna butla.
- Żałujesz!
- Nie … tylko jak tak dalej pójdzie nie dokończysz opowieści.
- Dokończę mamy przed sobą jeszcze kilka nocy … a to wino jest … jak kompot …
- kompot z procentami - dokończyła - … to wypijmy – podniosła swoją szklankę do góry.
Po małym łyku Margerita naprowadziła Harisona na przerwany wątek – już dobrze … nie przerywam! To co z tą Odessą!
- … Przez długie lata Odessa zbudowała potęgę i przybrała postać organizacji para militarnej!
- …, a co na to rząd?!
- Nic w Ameryce Łacińskiej wszystko można kupić, a jak nie można kogoś kupić to porywa się rodzinę lub zabija.
- Już wiem gdzie nie chcę jechać na wakacje do Ameryki Łacińskiej!
- Słusznie … Nie radzę, jesteś zbyt piękna aby chodzić bez ochrony!
- No chyba, że z tobą!
- Ze mną … hm – przechylił do dna kieliszek – ze mną … - nie dokończył. Napełnił szklankę po sam brzeg. - To na czym skończyłem … a już wiem …. i tak dawni oficerowie SS utworzyli całkiem sprawną armię oddanych na wszystko żołnierzy.
- No to ładnie – powiedziała Margerita z przekąsem – to czeka nas teraz III Wojna
- No nie do końca! Słuchaj dalej … po śmierci Mengele, gdy medycyna poszła, do przodu, nie przerwano badań tylko je cały czas kontynuowano. I któregoś dnia w jednym z tajnych laboratoriów powstał pierwszy klon.
- Wiesz co teraz to mnie zaczynasz już przerażać Harison – wypiła kolejny łyk – tylko nie mów, że ty jesteś takim klonem
- Hm …. Nie.. ale kto wie co będzie za parę lat! …Odessa z czasem przerodziła się w międzynarodową organizację. W USA , Rosji , i wielu innych krajach też …
- Czyli co we Francji też jest jakiś odłam – Margerita przełykając wino dokończyła zdanie.
- Jest i ma się całkiem dobrze! Ale póki co największe skupisko jest w Boliwi … gdyż tam czerpią Naziści największe zyski z narkotyków, nierządu, porwań … a także – przerwał
- Co a także ? mów szybciej bo zaczynam się niecierpliwić!
- … poczekaj! ... wypijmy bo mi w gardle zaschło!
- Żartujesz kończymy trzecią butlę i mówisz że tobie w gardle zaschło
- Zaschło … gdyż najlepsze dopiero jest przed nami
W tym miejscu spojrzał na lekko mgliste oczy Margerity. Podniósł swoją szklankę i przechylił ją do dna – najlepsze! – pomyślał i poczuł lekki dreszcz podniecenia.
- … na czym to ja skończyłem? – przeciągle zapytał
- …że coś czeka najlepszego przed nami – uśmiechnęła się słodko jakby porozumiewawczo zrozumiała dygresję
- Margerita nie wciągaj mnie w gry słowne! – podobnie uniósł do góry kąciki ust.
- Już dobrze, nie zaczynajmy! … mówiłeś o badaniach!
- No tak … potem jak już wspomniałem powstał pierwszy klon, potem następny i następny. Doszli do takiej perfekcji, że są obecnie w stanie każdy duplikat zrobić
- Hm … Ciebie też! - rozkosznie zapytała
- Mnie i z Ciebie
- Wiesz co, to jak mnie zostawisz … to poproszę ich o jeden ! – alkohol lekko zaczął dawać się we znaki
- Margerita nie żartuj, sprawy są naprawdę poważne! – Harison lekko zachybotał głosem.
- Wiem , tak sobie tylko powiedziałam … – przyłożyła krawędź szklanki do ust i przełykając pomyślała – może i ten temat klonów jest interesujący ale wolałbym posłuchać już czegoś innego … chyba się Steve troszkę upił, ależ on ma fantazję. - Postawiła do połowy pustą szklankę - … no dobra Steve, ale powiedz mi tak szczerze! … co ty masz wspólnego z tym wszystkim ?
- Hm … wiedziałem, że wreszcie mnie zapytasz o to? Za nim jednak odpowiem dorzucę trochę drewna do ognia
Harison wstał od stołu i podszedł do kominka.
Margerita przechyliła kolejny łyk wina. Wyrwana z warg mała kropla pociekła jej po brodzie i dalej próbowała usadowić się na białym szalu. W połowie drogi dziewczyna chwyciła kroplę w dłoń. Nabrała powietrza w płuca i westchnęła - O nie! Nie mogę sobie pozwolić na plamy to pamiątka po mojej mamie. – rozluźniła palce i delikatnie oblizała je. Odsłoniła ramiona. Szal zsunął się na oparcie krzesła.
Harison skończył zapełniać palenisko. Podszedł do stołu zbyt sztywnym krokiem i przystanął przy krawędzi blatu. Zamarł i pomyślał – do jasnej cholery! … tylko nie to! … - spojrzał głęboko w oczy Margerity, próbując zawiesić wzrok na dwóch źrenicach – tylko nie to … - przypomniał sobie historię pt „ tylko nie patrz …. „ Usiadł. Wziął kieliszek do ręki i schłodził rozpalone zmysły.
- hm zrobiło się ciepło i jakoś inaczej – poprawiła włosy
- … tak… tak zauważyłem – na koniec dorzucił inny niż zazwyczaj uśmiech, jakby nasączony odrobiną pożądania wymieszanego z czerwonym winem
- …To na czym skończyliśmy … a właśnie … kim jesteś Steve! Zawsze myślałam, że podróżnikiem?
- Racja! … Studiowałem historię i moje zainteresowania zawsze podążaly w tym kierunku. Podczas licznych podróży, trafiłem do tego uroczego zakątka gdzie poznałem twoją rodzinę i ciebie gdy byłaś jeszcze dorastającą dziewczyną. Wtedy jednak piłaś …
- No właśnie mleko … a teraz wino i jakoś jestem dużo starsza od tego czasu nie zauważyłeś ! – lekko się wściekła
- Zauważyłem nie złość się .. jesteś dużo starsza oj dużo … w takim razie wypijmy za starość!
Po kolejnym łyku, pomimo iż wino nie miało w sobie dość dużo procentów, obydwoje byli lekko odurzeni alkoholem. Ich oczy i gesty stały się bardziej miękkie i płynne w wyrazie.
Harioson otworzył kolejna butlę wina
- … jak tak dalej pójdzie za chwile nie będziemy pamiętać o czym rozmawialiśmy! . zwolnijmy tempo – Margerita zaproponowała
- w porządku! – ale jakby nie słuchał napełnił szklanki i podniósł swoją do góry
- wypijmy za ostatnią szklankę w tym rozdaniu
- za ostatnie rozdanie! - odpowiedziała
Ustami dotknęli brzegów pucharów i po wypiciu spojrzeli sobie prosto w oczy. Wpatrywali się w siebie w milczeniu, tylko w źrenice, próbując odnaleźć ten jeden błysk, po którym mogła zapanować harmonia splecionych oddechów. Nie byli jednak psychicznie przygotowani, choć zmysły rozpędzały coraz szybciej krew w żyłach.
Harison przeszedł do dalszego etapu opowieści.
- … podczas nurkowania w zatoce natrafiłem na dziwny przedmiot, który wyłaniał się z dna , wyglądał jak czubek kłody. Próbowałem go wyjąć ale miałem zbyt mało powietrza w butlach , musiałem wypłynąć . … było zbyt głęboko …
- to nie mogłeś wolniej oddychać?
Harison spojrzał na Margeritę i przez moment wydawało mu się, że zmieniła kolor włosów na blond.
- ... nie patrz tak na mnie, żartowałam !
Włosy na nowo przybrały kruczą barwę.
- … i wróciłem na drugi dzień i zacząłem grzebać w piachu … ale przedmiot sięgał głęboko w dół….
- I co wykopałeś go w końcu !
- Właściwie nie … ale się jakoś uwziąłem sam na siebie i podczas kolejnych wakacji wygrzebałem wielką dziurę w dnie …
- I co ?
- Cholera ... to coś nie miało końca ! – wlał w siebie wielki łyk wina – kopałem i kopałem i nic …
- I co ? do cholery dokopałeś się czy nie!
- No nie ! – zamyślił się – i najgorsze, że jak nie mogłem się uporać z tym balem wziąłem fragment drewna do laboratorium i go przebadałem
- I co?
- Margerita przestań mówić co chwila „co”, bo nie mogę się skoncentrować! – właściwie to nie chciał mówić o prawdziwej przyczynie braku koncentracji. Wziął kolejny łyk jakby chciał obniżyć podwyższony rytm serca
- I co ? … oj przepraszam miałam nie mówić !
- I jak przebadałem ten fragment drewna, to się zaczęła moja przygoda! – lekko zachwiał mu się głos. - … wznoszę toast za to co zbadane i niezbadane! - jak powiedział tak i zrobił, kontynuował - Potem za każdym razem jak tu przyjeżdżałem próbowałem dokopać się, ale to coś wydaje się nie mieć końca - podniósł kieliszek, wziął kolejny łyk wina
- …pozwól, że wstrzymam kolejkę bo chcę dotrwać do końca opowieści bo widzę, że szybko nie skończysz – Margerita odrzuciła zaproszenie – pij sam ja poczekam i co?
- I co? I co? … i pstro! … i ten cholerny kawałek drewna okazał się być stary, tak stary że trudno jest sięgnąć pamięcią wstecz , tak stary, że …
- Kurcze jak stary …! za chwilę oszaleję!
- Stary, że … - westchnął - …że sięga daleko przed narodzeniem Chrystusa … on jest jakby – załamał głos i kolejny łyk przykrył niedokończone zdanie.
- I …?
- i , cieszę się, że zmieniłaś „co” na „i” … dziękuję za „i”!
- Boże! …czy ty chcesz mnie wykończyć Steve , przeciągasz to w nieskończoność, a zbliża się godzina 12
- otóż …. okazało się, że ta kłoda ma związek z jakimś starym żaglowcem biorąc pod uwagę specyficzną strukturę drewna.
- O kurcze fajnie! – udawała zaskoczoną i spokojnie lustrując oczy Harisona z pobłażliwością, ściszając głos, powiedziała - Steve! … Czy ty zmyślasz całą tę historię na poczekaniu! … chcesz zrobić na mnie wrażenie!
- Nie zmyślam ! …. Ale poczekaj wszystko co najlepsze przed nami! - ciężko westchnął, a następnie przeleciał niezauważalnie wzrokiem po dekolcie Margerity. - Jezu ależ ona jest piękna! – zawył w myślach
- Steve!
- Co?
- Widziałam!
- Sorry … ok. – wypił mały łyk – ok. … już się koncentruję na opowiadaniu
W tym samym czasie Margerity serce mocniej zabiło. Też westchnęła nie podnosząc piersi do góry - Mam nadzieję, że nie ochłoniesz do końca Steve … nie mogę tego głośniej powiedzieć ale … - spojrzała na szklankę wypełnioną po brzegi trunkiem - … nie piję więcej, bo za chwilę stracę kontrolę nad ciałem! … uspokój się Meg i udawaj, że to ciekawa historia.
- ….i zacząłem badać dokładnie tę kłodę, miałem dziwne sny i całe moje życie zmieniło się ... - przechylił, to co jeszcze miał w środku szklanki - .. cholernie zmieniło się od czasu gdy mój znajomy, który pracuje w NASA skierował sygnał satelity na dno! Na monitorze pojawił się stary, przykryty piachem galeon!
Margerita podniosła wyżej wzrok opierając go na suficie. Wypuściła powietrze i spokojnie znów zaczęłą sie patrzeć na rozmówcę. Nic nie powiedziała czekała niecierpliwie na zakończenie wątku, pukając palcami o blat stołu.
- … i okazało się, że jego pochodzenie jest datowane na okres …! – przechylił kolejny puchar wina
Nie wytrzymała i krzyknęła - … no dobra ale co ma wspólnego ten stary żaglowiec, czy jak go tam nazwałeś stary galeon… z Nazistami! … klonami! … żołnierzami! i na koniec z tobą!
W tym miejscu Harison wstał od stołu podszedł do umywalki. Odkręcił kran i oblał twarz zimną wodą, zimną jak lód, tak zimną aby schłodzić jedną gorszącą myśl, nad którą przestał panować.
|
|
Komentarzy:
9
|
|
PART 21
2007-09-21
|
Harison wszedł do domu z wielką kolorową wiązanką kwiatów. Na stole zobaczył stojącą miskę ziemniaków, ciepłych, okraszonych skwarkami i ku radości podniebienia w całości obranych. Obok w dzbanie, kefir chłodził gliniane ścianki. Harison gdy tylko zobaczył radośnie śpiewającą Margeritę podczas gotowania, poczuł złość do siebie samego. Przypomniał sobie lecący na łące bukiet, który był wyrazem ignorancji i powątpiewania w miłość i oddanie.
Margerita za plecami usłyszała znajome kroki, nie odwracając głowy wykrzyknęła
- dobrze, że już jesteś, sadzone prawie ukończone!
- … a więc remis! – chłodno stwierdził, ukrywając w głosie zmieszanie.
Bukiet zachwycił Margeritę do tego stopnia, że przez długi czas, nie mogła nasycić swojego wzroku. Odnalazła w nim wszystkie odmiany polnych kwiatów. Jednakże najbardziej przypadły jej do gustu chabry. Wyjęła łodygę z największymi niebieskim płatkami, skróciła go o jedną czwartą i wsunęła za ucho. Wyglądała jak prawdziwa piękność, która za chwilę miała wziąć udział w wyborach mis wybrzeża, całego morza Śródziemnego
- do obiadu dorobiłam jeszcze sałatkę ze świeżych pomidorów. – dodała, widząc Harisona cmokającego nad patelnią. O gęsto pokrojonej cebuli już nie wspomniała, skromność i pracowitość nie pozwoliła na przechwałki.
Gdy dziewczyna wsadzała kwiaty do wazonu, Harison z trudnością przełykał wygłodniałą ślinę. Obydwoje czuli niedosyt w ocenie pracy własnych rąk. Dlatego, Harison chciał się zrzec wygranej na korzyść Margerity, a Margerita na korzyść Harisona. Siedząc przy stole, wdali się w krótką sprzeczkę, na końcu której, wreszcie zabrzmiał oczekiwany konsensus.
- w takim razie ty masz u mnie jedno życzenie, a ja u ciebie jedno… i zacznijmy wreszcie jeść bo sadzone za parę minut stwardnieją na amen … w końcu nie zamawiałeś jajecznicy!
- Masz dar przekonywania,...choć... tylko ze względu na szybko ścinające żółtko ulegam… układ stoi!
Wygłodniali jak wilki, zasiedli do prostej typowo chłopskiej uczty, której smak i aromat sięgał czasów Piasta i Kołodzieja. Ród Harisona w drzewie genealogicznym zahaczał prawą odnogą umiejscowioną po stronie ojca, o krainę rozciągającą się w dorzeczach Wisły i Odry. Harison odwiedzając ojczyznę dziadka, i nocując u ciotki Lusi, został poczęstowany prostym daniem. Wtedy zachwycił się smakiem zwykłych ziemniaków oblanych sadzonym, z zimnym kefirem i gotowaną kapustą przyprawioną na słodko. O taki zestaw z kapustą nie miał czelności prosić ale pomidory z cebulką wydawały się też doskonale współgrać z bukietem smaków. Margerita również była oczarowana daniem Z wąsami po zsiadłym mleku, które rozgościły po pierwszym łyku tuż pod jej nosem, przełykając kolejnego ziemniaka umaczanego w żółtku, spojrzała na Harisona
- Wyśmienite … od dzisiaj zamieniam krewetki, langusty i pizzę peperoni na te pyszności! … a właściwie – zaciekawieniem zapytała – skąd pochodzi to danie, z jakiego kraju?
- Z Polski, tam mój dziadek się urodził!
- Z Polski … hm … Polacy to bojowy naród!
- Bojowy i waleczny – odrzekł Harison – w moich żyłach płynie polska krew! – z godnością powiedział, popijając kolejny kęs dużym łykiem zsiadłego.
- I bardzo kłótliwy, lubicie stawiać na swoim, teraz już wszystko rozumiem – z przekąsem dodała Margerita
- W takim razie … Ty też jesteś po części Polką! … lubisz się przekomarzać.
- No nie! … moje korzenie sięgają Włoch … mój dziadek pochodzi z Sycylii potem po wojnie, osiedlili się tutaj we Francji i …. w tym domu ja się urodziłam, a potem Ciebie poznałam … a teraz - zamyśliła się – … a teraz jemy polskie sadzone z ziemniakami!
Rozmawiali dość długo nie odrywając od siebie wzroku. Dzban zsiadłego mleka został szybko opróżniony. Margerita przy ostatnim łyku spojrzała na otwarte drzwi
- A teraz … chodźmy na spacer!
- dobry pomysł , zwłaszcza po tak obfitym jedzeniu! Ale najpierw pozmywam!
- Że co ?
- Pozmywam … lubię tę czynność!
- Zadziwiasz mnie Harison! Mężczyźni i zmywanie … te dwa słowa do siebie kompletnie nie pasują
- Pasują! , pasują! – poderwał się z krzesła – ...a gdzie jest zmywarka
- W zlewie!
- A to zmienia postać rzeczy! – usiadł i posmutniał – wycofuję się zobowiązania.
- Teraz nie masz już wyjścia! To nie fair wobec naczyń!
- trudno ...jak obiecałem, to ... - nie dokończył zadania gdż Margerita z przekąsem przerwała
- A i jeszcze coś! - postanowiła pastwić się nad ofiarą - …pamiętaj musisz najpierw pójść do studni, nabrać wody, potem ją zagrzać, w między czasie dołożyć do ognia, przynieść piachu do szorowania patelni… na końcu dobrze wysuszyć talerze i je wypolerować aby nie było zacieków!, …. A gdy skończysz będę czekała na ciebie na plaży, muszę się troszkę poopalać na słońcu ! – nie czekając na odpowiedź, odwróciła się, i z uśmiechem na twarzy zniknęła na progu drzwi.
Harison oniemiały z dość przewlekłej instrukcji podszedł do zlewu. – to po cholerę ktoś zamontował w tej ścianie kran! – westchnął ze złością. Od niechcenia odkręcił kurki, po czym ze środka rur zabulgotał znajomy dźwięk. Po chwili trysnęła ciepła woda .- to mała kłamczucha! - pomyślał zakasasjąc rękawy.
-------------------------------
Gdy obydwoje szli wzdłuż brzegu, rozmawiając o wrażeniach minionego dnia, za ich plecami ciężkie chmury nadciągnęły nad zatokę. Powiew wiatru lekko uniósł sukienkę Margerity.
- Oho! … chyba się zbliża burza - głosem znawczyni oświadczyła - musimy wracać i zabezpieczyć dom … wiatr może wyrządzić wiele szkód!
Harison odwrócił się i spojrzał na błękitne niebo, które szybko zakrywały deszczowe chmury. Słońce, po chwili, zasłonił jeden z olbrzymich cumulusów. Zimny front powietrza zaczął powoli zbliżać się do ciepłego zatokowego wyżu. Podczas powrotnej drogi do domu, wiatr nabierał na sile. Wzbudzone fale wdzierały się coraz głębiej w środek plaży Dochodząc do domu usłyszeli głuche uderzenia, jakby ktoś dobijał się do drzwi. Na szczęście, Harison szybko odnalazł intruza, była nim poluzowana okiennica, która miarowo łomotała o ścianę. Harison obszedł budynek aby pozamykać dokładnie wszystkie okna. Dodatkowo umocował w nich drewniane okiennice i przycisnął do ściany solidnymi sztabami.
- Zapowiada się przyjemny wieczór … lubię powiew wiatru, i szum morza przed zbliżającym się deszczem… zawsze mnie to uspakaja – odrzekła Margerita
- Po warunkiem, że nie jest to huragan, ani trąba powietrzna
- Masz jakieś obawy?
- Nie ale burze nad morzem często przemieniają się …
- Steve … jeśli sądzisz, że mnie przestraszysz to pamiętaj, że mieszkałam nad tą zatoką od dzieciństwa… przeszłam wiele sztormów, burz ,… a huraganów jakoś nie zauważyłam
- Nie straszę! Dom faktycznie wygląda na solidny.... , na pewno oprze się każdej nawałnicy - nie wspomniał o porannej trąbie powietrznej, która w razie ataku zdmuchnęłaby go jak domek kart.
Margerita poszła po duży szal okryła ramiona i udała się na taras. Usiadła na ławeczce oczekując nadejścia pierwszych kropli deszczu. Patrzyła daleko w głąb szarej zatoki. W środku Harison robił ostatni rutynowy obchód. Był przyzwyczajony do przeciwdziałania nieoczekiwanym zdarzeniom, przynajmniej za to mu płacono w agencji.
- Margerita … o czymś zapomnieliśmy! … czym rozpalimy kominek – z pokoju usłyszała zatroskany głos Harisona, który udawał zagubionego
- Spokojnie! … w piwnicy powinno być jeszcze drewno! … zejście jest z drugiej strony domu
Po chwili Harison przydźwigał olbrzymi kosz pociętych pni. Postawił go obok kominka. Wyjął coś ze środka i schował ręce za plecami. Stanął na progu drzwi prowadzących na taras skierował wzrok na Margeritę
- ten dom wygląda na opuszczony ale jak zajrzeć głębiej wszystko w nim jest ... nawet na czarną godzinę! To istna twierdza!
- W pobliżu nie ma żywej duszy, dlatego wszystko musiało być w zapasie, … rodzice umarli 4 lata temu – zamyśliła się - … nie chciałam tu sama mieszkać, zostawiłam wszystko w jednym dniu. To co było zostało, nikt tutaj nie zaglądał nawet ja.
- Margerita – Harison zawahał się formułując nietypowe pytanie - …wiesz co, może nie powinienem ale... zobaczyłem cały regał win ... poco aż tyle butelek!
- jak to poco, do … wypicia! Wszystko na jeden łyk!
- No to świetnie! … w takim razie! – wyciągnał przed siebie schowane ręce. W jednej trzymał butelkę starego wina, w drugim dwa kieliszki. Napełnił je, jeden wręczył Margericie.
- wypijmy za burzę z piorunami!
- I za ulewny deszcz – odpowiedziała
- Oby tylko dach wytrzymał nawałnicę! - Harison znowu zaczął powątpiewać
- Przestań krakać! Już mówiłam, że wytrzyma!
- Wiem, że wytrzyma, ale lubię wzbudzać niepokój zwłaszcza u pięknych kobiet!
- Hm … a dlaczego, to?!
- Bo są wtedy bardziej płochliwe, a jak płochliwe to i uległe, a jak uległe to …
Nie dała się sprowokować do kolejnej potyczki słownej, przerwała zdanie nie pozwalając Harisonowi dokończyć przewlekłego wywodu
- Hm o czymś zapomniałam tobie powiedzieć?
- … no jestem bardzo ciekawy o czym!? – zaczepnie spojrzał podejrzewając podstęp
- … W dachu jest kilka dziur, ale z tego co pamiętam ....na jedno łóżko nie kapało! … przynajmniej na to moje! – uśmiechnęła się – ...na strychu jest trochę papy… jak się postarasz to zdążysz załatać ... inaczej twój materac za moment bedzie wodny!
- Moje, twoje …a może wspólne łoże rozwiąże problem! – odgryzł zię w samczym stylu, ale na koniec dodał - …Ok.! …Margerita! … proponuję rozejm na docinki słowne! …a więc wypijmy za burzę z piorunami!
- Zgoda na zgodę! … , a zatem… za burzliwe marzenia z piorunami! – odpowiedziała podnosząc kieliszek w stronę Harisona.
Margerita okryła dokładniej dekolt szalem aby nie nabawić się kataru. Siedzieli na tarasie i przez godzinę, nic do siebie nie mówiąc, opróżnili butlę wina. Obydwoje byli wypoczęci tak więc w głowach czuli jedynie przyjemny szmer. W miarę jak wskazówka zegara posuwała się w górę zahaczając o godzinę 21, spokojny deszcz przemienił się w ulewę. Krople gnane wiatrem zacinały o taras zagarniając dla siebie coraz większą część podłogi. Na dworze zrobiła się szarówka.
- lepiej chodźmy już do środka – Margerita przerywając milczenie zasugerowała – … na romantyczny zachód słońca nie ma co liczyć! .
- W takim razie mam coś idealnie pasującego do dzisiejszej upojnej nocy, co napewno polubisz!
Harison podszedł do kominka. Ułożył mały stos z patyczków, wsunął do środka kulę zmiętej gazety i podpalił ją. Po chwili gdy stos łagodnie unosił niewielki płomienie, Harison dołożył do ognia duże kłody drewna. Pomieszczenie rozświetliła łuna, z którego biło przyjemne ciepło, rozchodzące się po całym pokoju.
- … i oto mi właśnie chodziło!
- W takim razie jak ty zacząłeś koncert życzeń, to i ja mam coś dla ciebie! – czarująco się uśmiechnęła
Margerita wyjęła z szafki drożdżowy placek, pokroiła go na plastry i postawiła na stole. Harison usiadł po jednej stronie okrągłego blatu, naprzeciwko Margerita. Rozdzielał ich wielki bukiet kwiatów oraz kolejna butla czerwonego wina.
- zrobiło się miło i przytulnie – westchnęła - jak przed paroma laty,...tylko brakuje mamy i taty!
Nie dokończyła zdania. Wpatrując się w płomienie posmutniała. Melancholijny klimat wkradających się pod szal wspomnień, zaczął muskać jej długą szyję.
- ....będzie dobrze, nic się nie martw! – Harison łagodnym tonem rozpędził nostalgię –... to za co pijemy!
- Za zdrowie! … za wspomnienia! I za..., - nie była pewna - … i za ten wieczór aby trwał wiecznie!
Harison posłusznie przechylił kieliszek Przy ostatnim łyku spojrzał porozumiewawczo na Margeritę, tak jakby czegoś zapomniał.
- … obiecałem opowiedzieć , po co tak naprawdę przybyłem do hotelu Libre!
- no właśnie!… mamy dużo czasu więc zaczynaj od początku i proszę! … nie omiń żadnej istotnej kwestii, gdyż wiesz, że potrafię czytać w myślach. – Margerita wolała uprzedzić fakty aby potem nie było nieporozumień.
- Oczywiście pamiętam twoją czarodziejską moc! …od więc nie powinienem zaczynać zdania ale pozwól, że zrobię wyjątek. …Tak więc…
|
|
Komentarzy:
8
|
|
PART 20
2007-09-16
|
Skarcony Harison posłusznie zastosował się do rozkazu Margerity. Jednakże, zamiast odwrócić głowę, przekornie zamknął powieki, aby jak najdłużej pozostawić w pamięci zapisany obraz nagiej piękności. Chciał długo, centymetr po centymetrz, delektować się zapierającym krew w żyłach widokiem. W wyobraźni, jak krawiec obmierzał krągłości pośladków, piersi, bioder, ramion, talii. Nie koncentrował się na niczym innym, gdyż wszystko inne przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Jego zmysły pędziły do jednej grzesznej myśli, od której nie mógł uciec. Margerita w tym samym czasie, okryta w strój Ewy, pobiegła do domu, na progu głośno wykrzykując do Harisona
- już jestem bezpieczna!
Echo odbiło się od ścian i rozeszło po wodzie.
Po kwadransie obydwoje stanęli w salonie. Nie było w nich wstydu ani zażenowania. Nie chcieli również pamiętać incydentu z wielką wirującą czaszą wody. Woleli skupić uwagę na sobie. Brnęli w romantyczny epilog, który być może był początkiem wielkiej podróży do nieznanego zakątka wspólnego ich przeznaczenia.
Na początek Margerita wyraziła żal z powodu braku wiązanki kwiatów, którym mogła upiększyć środek stołu. Z uwagą patrzyła na lśniący czystością blat, tak jakby szukała na nim ostatniego szczegółu, który w tym przypadku stanowił kropkę nad „i”. Harison zamyślił się, po czym zaproponował
- Wiesz co Margerita! Ponieważ ja na swoim koncie mam jedną przegraną …chciałbym się odegrać! Załóżmy się !
- Hm ….zakład! – spojrzała na niego z ciekawością – … znowu przegrasz! – krótko osądziła!
- Jesteś pewna!
- W zasadzie tak, .. tylko …, a właściwie o co chodzi!
- Dlaczego Wy kobiety zawsze próbujecie odgadnąć nasze męskie myśli?!
- … my kobiety kontra wasze męskie myśli! … hm … nie musimy nic odgadywać … my … po prostu was znamy i wszystko o was wiemy!
- Tak wiecie! – zawadyjacko stwierdził - no to! … jak wiesz, … to obstawiaj w ciemno?
- Hm … w zasadzie wiem … ale …. No dobra poddaję się! … blefowałam! … to o co ma być ten zakład! – spojrzała znów z tęsknotą na środek stołu!
- Ja pójdę nazbierać kwiaty do wazonu, a ty zrobisz pyszny obiad!
- Wiedziałam! , … ale !
- Co ale …!
- Ale nie byłam pewna! No… prawie pewna!
- … to co zakład stoi … kto pierwszy ten … ! – wykrzyknął Harison pewny siebie.
- O nie, … nie o to Steve! … obieranie ziemniaków zniweczy moją wygraną!
- W takim razie bez obierania, ale gotowane w mundurkach! - obstawił
- Hm … to może bez obierania i gotowania …tylko o jajka sadzone !
- Ok.! Bukiet kwiatów przeciwko sadzonym ! - przybił na koniec skazując siebie na przegraną.
Głośny śmiech Harisona i Margerity odbił się od wszystkich ścian
Dziewczyna wyglądała świeżo i pachnąco, zwłaszcza, że jej włosy nie zdążyły jeszcze wyschnąć na całej puszystej objętości. Ciemne loki zakrywały od tyłu dwa wąskie paski jednoczęściowej sukienki, które utrzymywały materiał na smukłej postaci. Bordowa sukienka miała mocno wycięty dekolt.
Harison poszedł w stronę drzwi. Wychodząc na taras głęboko westchnął w myślach, wyobrażając sobie dwa opadające ramiączka
- Ah, gdybym miał tylko nożyczki!
- To co byś zrobił ? – z ciekawością zapytała Margerita.
Odwrócił się - … że co? … o skąd to pytanie ? – wyrwany z zamyślenia spojrzał na dziewczynę - czy to znaczy, ze umiesz czytać w myślach!
- Już o tym mówiliśmy! … ale na serio … nie umiem … ale pomyśl! – spojrzała Harisonowi głeboko w oczy - chyba każdy facet patrząc z taką zachłannością na dekolt myśli o … - urwała
- Ale ja nie patrzę!
- Teraz nie … ale patrzyłeś!
- Nie patrzyłem!
- Tak … to popatrz na mnie! – rozkazała
- Ok., no to patrzę! – z pokorą wlepił wzrok w Margeritę.
- Gdzie teraz patrzę! – zapytała
- Hm … patrzysz na moje przyrodzenie!
- Bingo! … a teraz,
- W oczy!
- Czyli pomyśl Steve … czy sądzisz, że jak ty patrzysz na moje piersi, to uważasz, że ja na ciebie patrzę? … czy nie patrzę?
- No patrzysz!
- No to jeśli patrzę na ciebie , … to widzę! … że do cholery od momentu jak ubrałam te wydekoltowaną sukienkę to się wpatrujesz, w moje piersi! – szybko postawiła kategoryczny zarzut, którym Harison został przygwożdżony do muru.
- Patrzę! czy nie patrzę! … no ale one są … ! – ściszając głos niepewnie odpowiedział
- są … no jakie, no jakie do cholery one są!
- no takie – westchnął - zapierające dech w piersiach i zabójczo …. piękne! – przez cały czas pamiętał obraz Margerity rozebranej do połowy w wodzie nie mogąc się uwolnić od roli skrupulatnego krawca przykładającego centymetr do stroju Ewy.
- Steve! … piersi muszą zapierać dech!
- W sumie tak … ale czemu mój! - Harison odkręcił wzrok jak skarcony słowem dzieciak. - To co mam robić!
- Nic! … myśl o zbieraniu kwiatów!
Harison podniósł dumnie głowę.
- w zasadzie to masz rację! … już myślę i się koncentruję! – odrzucił miarkę z rąk, odczekał chwilę i wykrzyknął – faktycznie już mi lepiej! , … to takie proste! – zaczął się śmiać.
Lubił gry słowne, durne i idiotyczne, które często wyprowadzały ludzi z równowagi. Ale nie Margeritę.
- wiesz co Steve?! … cholernie lubię z tobą rozmawiać! – dziewczyna przerwała gromki śmiech Harisona.
- Hm … ja z tobą też! ... Czuję się jakbyś była moją … kuzynką …- skłamał i znów spojrzał na biust!
Margerita krzyknęła - … do cholery! … patrz w moje oczy … czy mamy zacząć od nowa bajkę pt „ nie patrz Steve na moje piersi bo mnie wkurzasz” – na koniec spokojnie poinstruowała Harisona - … oddychaj i myśl o, … zbieraniu kwiatów !
- Masz rację! , … nazbieram ich całe mnóstwo i obsypię całe ! …
- całe co ?! – była prawdziwie zaciekawiona nie dokończonym zdaniem
- Całe twoje łóżko!
Margerita w tym miejscu zamyśliła się i nabrała w płuca dużo powietrza. Dekolt powiększył się o dobre dwa rozmiary w objętości.
Zapytała serio - … czy ty nie jesteś aby romantykiem? … na pierwszy rzut oka, wydajesz się twardo stąpającym mężczyzną po ziemi, ale chyba zmienię zdanie o tobie!
- Hm … może odrobinę .. ale wydaje mi się, że Ty na mnie tak działasz! – też spojrzał na nią głębiej i szybciej tym razem omijając piękny dekolt.
Nie odpowiedziała, tylko lekko uśmiechnęła się jednym kącikiem ust.
Harison pośpiesznie wyszedł z domu. Pozostawił uradowaną Margeritę, która zaczęła odnosić pierwsze sukcesy w otwartej walce. Zaczęła przejmować kontrolę nad swoim wyśnionym bohaterem wzbudzając w nim pożądanie. Od tego momentu wiedziała, że nie trzeba będzie długo czekać aby za moment zawładnąć na umór Harisona sercem.
-----------------
Harison wszedł na duże pole porośnięte różnobarwnymi kwiatami. Od dłuższego czasu jak nadworny ogrodnik, wielkimi dłońmi chwytał wątłe łodygi, na końcach których znajdowały się kolorowe płatki. Przy kolejnym skłonie przystanął tak jakby miał dokonać trudnego wyboru. Obok siebie rosły dwie prześliczne stokrotki.
- Do jasnej cholery … co ja robię! – wrzasnął
Wyprostował skulone ciało. Mocno chwycił zebrany bukiet kwiatów i machnął nim z całej siły przed siebie.
- do cholery! Przecież nie po to mnie szkolili aby teraz zbierał, jak jakiś lovelas: stokrotki, maki czy … chabry ! .. .żeby jeszcze z poligonu! To bym zrozumiał!
Rozłoszczony na siebie samego, stanął na środku łąki, na wprost morza i zaczął wpatrywać się w błękitną toń.
- … nie głupiej… tylko idź po ten cholerny bukiet i wręcz go Margericie – pierwszy podszept stanowczo wycedził przez zęby do umysłu Steva
Po drugiej stronie siedział drugi podszept, który słysząc lalusiowate łkanie zaczął się głośno śmiać. Pierwszy poczuł się urażony z szyderstwa drugiego.
- Czego się durniu rechoczesz … a dlaczego Steve nie może dać kwiatów i co w tym takiego złego … czy w zbieraniu czy w dawaniu koleżko? – stanowczo pierwszy zagaił
- Hm … w jednym i drugim tkwi problem! – odpowiedział drugi
- To jak w takim razie ma uwieść tę dziewczynę … nożyczkami, przecinając dekolt głupcze?!
- Tylko nie głupcze! – oburzył się drugi
- … to jak … przecież kobiety lubią, wręcz ubóstwiają kwiaty!
- jak , to jak?! – drugi był wyjątkowo zdziwiony tak postawionym pytaniem – po prostu …, bez uczuć i zbytnich ceregieli, … normalnie po męsku… za włosy i do łóżka !
- kretyn! … cham! ,… chomonto! - pierwszy wykrzyknął. Nie chciał dalej uczestniczyć w dyskusji. Odwrócił się i skierował swój miły głos wprost do ucha Steva - Hej ... Harisonku ! ... nie słuchaj tego prostaka! – następnie zaczął gburowato i dość szybko rozkazywać - ... idź podnieś ten cholerny bukiet i postaw go na tym cholernym stole! …. potem powiedz jej coś cholernie miłego w stylu … ale pięknie wyglądasz … i błagam cię do cholery – ucho poczerwieniało gdy zaczął już wrzeszczeć - nie patrz na jej biust, jakbyś gapił się w malowane wrota, bo wyglądasz jak ten prostak, który chce jednego! - W ostatnim zdaniu podszept wyhamował spokojnie dokańczając – Kobiety tego nie lubią! Zrozum to do cholery i okaż więcej uczuć!
Harison zamyślił się - nie podoba mi się to wszystko ! – głęboko westchnął – ona jest zbyt piękna i młoda abym dał sobie radę z miłością…. ale …? - zawiesił wzrok na łące porośniętej kwiatami – ale… z drugiej strony … czemu nie spróbować … może to jest kobieta mojego życia!
Odnalazł porzucony bukiet i przeczesał palcami zmierzwione płatki. Gesty od razu zostały zauważone przez drugi podszept. Wrzasnął.
- Haris! … jeszcze popamiętasz moje słowa !… jak nie zostawisz tego bukietu to obiecuję, że będziesz cierpiał. ... Tyle razy mówiłem, nigdy nie ufaj kobietom, a zwłaszcza pięknym ! … - wydarł się na całe gardło - … tym razem rozszerzam skalę, na te przed trzydziestką też.! ... Słyszysz! - znikając pękł ze złości.
Harison był zbyt zajęty dobieraniem pąków, pod odpowiedni kolor sukienki Margerity aby usłyszeć szowinistyczny wrzask. Po 30 minutach żmudnej pracy, dierżył barwny, upleciony wrzosem bukiet polnych kwiatów, które pojawiły się w masywnych rękach poraz pierwszy w jego życiu. |
|
Komentarzy:
3
|
|
PART 19
2007-09-14
|
Dom lśnił czystością. Margerita zrzuciła swój szósty bieg na luz i usiadła przy stole.
- czegoś tu jeszcze brakuje? – westchnęła – już wiem …wielkiego bukietu polnych kwiatów…. Ale najpierw … - wstała i podeszła do lustra – … jak ty wyglądasz! – spojrzała na zegarek - … Boże za 2 godziny będzie Harison … nie może mnie zobaczyć w takim nieładzie.
Margerita zdjęła z siebie ubranie. Stanęła na progu drzwi, tak jak Bóg ją stworzył, smukłą, proporcjonalnie zaokrągloną w kobiecych kształtach. W blasku słońca wyglądała jak prawdziwa Bogini Wenus. Zaczesała dłonią w tył włosy i uwiązała tasiemką pofalowane loki. Długa szyja wyłoniła się spod splecionego kucyka. Rozejrzała się dookoła czy aby nikt na plaży nie zbezcześci intymności. Była sama, poza jedynym świadkiem, który przez cały czas wplątywał we włosy delikatny powiew ciepłego wiatru. Spojrzała przed siebie i zaczęła iść w kierunku zatoki. Gdy linia brzegowa zetknęła się z wodą, w chwili gdy stopy obmyła pierwsza zimna fala, Margerita wbiegła do morza i szybko, jak tylko to było możliwe, cała zanurzyła się w błękitnej toni. Nie lubiła pierwszego wrażenia gdy rozgrzana słońcem skóra drży z zimna. Chciała dać ciału rozkosz od razu, jak najszybciej, bez zbędnych ceregieli, znając zasadę, że gęsia skórka zawsze niesie ze sobą dreszcze.
-----------------
Po środku morza nagle pojawiła się malutki wir, który z każda kolejną sekundą miaro zwiększał swoją objętość, zamieniając po chwil równą taflę wody wielką karuzelę. We wnętrzu, w olbrzymiej wyrwie fal, kryła się czarna dziura. Ze środka bił chłód i dochodził dziwny odgłos, przypominający pisk hamującego z rozpędu pociągu. Dźwięk zapowiadał nadejście czegoś, lub kogoś, kto musiał posiadać nadludzką moc i panować nad żywiołem wody. Od dna morza coś wypychało dziwną postać, która powoli, kręciła się wokół własnej osi. Najpierw przy ujściu wielkiego wirującego ścieku, pojawiły się długie włosy, które splecione w warkocz, w momencie jak uniosły się w powietrze, natychmiast rozplotły się i opadły w toń. Po ułamku sekundy pojawił się fragment głowy, a za chwilę wyłoniła się cała postać. Kobieta, przełamując odśrodkową siłę, która normalnego śmiertelnika wciągnęłaby od razu w dół, lub wyrzuciła na bok, utrzymywała się bez trudu na powierzchni . Patrzyła w kierunku lądu wlepiając wzrok w kąpiącą się w oddali Margeritę.
---------------------
Margerita zanurzyła głowę. Po chwili wyłoniła twarz
- ależ cudownie! – wykrzyknęła i zaczęła płynąć oddalając się od brzegu. – tego mi trzeba było… tej cudownej oblewającej ciało rozkoszy.
Nabrała dużo powietrza w płuca i tyle ile miała tchu zanurkowała. Dotknęła ręką dna. Wzięła w dłonie piasek. Gdy przepuściła ostatnie ziarnko przez palce, nagle poczuła, lodowatą falę, która obmyła całe jej ciało. Chłód przeszył ją do środka. Znieruchomiała. Na twarzy pojawił się lęk. Pośpiesznie zaczęła wynurzać się z dna.
-----------------------------
Na taras z wielkim koszem trzymanym w ręku i zawieszonym rowerem na ramieniu, wszedł Harison. Oparł rower o ścianę i przestąpił próg domu.
- Margerita … już wróciłem! – zawołał.
Nikt nie odpowiedział. Położył kosz z zakupami na stole. Z głowy zdjął wielkie sombrero. Wyszedł na taras.
… jeśli gdzieś jest w okolicy to musi zobaczyć ten znak! - pomyślał
Spojrzał przed siebie i zawołał
Margerita ! … - i z całych sił rzucił kapeluszem w górę, który szybując, jak wolno puszczony latawiec powoli opadał, na koniec lądując na rozchwianym morzu. Harison kilkadziesiąt metrów od brzegu zobaczył znajomy cień na wodzie.
- … ah … to tu jesteś! – zaczął machać rękami w jej kierunku - . Margerita ! Margerita! - znów zaczął krzyczeć - … nie słyszy! – westchnął - …a … , czemu i ja nie miałbym skorzystać z orzeźwiającej kąpieli.
Postanowił zaskoczyć dziewczynę. Wypłynął od drugiej strony, tak, żeby Margerita nie mogła go zobaczyć. Wszedł po pas w wodę i zanurkował. Płynąc, widział pod sobą jasny pofalowany piach. Spojrzał przed siebie. W oddali, zobaczył zawieszone w górze ciało. Miał jeszcze dużo powietrza w płucach aby dotrzeć do mglistej postaci. Margerita zwrócona była w kierunku otwartego morza i szybko poruszając nogami i rękoma utrzymywała się na powierzchni wody. Harison podpłynął za jej plecami.
Jezu jakie ona ma boskie ciało – pomyślał wlepiając spojrzenie w krągłe dwa pośladki. Miał wrażenie jakby mieniąca się w promieniach postać była zrodzona w morskiej fali i należała do Bogini Miłości. Podpłynął od dołu i wyłonił się niecały metr od Margerity. Nadal nie widziała go. Coś dziwnego przykuło jej uwagę, co nie pozwalało poruszyć się. Tym czymś był paniczny strach.
Steve podniósł rękę i rzucił w dziewczynę małą muszelką złowioną na dnie morza. Wylękniona odwróciła się! Miała sine usta.
Jezu … to ty – drżała - … zobacz tam! – wykrzyknęła – coś dziwnego się dzieje na środku morza … to się chyba zbliża do nas.
Harison spojrzał przed siebie.Lej wody, przypominający trąbę powietrzną, mknął w ich kierunku.
Margerita – wrzasnął - natychmiast płyń do brzegu!
W twarzy Harisona malowało się przerażenie.
- natychmiast…. płyń pierwsza! – rozkazał – płyń ile masz tchu w piersiach!
Margerita zaczęła z całych sił przeciskać się przez wodę, zbliżonym stylem do kraula, próbując jak najszybciej zmniejszyć dystans do lądu. Za nią, tym samym torem płynął Harison. W ten sposób ubezpieczał dziewczynę, wiedząc, że na drodze mknącego wiru będzie pierwszą ofiarą, na której zło skupi cała swoją uwagę.
- szybciej, szybciej … ! – ponaglał Harison.
Do brzegu pozostało jakieś 25 metrów. Nagle wielki wir wzbił się w górę> Zatoczył koło ponad płynącymi, a następnie zamieniając się w chmurę deszczową spadł wprost do morza. Wszystko wróciło do normy.
Margerita wycieńczona ucieczką, gdy wpłynęła na płytszą wodę, wyczuwając dno pod stopami, z ulgą stanęła. Wodę sięgała do wysokości jej pasa. Za chwilę obok stanął Harison. Obydwoje ciężko oddychali.
- co to było ! – wykrzyknęła – nigdy czegoś takiego nie widziałam!
- Nie wiem! – znów skłamał gdyż nie chciał niepokoić wylęknionej dziewczyny – … wydaje mi się, że mogły zderzyć się dwa fronty atmosferyczne, które wzburzyły falę i ....
- … Jezu ! … Harison ! … odwróć głowę !
- co się stało!
- …nie widzisz, że jestem naga! |
|
Komentarzy:
1
|
|
PART 18
2007-09-09
|
Harison pędził przez wzgórza. Mocno naciskając leniwie piszczące pedały, mruczał popularne szlagiery. Pomimo lejącego się z nieba żaru, na początek wybrał deszczowy song z repertuaru Franka Sinatry. Potem gładko mijając wzgórza, pogwizdując razem z wiatrem, przebrnął przez dwie kompozycje Gershwina, piosenki Roda Stuarta, Pink Floydów, oraz znane songi The Doorsów. Wspinając się na ostatnie wzniesienie znów zahaczył słowami o dżdżystą pogodę tym razem w utworze „Riders in the Storm”, być może dlatego, że pot zalewał mu oczy. Przy ostatniej sztormowej nucie, przed jego oczami wreszcie rozpostarł się widok starych zabudowań miasteczka Chambre.
Stanął na stoku góry. Wąską asfaltową dróżką pognał w dół, wpadając w ciąg stuletnich kamienic. Wielki słomkowy kapelusz, uwiązany do brody, z trudnością utrzymywał się na siwej czuprynie, próbując zerwać się do lotu. Spod falującego sombrera, słychać było bojową pieśń Dire Straisów, „Brother in arms”.
Harisona wyglądał dość dziwacznie w swoim przebraniu, czym oczywiście wzbudzał sensacje przechodniów. Dla podkreślenia pokojowych zamiarów, mijając co po niektórych mieszkańców, podnosił wysoko dłoń zupełnie tak, jakby wszystkich dobrze znał. Napotkani ludzie tym samym gestem odpowiadali, próbując przypomnieć sobie nietypową postać.
Harison wyhamował z pędu. Zaczął mijać długi budynek prefektury policji. W drzwiach zobaczył aspiranta, który trzymając w rękach koszyk, majtał nim z boku na bok. Ponieważ kwiecień minął parę tygodni temu, nie mogła to być z pewnością święconka, pomyślał Steve i kiwając przyjacielsko ręką, wykrzykną zmienionym głosem.
- witam szanownego pana!
- aaa .. .witam! – ze zdziwieniem aspirant odpowiedział, nie kryjąc w głosie zaskoczenia.
Steve nacisnął mocniej pedały i dalej zaczął gnać krętymi uliczkami. Czuł się tak jakby wiatr dodawał, mu życiodajnej energii. Dokładnie wiedział, do którego punktu na mapie miasta zmierzał. Miał tam ważne zadanie do wykonania. Wjechał na owalny podjazd. Zaparkował rower. Otworzył szklane drzwi. Podszedł do recepcjonistki. Zamienił z nią kilka słów, a nastęnie wbiegł schodami, kierując się w stronę sali nr 12, na III oddziale, szpitala Saint Germane
Harison stanął na wprost łóżka chorego. Złapał oparcie i z całych sił zaczął trząść metalową konstrukcją. Pacjent obrócił się w lewo, za chwilę w prawo.
- k..wa , k..wa … co jest!
- Nic to ja !
- K…wa, … - wyrwany ze snu chłopak przetarł dłońmi otwarte oczy - … a kim ty pajacu jesteś Meksykaninem!
Harison zdjął dziwaczny kapelusz. Odkleił wąsy, pozostawiając jedynie na głowie siwą perukę.
- O k..wa – wykrzyknął grubas – to pan!
- A mówiłem, że się jeszcze zobaczymy!
- Ale ja nic nie zrobiłem, kupiłem kwiaty potme … - opuścił wzrok z zakłopotaniem omijając istotę prawdy o ukrytej w bukiecie broni.
- Słuchaj no Grubasku , opowiadaj jak to było … musze wiedzieć, kto ci to zrobił ?
- Ale ja nie wiem!
- Grubasku nie wnerwiaj mnie tylko mów! – po klepał go czule po ramieniu
- Sss … ostrożnie moje plecy … szczypią jak diabli!
- … że co? – Harison zamyślił się - odwróć się! - rozkazał
Grubas posłusznie przekręcił się na brzuch. Harison podniósł opatrunek. Zaczął wpatrywać się w dziwny znak
- kto ci to zrobił!
- Nie wiem !
- Mów bo cię zdzielę!
- Jezu nie! … proszę ! .. ja naprawdę nie wiem! … jakaś dziwna siła wciągnęła mnie do wody. A to nie był pan!? …. Myślałem, że? … nic nie pamiętam! … film mi się urwał! .
Harison wyjął miniaturowy aparat z kieszeni. Zrobił kilka zdjęć. Błysk lampy rozświetlił plecy grubasa
- co pan robi!
- Zdjęcie najładniejszej części twojego ciała! Reszta jest do wymiany lub odchudzenia! … dobra odwróć się – szarpnął grubasem w bok nadając właściwego kierunku wielkiemu cielsku.
- Sss … moje plecy!
- Przestań się pieścić …. mów, po co tu przyjechaliście!
- Na wakacje … z całą rodziną, siostrą … tatusiem i mamu … - urwał gdyż w tym miejscu Harison zdzielił chłopaka w brzuch. Wepchnięta siła w ciało, odbiła się od sprężyn łóżka i wniknęła w żywą ranę.
- Sss … moje …ple… !
- Mów bo zaraz mocniej dostaniesz!
- Jestem …
Harioson dokładnie wsłuchiwał się w przeciągłą wypowiedź, o przebarwionej miejscami fabule. Szczegóły jakie podał Grubas potwierdziły Steva obawy. Dokładnie wiedział po co przyjechała cała czwórka do miasta Chmabre, czego szukali w zamku, a przede wszystkim z jakiej organizacji się wywodzili. Harison musiał uzyskać gwarancje aby nie popełnić błędu, przy wysyłaniu kolejnego meldunku do centrali. Najbardziej jednak interesowała go tajemna postać z wody, ale na ten temat nie uzyskał wielu informacji. Przy ostatnim zdaniu czule poklepał Grubasa po ramieniu,
- widzisz jaką masz dobrą pamięć!
- sss …
- cicho … rywanol, pomaga na tego typu schorzenia.
- Wiem … kpt mi to już dzisiaj rano mówił!
- w jakim służysz stopniu?
- Jestem kapralem
- No dobra, wystarczy na dziś tych spowiedzi… ale pamiętaj – srogo spojrzał na Grubasa - lepiej nie wchodźcie mi w drogę .. powiedz to swojemu dowódcy! Słyszysz!
- Tak, tak oczywiście! – w oczach skulonego chłopaka malowała się chęć zemsty.
- Nie życzę zdrowia!
Harison odwrócił się - cholerni naziści – wyszeptał i przykleił wąsy. Mimochodem spojrzał na przeciwlegle ustawione łóżko. Poszedł w kierunku drzwi. Spojrzał na leżącego mężczyznę, który próbował ukryć w poduszce twarz.
Oklay udawał, że śpi. – do cholery robi się coraz ciekawiej – rozważał sierżant w skupieniu – hm... po tym co usłyszałem,... już tylko brakuje w tym pokoju odwiedzin samego Adolfa Hitlera
Harison przystanął.
- o cholera, przecież to sam sierżant Okley …. co on tu robi? – oświeciła Harisona myśl niesiona Eureką.
W tym momencie, do pokoju wszedł aspirant z koszykiem pełnym słodkości. Otwierając drzwi wykrzyknął.
- Dzień dobry panie sier…
Oklay szybko usiadł na łóżku i udając wybudzonego z głębokiego snu, gwałtownie przerwał aspirantowi wypowiedź.
- witam ciebie synu!
Nie chciał aby Grubas zorientował się kim na naprawdę jest sierżant, utajniony rano już przez siostrę oddziałową do roli organisty kościelnego . Aspirant w odrazu zrozumiał intencje sierżanta. Widząc jednak Meksykanina, kompletnie zgłupiał. Nie było czasu na długie zastanawianie gdyż Grubas podejrzliwie patrzył z drugiego końca sali.
- Hmm … Witam dziadku – sam się zdziwił ze swojej rezolutności. Zaczął brnąć dalej - … przyniosłem Tobie troszkę pyszności od babci!
- Dziadku! – źrenice sierżanta rozszerzyły się ze złości. Jego wiek nie odpowiadał roli jaką musiał teraz rozegrać przed Grubasem
- witaj wnusiu .. a co tam masz w koszyczku! . – wycedził spod zaciśniętych ust, czuł się tak jak w bajce z „Czerwonego Kapturka” w wersji retro.
Harison stał w skupieniu przy łóżku Oklaya. Tym razem sierżant zaczął mierzyć Harisona wzrokiem, zaczynając sondaż od wielkiego słomkowego kapelusza. Mimo wąsów i siwizny bez trudu rozpoznał prawdziwe oblicze przebierańca.
- Asta la vista sinior – pierwszy wykrzyknął Harison do Oklaya nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- … asta, asta – wtrącił sierżant.
Nie mogli jednak w obecności Grubasa wymienić innych słów.
Grubas leżał na łóżku z wielkimi wybałuszonymi oczami. Przyglądał się rodzajowej scence zaczerpniętej z seriali brazylijskich.
Aspirant nie wydał się, aż tak bystry jak jego przełożony i jedynie skojarzył wielkie sombrero z rowerzystą jaki go minął kilkanaście minut wcześniej. Aspirant zaczął drapać się po głowie, próbując rozmasować opuszkami sklepienie czaszki, z których przekazane ciepło miało poruszyć komórki mózgowe - … ah bo bym zapomniał … babunia upiekła pyszne ciasto! – stwierdził aspirant i położył na małej szafce pachnący keks. Oklay chwycił kawałek i zapchał nimi do pełna usta – może by pan spróbował, jest pyszny !– skierował swoją zapchaną wypowiedź do złaknionych oczu Grubasa, który zaczął przełykać ślinę. - nie dziękuję panie organisto … tatuś z mamusią już tu jadą! – wolał nie pozostawić po sobie wspomnienia żarłoka.
Steve patrzył wielkimi oczami na Oklaya, który w jednej minucie awansował na kościelnego grajka. Harison również nie krył zdziwienia. W tej sytuacji nic innego nie pozostało jak zabrnąć w głupawy dialog.
Harison zwrócił się do sierżanta - zaraz zaraz … czy mógłby sinior zanucić Ave Maryja, dawno tego nie słyszałem – Steve w tym miejscu zaczął się świetnie bawić, uważając swoją prośbę za dowcip opacznie zrozumiany przez sierżanta. Oklay zdębiał kompletnie. Mlaszcząc ustami próbował przepchnąć muzykę przez jedzony keks. Harison przy melodyjnym i przeciągłym - ... aaa... - , przerwał – sinior proszę poczekać, polecę do kościoła po organy, będzie panu łatwiej – zaczął się głośno śmiać. Cała trójka patrzyła na niego z wyłupiastymi oczami. – ok., tylko żartowałem, wracajcie do zdrowia panowie! Asta la vista sinores! – na końcu użył celowo liczby mnogiej, aby nikt nie poczuł się urażony.
Harison wyszedł z pokoju zostawiając teatralne przedstawienie w pierwszym nieskończonym akcie. Za plecami usłyszał pożegnalne - asta! , asta! - wypowiadane przez trójkę mężczyzn. Po drugiej stronie, na scenie, aspirant dalej drapał się po włosach. Niestety opuszkami wzbudził zbyt mało ciepła i komórki mózgowe nadal pozostały szarymi. Na rozjaśnienie nie miały co liczyć w tym dniu. Grubas natomiast głęboko westchnął z ulgą, czując jeszcze na plecach dotyk ręki Harisona. Po chwili Grubas szukając zrozumienia u pozostałej dwójki ogłupiałych jak on mężczyzn, wykrzyknął
– ten Meksykanin to jakiś pojeb!.
Drzwi otworzyły się do połowy i przez szczelinę wsunęła się głowa z wielkim słomianym kapeluszem! – co powiedziałeś!
- Nic, nic, że z pana fajny gość, ...sinior !
- I tak trzymaj!
Steve trzasnął drzwiami. Idąc wzdłuż korytarza, podszedł do napotkanej pielęgniarki.
- proszę chwilę poczekać!
Rozejrzał się dookoła czy w pobliżu nie ma kamer agencji CBA. Wsunął do siostry fartucha, zielony banknot. Kobieta wyczuwając pod materiałem szeleszczące cacuszko, ze środka którego chuchał sam Benjamin Franklin, była uradowana. W takim towarzystwie mogła czekać nawet cały dzień. Harison napisał na kartce datę, godzinę i miejsce spotkania, pod spodem wykaligrafował: Steve Harison. Wsunął kartkę do koperty i wręczył pielęgniarce.
- proszę ją dać panu organiście z sali 12 i proszę pamiętać aby trafiła dokładnie do jego rąk. Do bardzo ważna informacja! – mniał nadzieję, że Franklin zaprowadzi ją do właściwego łóżka.
- Dobrze! … zaraz list dostarczę – posłusznie odpowiedziała
- Proszę organiście teraz nie przeszkadzać, wnuczek właśnie do niego przyszedł, ... karmi go kościelnym keksem – zaśmiał się głośno, szczerząc zęby pod przyklejonymi wąsami.
Harison wyszedł z budynku. Wsiadł na rower. Obok podjechał wielki Jeep w środku, którego siedział kpt Prein. Grubas groźnym wzrokiem patrzył na Harisona jakby próbował pod słomkowym kapeluszem odnaleźć znajomą twarz. Harison opuścił głowę i skrył się pod wielkim rondem. Nie pozdrowił go, wiedział, że z nim nie ma żartów. Wsiadł na rower i pognał w dół uliczki, do pobliskiego sklepu wyczarowanego przez Margeritę. Złaknionymi oczami zakupił cały kosz różności, w którym nie zabrakło słodkich śródziemnomorskich owoców. Zapłacił gotówką gdyż transakcja kartą płatniczą mogłaby ściągnąć na niego również i wywiad sowiecki. |
|
Komentarzy:
4
|
|
PART 17
2007-09-07
|
- Czy coś się stało Margerita?
- Nie… nic ! – przeciągle odpowiedziała
- To dlaczego masz zaczerwienione oczy? – z troskliwością w glosie Harison zapytał – czy ty aby nie płakałaś?
- Nie, nie … ! – zamyśliła się – gdy nad ranem zamiatałam podłogę wpadł mi okruch piachu … musiałam zatrzeć oczy! – znów posmutniała przypominając sobie obraz z tarasu
- Powiedz mi co się stało!
- Nic …. Zobacz uśmiecham się – i wygięła usta lekko unosząc końcówki warg. Jednak z oczu Margerity spływał smutek.
Harison podszedł do dziewczyny. W braterskim uścisku mocno objął ją ramionami i przycisnął do siebie. Poczuła miarowe bicie serca, którego uderzenia rozpędziły demoniczne wizje.
- nic się nie martw … będzie dobrze! – wyszeptał
- Wiem, wiem … ale czasem my kobiety tak mamy … nie musisz się przejmować! … zobacz teraz!
Postanowiła milczeć i dać nadzieję sobie i jemu na szczęśliwe wspólne życie. Wolała nie wyprzedzać faktów mając nadzieję i wiarę w przychylny los. Wierzyła, że być może 10 długich dni i nocy sprawią, że opaczność okaże się łaskawa. Dziewczyna podniosła głowę i na jej twarzy pojawił się prawdziwy radosny uśmiech. Złe myśli poszły w zapomnienie, skrywając w pamięci mroczną przyszłość.
- Tak! … teraz ten mi się naprawdę podoba! – z zadowolenia wykrzyknął Harison, widząc znów śmiejące się oczy Margerity – ktoś mi kiedyś mówił, że potrafię naładować pozytywną energią!
- Ktoś! … mam nadzieję, że nie kobieta, bo będę zazdrosna! – uwolniła się z ciasnych ramion – czy ty jesteś żonaty?
- Hm … a czemu pytasz?
- Bo coś mi się wydaje, że nie!
Harison, udał że nie słyszy odpowiedzi i podszedł do pierwszej napotkanej szafki stojącej niedaleko pieca. Otworzył na oścież drzwi – wiesz co? – patrząc po pustych półkach, stwierdził - musimy jakoś obudować się w naszej twierdzy, na resztę dni!
- A co masz na myśli?
- Jedzenie! … dużo... tak dużo, żebyśmy nie mogli tego przejeść, tak dużo ... abyśmy mieli wielkie brzuchy! – i zaczął chodzić na przykurczonych nogach udając grubasa
- … i picia, … i owoców ! - wtórowała Margerita!
- jestem głodny jak wilk! – poklepał brzuch - Mam ogromną ochotę na ziemniaki z sadzonym jajkiem i zimnym kefirem!
Margerita podbiegła na środek pokoju.
- Odsuń się od stołu! to może byc niebezpieczne ! - rozkazała - Tak to się u nas robi! – strzeliła dwoma palcami w górze - Uważaj! I patrz! ... zaraz stół pokryje się białym obrusem! ... Uwaga!
Harison stał i patrzył na wesoły taniec Margerity, zapowiadający czary mary. Stanęła wysoko na palcach, podniosła dłoń - Uwaga! ... – powtórzyła i strzeliła jeszcze raz palcami, wypowiadając zaklęcie – czary mary bim sala bim, stoliczku nakryj się!
Nic się nie zmieniło, na blacie nadal zalegała spora warstwa kurzu.
- oj przepraszam ! - wykrzyknęła - nie udało się tym razem… , ale wiesz co? Na kuchni będzie mi łatwiej wyczarować pyszne danie!
- A ja już myślałem, że ty faktycznie jesteś jakąś czarodziejką! … jesteś kłamczucha!
- Nie … Jestem czarującą ... hm ... czarodziejką i prawdziwą wiedźmą! Mam w sobie zaklętą moc ... mogę sprawić, że sklep będzie 25 km od naszej chaty! ... Możesz sam sprawdzić!
- A bliżej się nie da, dobra wróżko!
- Bliżej nie … ale mogę odsunąć go dalej! Do sąsiedniego miasta za 80 km!
- Nie rób tego … , niech pozostanie tam gdzie jest! . – błagalnym głosem skomlał Harison - w sumie to faktycznie niedaleko …ale na piechotę zajmie dobre 4 godziny w jedną stronę … Nie da się czegoś zrobić!
Zamyśliła się.
- Czekaj chwilę, może uda mi się skrócić twoje męki! Muszę pójść po latającą miotłę mojej prababci!, ... poczekaj tu!
Margerita zniknęła za drzwiami malutkiego przedsionka.
Harison rozglądał się po pokoju i wzrokiem skanował każdy fragment ścian, okien i skromnego wyposażenia. Spojrzał na grube okiennice, które w sytuacji awaryjnej mogły tworzyć idealną ochronę, budując ze ścian solidne obwarowanie. Nic nie wzbudzało Harisona niepokoju poza jednym szczegółem. Brakiem dostępu do komputera za pomocą, którego mógł nawiązać kontakt z centralą. Był kompletnie odcięty od świata. Telefon komórkowy był zbyt niebezpiecznym narzędziem, przy jego użyciu mógłby zostać w łatwy sposób namierzony. Jeden z byłych polityków, z którym kiedyś miał bliski kontakt, w ten sposób został zdemaskowany. O mały włos, przez nieostrożność mógł przez niego popaść w duże tarapaty, podczas spotkania biznesowego w hotelu Mariott na Seszelach.
Nagle Harison usłyszał głos Margerity, która waląc czymś o podłogę, ze złości przeciągle zaklęła. Po chwili znów coś runęło, i za moment wielki przedmiot zaczął szurać po skrzypiącym suficie.
- a co ona robi na strychu ... ależ ona ma temperament – pomyślał – i słodycz i … coś, ...co trudno okre … - urwał
- Steve ! czy możesz mi pomóc – zadyszana dziewczyna z oddali zawołała
Harison szybkim krokiem poszedł do przedsionka, oczekując czegoś najgorszego. Bał się aby przypadkiem Margerita nie odgarnęła odrzutowca B 57, którym zresztą często latał. Na górze drabiny, przystawionej do otwartej w suficie klapy, stojącej w drzwiach strychu, zobaczył umorusaną od stóp po sam dekolt rozczochraną, ciemnowłosą postać.
Po kilku brzęczących dzwonkiem chwilach, na dole stał stary rower, który na pierwszy rzut oka wydawał się być pomalowany na kolor czarny. Ale na pewno, w całości, w chwili zejścia z linii produkcyjnej. Przez kurz i rdzę przebijała wypłowiała farba. Rower wyglądał jednak dość solidnie zwłaszcza z wielkim zawieszonym na sprężynach siodełkiem i wygiętą kierownicą, przypominającą baranie rogi.
- No cóż latającej miotły nie znalazłam ale …. – klepiąc dumnie skórzane siodełko zakończyła – … na nim mój dziadek jeździł do miasta!
- A miotła!? - głośno zaśmiał się Harison
- Jak wrócisz to znajdę ją dla ciebie … i potem po obiedzie, razem gdzieś polecimy! ... i jak ci się podoba metalowy zabytek?
- No , no … wygląda całkiem przyzwoicie … parę ruchów pompką i rower będzie gotów do podróży – stwierdził Harison oglądając ze wszystkich stron metalowe wykopalisko
- … i parę ruchów mokrą ścierką po ramie… - wtrąciła .
- no to startujemy! Kto pierwszy ten … ?
- ... ten spełnia żądanie wygranego!
- Stoi zakład – razem wykrzyknęli.
Harison chwycił pompkę i zaczął szybko nabijać powietrze do oklapniętych opon. W tą samą siłą bicepsy mężczyzny urosły o dobre kilka centymetrów, wyłaniając spod skóry kilka nabrzmiałych żył. Dętki potrzebowały dość dużo ciśnienia, zwłaszcza, że podróżnik zaliczał się do masywnych osób. W tym czasie Margerita szybko wycierała całą ramę przywracając miejscami blask lakieru. Tworzyli idealny duet. Ich ruchy były stanowcze i pozbawione ślamazarności, mogliby spokojnie brać udział w obsłudze imprez kolarskich.
- Bicykl jest gotowy do podróży! – Margerita odskoczyła od roweru dając sygnał, że jej czynności zostały szybciej wykonane
- No to wygrałaś !
- Yes! , yes! , yes! … - usłyszał znajomy splot tych samych słów.
Harison wyprostował skurczone ciało. I głęboko odetchnął – gdyby nie stare wentyle, to byś … - wtrąciła się w pół słowa
- ale ty przegrałeś więc, w takim razie .. ty … - ostatnie słowo przeciągnęła na granicę tchu – w takim razie? … poczekamy do wieczora! Już ja coś wymyślę!
Harison spojrzał na zegarek.
- jak tak dalej pójdzie do na kolację ledwie zdążę … ale przed podróżą muszę się najpierw przebrać!
Steve poszedł do sąsiedniego pokoju i rozsunął plecak. Rozłożył rzeczy na łóżku i wskupieniu zaczął szukać odpowiednich rekwizytów. Założył kolorową ukwieconą w chabry koszulę. Otworzył małe pudełko i przez chwilę poszperał w jego wnętrzu. - te będą w sam raz – pomyślał i przykleił wąsy. Następnie założył siwą perukę. – jeszcze by się coś przydało – westchnął i zaczął rozglądać się po pokoju. Czegoś szukał - a może to! - i szafy zdjął kapelusz, który leżał tam od wielu lat. Otrzepał go o kolano. Słoneczny kolor pojawił się na całej słomianej powierzchni. Na środku długiej czapy, zobaczył wypaloną dziurę. Zamaskował ją okręcając wokoło czerwoną szarfę. Na oczy włożył ciemne okulary. Otworzył szeroko drzwi i stanął obok roweru. Wyglądał jak wieśniak meksykański ubrany w wielkie sombrero, który postanowił zrobić swoim bezguściem wrażenie na odpuście.
Margerita stała przy oknie i wpatrywała się w błękitne niebo.
- … i jak wyglądam? - wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się.
- O rety! – wykrzyknęła – a co to jest … no, no … muszę przyznać, że gdyby nie rower dziadka to na pewno bym ciebie nie poznała! – i zaczęła się głośno śmiać – a po co tobie to dziwanczne przebranie !
- Teraz nie mogę mówić! ... Ściśle tajne przez poufne … będę za 5 godzin...przywiozę tyle jadła ile udźwignie ten wielocyped – i oparł dłoń na wysłużonym bagażniku z przyczepionym wielkim wiklinowym koszem – Komu w drogę temu ... - spojrzał na plażę - temu ... hm ... rower na ramię !
Mężczyzna stanął na progu drzwi. Wiedział, że 3 km będzie musiał maszerować po grząskim piachu.
- I pamiętaj, gdy dojdziesz piaszczystą dróżką do jezdni, ... musisz skręcić w prawo, ...potem cały czas prosto, ... miniesz kilka wzniesień i gdy wjedziesz na wielką górę,.... w dół dotrzesz do samego rynku. Tam jest czarodziejski sklep! – usłyszał za plecami dokładny instruktaż
- Tak jest … zrozumiałem, … rozkaz wykonam niezwłocznie! – wykrzyknął – i schodząc z ostatniego stopnia, na koniec, w geście pożegnalnym, podniósł do góry wolną rękę - do zobaczenia!
Harison zniknął z tarasu. Margerita usiadła przy owalnym stole. W domu panowała kompletna cisza. Przez otwarte drzwi, w oddali, zatrzymała wzrok na plaży prowadzącej wprost do morza.
- marzę o kąpieli! – odkręciła wzrok i rozejrzała się po pokoju – ... ale najpierw czeka mnie wielkie sprzątanie – ciężko westchnęła – do przyjazdu Steva zostało zaledwie pięć godzin o… - spojrzała na zegarek i przeprosiła własną myśl – za 4 godziny i 45 minut! A więc do pracy czarująca czarodziejko! |
|
Komentarzy:
3
|
|
PART 16
2007-09-01
|
Do łóżka szpitalnego podszedł wielki grubas. Położył dłoń na metalowym stelażu i z dużą siłą potrząsnął nim, tak, że leżący na nim mężczyzna obrócił się w jedną, a za chwilę w drugą stronę.
- obudź się do cholery! Słyszysz!
- Co … co się stało ! – pacjent z zaspanymi oczami spojrzał na stającego nad nim mężczyznę – … a to ty tato!
- Tak to ja! – grubas odwarknął, poczym krótko zapytał – szukaliśmy cię cała noc , co ci się stało?
- nie wiem dokładnie, ale napadli na mnie!
- kto ?
- wydaje mi się, że to ta ciemnowłosa kelnerka, z tym barczystym gościem z hotelu!
- Z jakim gościem ?
- no tym co sam siedział na tarasie i coś pisał przez godzinę … pokazywałem go tobie tato, że to musiał być jakiś pojeb!
- ten k…a , p….ole , za…bie ich ! - grubas rzucił kilka przekleństw, poczym odwarknął - … a skąd wiesz, że to był ten gość!
- dopadł mnie w toalecie, ... to jakiś wspólnik tej kelnerki z hotelu … , jest bardzo silny i pewny siebie!
- Tak … no to zobaczymy! … mówiłeś coś na policji? – na koniec zaniepokojony grubas wykrztusił tubalnym głosem
- Nie zdążyłem , niewiele pamiętam… , byłem nieprzytomny ale to wszystko dziwnie wyglądało tato.
- jak się czujesz?
- już lepiej ale boli mnie całe ciało!
- Czekaj no! – i grubas spojrzał na nieprzytomnego Oklaya
- A ten to kto?
- Nie wiem … ale jak widać jeszcze się nie obudził!
- W porządku, mów jak to było od początku!
- szedłem na przystań do naszej łodzi po giwerę i i chciałem ukryć ją w kwiatach.
- W jakich kwiatach?
- No tych co mi ten gość kazał w toalecie przynieść dla tej suki!
- … czy ty oszalałeś, jakie kwiaty i jakiej suce i do cholery w jakiej toalecie !
- Tato nie denerwuj się ale to było tak !
- Przestań mnie tytuować tatą , bo cię zdzielę jeszcze mocniej w łeb niż to bylo wczoraj, ty głupcze!
- Tak jest panie kpt. Prien !
W tym miejscu kpt. usłyszał dokładnie cały meldunek z ust podwładnego. Na koniec Prien zaśmiał się tubalnym głosem wyrażając tym samym pogardę dla niemocy swojego kaprala.
- ty durniu, nie mogłeś przyjść z tym do mnie zamiast samemu próbować załatwić tego typa i tą suką. Mówiłem ci przy obiedzie, że wieczorem będzie nasza! … a ty wszystko spartoliłeś! …nie po to tu jesteśmy aby bawić się w ceregiele, musimy dzisiaj dokładnie przeszukać prawe skrzydło zamku. Ingrid natrafiła na ciekawy ślad. Organizacja czeka na wyniki. Sam wiesz, że nie wolno nam zawalić sprawy!
- Ale tato!
- Zamknij mordę, już mówiłem przestań mnie tak nazywać gdy jesteśmy sami … jak się czujesz Karlos !
- Już dobrze , ale mam wrażenie jakbym miał wytatuowane plecy nożem !
- Co ty gadasz! … odwróć się na brzuch! – rozkazał Prein
Jednym ruchem kapitan odkrył koszulę z pleców kaprala. Zobaczył na nich wyryty trójkąt z umieszczonym w środku okiem. Kpt. Prein odwrócił z obrzydzenia głowę
- o kurwa , ty masz wycięty jakiś dziwny znak!
- jaki znak !
- jakby podzielony trójkąt z czymś w środku! … kto ci to zrobił!
- nie wiem, nie pamiętam , coś mnie wciągnęło do wody potem straciłem przytomność!
- Jak to coś ?
- Coś lub ktoś wydaje mi się, że to był ten facet z hotelu, mówiłem, że jest silny! Ale nie jestem pewien !
- Posłuchaj mnie teraz uważnie. Powiesz lekarzowi, że się już dobrze czujesz i każesz się wypisać ze szpitala. Nie mamy czasu!
- A co z moimi plecami … pieką mnie jak diabli!
- Gówno mnie obchodzą twoje plecy Karlos, powiedz pielęgniarce, żeby ci dobry kompres z rywanolu zrobiła!
- Tak jest panie kapitanie!
- Mamy zadanie do wykonania od tego zależy los naszej organizacji. Zadzwonię po wsparcie , niech przyjadą czyściciele dokończyć to czego ty nie potrafiłeś załatwić durniu! Jak ich oboje złapią to będą twoi ... obiecuję to tobie. A teraz przestan się mazać !
- … jeszcze coś panie kpt. - w tym miejscu chłopak się zawahał - … dzisiaj ma być u mnie jakiś sierżant z policji, ma mnie przesłuchiwać około godziny 10 … pielęgniarka mi tak mówiła!
- Jak przyjdzie powiesz mu, że nic nie pamiętasz ! zrozumiałeś !
W tym miejscu na obok leżącym łóżku Okley poruszył się.
- Czekaj no … sprawdzę tego typa … lepiej żeby nie słyszał naszej rozmowy!
Podszedł do łóżka i dociekliwie spojrzał na twarz śpiącego meżczyzny. Sierżant ciężko oddychał miał zamknięte oczy. Prein przekręcił kartę informacyjną uczepioną do tylniej ściany metalowego stelaża i zaczął ją powoli czytać.
- Hm …. Próba samobójcza , postrzał w prawe ramię okolice serca … si…
Drzwi od sali z hukiem otworzyły się
- Aaaa ! ... co pan tu robi! .. i co to za hałasy, to jest szpital! – kpt usłyszał za plecami głos pielęgniarki.
- Nic, nic poprawiam prześcieradło choremu – spokojnym i ściszonym tonem odpowiedział do wzburzonej kobiety.
- Prześcieradło? - odpowiedziała
- No tak … przekręciło się... sama siostra widziała!
Kpt. puścił metalową płytkę z przyczepioną do niej zapisaną kartką. Wyjął z kieszeni banknot 100 dolarowy, poczym wsunął go do kieszeni fartucha kobiety.
- Siostro proszę zaopiekować się moim synem. Dzisiaj wyjeżdżamy i proszę zadbać należycie o wszystko, a zwłaszcza o dobry kompres na jego plecy.
- Proszę pana to niemożliwe, pacjent wymaga rekonwalescencji, ma silnie poranione ciało!
Kpt podniósł groźnie brwi i spojrzał na kobietę – proszę ze mną nie dyskutować … dzisiaj syn opuszcza szpital! Zrozumiała siostra!
Nagle łóżko Oklaya wydało z siebie dziwne skrzypnięcie, jakby leżący na nim mężczyzna poruszył się z niecierpliwienia.
- … a temu co jest ?– Prein odwrócił się jescze raz w stronę sierżanta i wskazał na niego ręką
- nic przywieźli go wieczorem, ale widać, ze jeszcze narkoza działa, … to jest nasz …. – pielęgniarka zawahała się gdyż coś wzbudziło jej niepokój. – to jest nasz - jeszcze raz powtórzyła - organista z kościoła! – z westchnięciem zakończyła.
- hm ... organista ?
- no tak czasem przepłasza ptactwo nad plantacjami i się postrzelił się ostatniej nocy w ramię, … prawdo podobnie z miłości !
- z miłości … chyba do ptactwa! – kpt przerwał i zaczął się głośno śmiać – ... to jeszcze tacy głupcy istnieją!
- Jak pan widzi istnieją ! – oburzona pielęgniarka odpowiedziała – ale ten chyba nie przeżyje jest w bardzo ciężkim stanie – kobieta skłamała chcąc kryć rannego Okleya i przerwać tym stwierdzeniem dociekliwość kpt.
- No dobra ! … proszę pamiętać siostro aby mój syn dzisiaj o 14 opuścił w dobrym zdrowiu szpital. Przyjadę po niego!
- Zrobię co w mojej mocy!
Kpt podszedł do chłopaka i poklepał go czule po poranionych plecach
- wracaj szybko do zdrowia mój kochany synku!
Chłopak przez zaciśnięte z bólu zęby wycedził słowa
- tak jest panie kp … - urwał, i po chwili poprawił się - oczywiście kochany tato !
Grubas odwrócił się i poszedł w stronę drzwi. Stanowczym krokiem przedefiladował przez pokój, mijając łóżko śpiącego Oklaya. Spojrzał ostatni raz z niedowierzaniem na sierżanta, który miał zamknięte oczy. Jednak Prein nie przewidział, że przebiegły Oklay od początku z uwagą przysłuchiwał się całej rozmowie.
… coś wielkiego szykuje się w mieście! – sierżant pomyślał .
|
|
Komentarzy:
7
|
|
PART 15
2007-08-29
|
Słońce zaczęło mozolnie wzbijać się nad horyzontem morza. Gdy ostatni frament tarczy wyłonił swoje pełne oblicze, nagle delikatny podmuch wiatru poruszył okiennicę domu. Tym zapomnianym sygnałem, od lat Anioł Stróż oznajmiał swojej opiekunce, że jego misterna praca została właśnie ukończona. Margerita uniosła leniwie powieki i spojrzała na zegarek. Była godzina 5,30. Dziewczyna przetarła dłońmi twarz. Spojrzała przez uchylone drzwi. Na kanapie spał Harioson.
A jednak, to jednak nie jest sen ! – pomyślała, rozglądając się po pokoju. Po jej twarzy przemknął poranny uśmiech.
Dziewczyna wstała i bezszelestnie poszła w kierunku drzwi wejściowych. Oplotła delikatnie dłonią klamkę i nacisnęła ją. Zawiasy niezdarnie wydały ze swojego wnętrza rdzawe skrzypnięcie. Obróciła głowę. Wydawało się, że Hariosn spoczywał nadal w głębokim śnie.
- śpij mój kochany! – z troską wyszeptała
Przeciskając się przez szczelinę powoli otwieranych drzwi, twarz Margerity dobiegła czerwona poświata słońca, która na owalnym obrysie zaczęła przepalać się w jasną barwę. Na podłodze werandy światło uwijało się pomiędzy usypanymi z piachu nierównymi kształtami tworząc w załamaniach fantazyjne cienie. Dziewczyna stała nad obrazem i próbowała zachłannością w oczach odczytać tajemne przesłanie.
Nagle oświetlona promienna i pełna optymizmu postać Margerity z sekundy na sekundę zaczęła ciemnieć, zupełnie tak, jakby na słońce napłynęła gradowa chmura. Dziewczyna składała wyobraźnią porozrzucane fragmenty oderwanych form planów i postaci, które w końcowej scenie splotły się w mroczny epilog. Zamknęła oczy. Spod zaciśniętej powieki wypłynęła łza smutku.
- Boże to nie może być prawda…dlaczego mi to robisz… teraz kiedy jestem taka szczęśliwa!
Harison przewrócił się na bok. Muskularne ciało przygniotło silniej sprężyny przełamując hałasem ciszę. Margerita pośpiesznie odwróciła się w tył. Z oczu spływała kolejna łza, która prześlizgując się po policzku zarysowała wyraźną szklistą wstęgę.
- Dlaczego teraz …! - patrząc na Harisona, prowadziła samotny dialog.
Nagle silny podmuch wiatru, wbił się w ziarenka piasku niezdarnie obsypując bose stopy dziewczyny. Odwróciła się. Obraz z tarasu zniknął w ułamku chwili. Gdy purpurowa tarcza wzbiła się powyżej daszku werandy, na progu znów zawitała złowieszcza szarość.
Margerita zamknęła bezgłośnie drzwi. Przechodząc na palcach obok wyciągniętego Harisona, jedna z desek niezdarnie skrzypnęła. Dziewczyna przystanęła jakby ktoś przymurował ją do podłogi. Powoli odkręciła głowę i spojrzała na mężczyznę. Z oczami pełnymi łez znów wyszeptała
- Boże, nie rób mi tego! …błagam cię! … jesteśmy przecież sobie przeznaczeni! …. sam mi tak od lat mówiłeś! , …a teraz! … - urwała jakby nie chciała, aby mroczna spowiedź przedarła się przez zaciśnięte powieki Steva.
Margerita próbowała uspokoić rozchwiane emocje. Delikatnie przesunęła środek ciężkości na drugą nogę w nadziei, że leżąca pod nią deska będzie stabilniej przybita do podłoża. Na szczęście płyta drewna nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Znów ruszyła. Widać było, że jej wargi drżały. Łzy stały u bram powstrzymywanego płaczu.
Położyła się na łóżku i okryła ciepłym kocem ogrzanym szczęśliwym i całonocnym snem. Spojrzała na ścianę i zawiesiła wzrok na przyklejonej fotografii. Margerita mocno przytuliła usta do poduszki, która z każdą kolejną chwilą, z trudem, tłumiła wezbraną u brzegów marzeń rozpacz. |
|
Komentarzy:
3
|
|
PART 14
2007-08-18
|
Ciemne niebo za wzniesieniem przecieła wąska czerwona flara, która w ułamku sekundy rozbłysła tysiącem opadających gwiazd. Po niej pomknęły kolejne i kolejne przybierając różnobarwne kolory. Pokaz sztucznych ogni rozpoczął się dokładnie w wyznaczonym czasie.
- zobacz ! – krzyknęła Margerita - patrz , na tę… co za cudowny widok … ! …czy to nie bajeczna noc !
Dziewczyna wpatrywała się w kolorowe niebo, którego iluminacje oświetlały pobliskie wzgórza wraz z ruinami zamku. Godzina 24 wyznaczyła punkt zwrotny w jej życiu. Eksplozja od lat skrytych pragnień, których celem było spotkanie umiłowanego bohatera, rozpoczęła się barwnym spektaklem. Margerita miała wrażenie jakby bajkowy pokaz był szczególnie dedykowany jej osobie, a przede wszystkim poświęcony spełniającym się marzeniom.
Para stała w skupieniu na wprost wybuchających w oddali fajerwerków. .
- wiesz co Margerita ? – Steve wtrącił się od niechcenia. Skierował swoje pytanie do osoby, która owładnięta emocjami, nie była wstanie go usłyszeć.
- … patrz, patrz … ! - krzyczała
- musimy uważać aby … ! – dalej kontynuował
- … ależ ta wysoko rozbłysła ! – dziewczyna uradowana bajecznym widokiem wiwatowała
- właściwie to muszę uważać na … ! – Harison znowu urwał gdyż w jego zaczęty wątek wplotła się kolejna flara - … tę czerwoną dedykuję dla ciebie … przepraszam dla Pana – dziewczyna szybko poprawiła błąd w ekspresyjnej wypowiedzi.
- … które mogą wzniecić miłość! – Harison, tym samym spokojnym głosem dokończył zaczęte i przerywane zdanie
Ostatnia eksplozja przeznaczona dla Steva dopadła ziemi, gasząc świetlisty spektakl.
- … co Pan mówił … przepraszam… czy może Pan powtórzyć!
- mówiłem, że … właściwie, to nic ważnego! … Margerita głupio to zabrzmi ale przestań mnie tytułować per pan … czuję się jakoś dziwnie, … jakoś staro!
- Jak sobie Pan życzy, … o przepraszam … jak sobie życzysz!
- Chodźmy w takim razie napić się ostatniej szklanki wina na uwieńczenie udanego dnia ! - zrównoważonym głosem odrzekł Harison, jakby pod zimną fasadą skrywał zadowolenie.
Szli w stronę domu.
- Wiesz co Steve! … inaczej sobie to wszystko wyobrażałam !
- Ale co!
- Nas na plaży! … moja wyobraźnia mnie okłamała! … rzeczywistość jest! – ściszyła głos i opuściła głowę
- Jaka ?
- Jest taka … - jeszcze bardziej pochmurniała, wywołując zaniepokojenie w zachowaniu mężczyzny - jest taka … - przeciągała napięcie – taka … - i nagle skoczyła do góry. Gdy stopy znów dotknęly ziemi, rozprostowała ręce i zaczęła kręciś się wokół własnej osi z całych sił wiwatujac – … jest taka, której na nic w życiu bym nie zamieniła … nie zamieniła na nic! Słyszysz ! … na żaden najcenniejszy skarb na ziemi!
Harison patrzył z boku na fantazyjny taniec Margerity. Zwiewna sukienka kręcąc się wokół ciała dziewczyny, miarowo unosiła się, odsłaniając w pełnej okazałości smukłe nogi, które w tańcu, dotykały brzegu szumiącego morza. Margerita wbiegła do wody.
- Steve … jakie gorące morze … choć tu !
- A ubranie !
- Jutro wyschnie !
- Jutro … lepiej niech będzie dziś! – odpowiedział .
Dziewczyna wybiegła na brzeg.
- musisz tam wejść! … nie pożałujesz ! …woda jest gorąca i taka! ... - i zaczęła ciągnąć go za ręce, próbując wciągnąć do morza.
Margerita nie dokończyła zdania gdyż Harison mocno przyciągnął ją do siebie. Wbił obolałe wargi w usta dziewczyny jakby nie czuł w nich bólu. Nie miała wyjścia. Silne ramiona oplotły ją w ciasnym uścisku i zniewolona oddała się we władanie namiętności. Splecione języki jak przywiązane do obudowy pędzącego wiatraka szybowały w wilgotnej przestrzeni partnera, próbując zawładnąć każdą najmniejszą, wspólną częścią. Naprzemian w płytkich i głębokich muśnięciach, obydwoje uchwyceni w długiej i przeciągłej chwili zamarli, aż do momentu gdy zaczęło w płucach brakować powietrza. .
- ależ ty smakujesz! – Harison wykrzyknął
Dziewczyna nie odpowiedziała. Zarzut był zbyt drażliwy na usprawiedliwienie.
- musiałem to zrobić !
- ja przecież nie kazałam … !
- oczywiście, że nie … w każdym razie przepraszam za natarczywość!
- Widzę, ze jesteś dżentelmenem!
- … przesadzasz … ale mam nadzieję, że nie zrzucisz na mnie żadnego głazu?
- … hm …. Zobaczymy! – i zaczęła się głośno śmiać - … oczywiście, że nie przecież nie mogę uśmiercić swojego wybawiciela.
- Wybawiciela … dziwnie to brzmi … ale nie muszę chyba się ciebie bać … to brzmi obsesyjnie, jak w horrorze!
- Życie jest horrorem, …spokojnie proszę się rozejrzeć dookoła…nie ma żadnych głazów, można chodzić bez obaw po plaży.
Zawadyjacka rozmowa była bardziej nastawiona na prowokację wymieszaną z pokaźną ilością wina. Zbliżyli się do drzwi domku. Były otwarte. Weszli do środka. W tym samym miejscu lampa naftowa przeciskała się blaskiem przez mrok. Harison poczuł zmęczenie.
- Jest już późna godzina, odłóżmy wszystkie sprawy na jutrzejszy dzień. … gdzie mam spać? – zapytał lekko ukrywając dłonią ziewnięcie. Długie przesłuchanie i spotkanie z Okleyem dawało oznaki w postaci znużenia.
- zaraz panu przygotuję łóżko … niestety przykryje się pan kocem!
- Byle czym, ale muszę się położyć i choć na trochę zasnąć. Jutro opowiem tobie skąd przybywam, mamy przed sobą jeszcze dużo, wspólnego czasu!
- Wiem ! proszę się nie martwić … wszystko rozumiem!
Po pięciu minutach Harison spał na miękkiej kanapie.
Margerita otworzyła drzwi i wyszła na taras. Z rogu wyjęła dużą szczotkę i dokładnie zamiotła podłogę przesypując zwały starego piachu. Deski odsłoniły swoje nierówne kształty. Płótno było przygotowane do postawienia pierwszej kropli. Było czyste i lśniące w blasku księżyca. Margerita stanęła w progu i chwilę wpatrywała się w dół, próbując dostrzec jakiegoś znajomego znaku. Los chwycił pędzel i wkrótce pierwsza kreska pojawiła się w kąciku podłogi.
- Już jest, ... mój kochany Anioł Stróż, … nie zapomniał o mnie! – szczęśliwa wyszeptała
Po chwili, wiatr zaczął malować obraz z ziarenek, zapisując w kształtach tajemne przesłanie. Nie chciała mu przeszkadzać. Dziewczyna, zamknęła cicho drzwi aby nie zbudzić Harisona. Na palcach poszła do swojego pokoju. Wyciągnęła się wygodnie na łóżku i okryła kocem. Przekręciła się w jedną stronę, a następnie w drugą. Pod materacem sprężyny lekko wydały ze swojego wnętrza delikatne skrzypnięcie. Znów obróciła się na prawy bok. Na ścianie, na wysokości twarzy, zobaczyła pożółkłą znajomą fotografię. Przykleiła do palców pocałunek i następnie dotknęła nimi do postaci na zdjęciu. Wyszeptała.
- śpij dobrze mój kochany! … do jutra !
Okryta marzeniami zasnęła. |
|
Komentarzy:
17
|
|
PART 13
2007-08-11
|
Proszę tu zatrzymać samochód i poczekać ! – Harison spokojnym głosem powiedział do taksówkarza.
Odwrócił się do Margerity – Jeśli nie wrócę za 20 minut to spotkamy się w latarni morskiej!
- dobrze, tylko proszę na siebie uważać! – czule odpowiedziała
Dziewczyna została na tylnim siedzeniu samochodu. Steve pobiegł w stronę drzwi wejściowych do Hotelu. Zbliżył kartę chipową do czytnika i po chwili zniknął wewnątrz budynku.
W sali recepcyjnej nikogo nie było. Mgliste światło z kinkietów rozpraszało się równomiernie po całym pomieszczeniu. Steve bezszelestnie wbiegł na pierwsze piętro i pokonał dystans długiego holu, na końcu którego usytuowany był pokój z nr 19. To w nim mieszkał od dwóch tygodni. Mężczyzna przeciągnął ten sam kawałek plastikowej karty przez czytnik magnetyczny i usłyszał znajome kliknięcie. Drzwi puściły rygiel. Nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Oparł plecy o naprzeciwległą ścianę i krokiem posuwistym, stopa za stopą, doszedł do salonu. W dużym pokoju był już bardziej swobodny. Energicznie podszedł do okna i szczelnie zasunął zasłony. Nie chciał, żeby ktokolwiek widział zapalone światła, które mogły ściągnąć nieoczekiwane kłopoty. Cofnął się. Zapalił światło. Znów stanął na linii progu do holu prowadzącego z powrotem do drzwi, który pokonał w dziwaczny sposób. Przyklęknął i przyłożył policzek do wykładziny. Po chwili miał stuprocentową pewność. Cztery, powbijane szpilki oddalone od siebie w nierównych odstępach na długości chodnika były poprzewracane. Był to znak, że ktoś buszował po pokoju.
Harison podszedł do łóżka, i znów uklęknął. Zaczął macać od spodu materac. Natrafił na wypust, odnalazł rozdartą dziurę i włożył do środka rękę. Po chwili w jego dłoniach znajdował się pistolet. Było to Magnum 43 mm. Wstał. Opuścił lufę i przeładował magazynek. Lufę wsunął za tylni pasek spodni, tak aby rękojeść była w zasięgu ręki. Skierował się w stronę szafy. Otworzył ją. Wyciągnął dużą torbę podróżną i chaotycznie zapełnił ją osobistymi rzeczami, które pościągał z półek. Na koniec rozejrzał się po pokoju w celu upewnienia się czy czegoś nie pozostawił.
Wszedł do łazienki. Ponieważ nie widział swojego odbicia, od czasu opuszczenia hotelu był ciekawy wyglądu po wizycie w prefekturze policji. Spojrzał w lustro!
Do cholery, wszystko się skomplikowało! – wyszeptał, widząc poobijaną twarz. – Cholerny Oklay! … gdyby nie rozbita warga mógłbym spróbować zanurkować!
Odkręcił kran i oblał zimną wodą twarz. Poczuł miłe orzeźwienie, które wniknęło w głąb skóry. Znów rozejrzał się po łazience. Nic nie zostawił, poza typowym zestawem ręczników, wypożyczanych na czas pobytu od sieci Libre.
Cofnął się do przedpokoju. Odkręcił puszkę zabezpieczającą obwody drzwi i przerwał czerwony zasilający kabel. Chciał utrudnić kolejne wejście niemile widzianych gości. Zgasił światło i odsłonił zasłony, stwarzając wrażenie jakby nikogo w pokoju nie było. Lekko nacisnął klamkę i znalazł się na długim holu.
Odległość dzielącą od recepcji pokonał w szybkim tempie, przesuwając się wzdłuż ściany, aby w razie zagrożenia nie zostać w centralnym punkcie korytarza. Zbiegł schodami w dół i wszedł za drewniany kontuar w recepcji. Odnalazł klawiaturę i otworzył komputer. Blask ekranu oświetlił twarz Harisona, który zaczął przeglądać wszystkie rezerwacje i meldunki hotelowych gości z ostatniego tygodnia. Na monitorze wyświetliło się jedno nazwisko. Była to rodzina Stevensonów.
- cholerni naziści! – przemówił do tabeli excela.
Otworzył przeglądarkę i wpisał dziwny adres strony. Zalogował się jako Steve Harison. W okienku wstukał numeryczne hasło składające się z15 cyfrowego kodu, którego żadna agencja nie była w stanie złamać. Napisał krótką notatkę i zatwierdził enter-em. Wieść pognała łączami na drugą półkulę do agencji NASA.
Zamknął komputer. Jeszcze raz dokładnie rozejrzał się po opustoszałym holu. Nie było żywej duszy. Opuścił w pośpiechu hotel.
Taksówka czekała we wskazanym przez Harisona miejscu. Stała na zapalonym silniku. Harison wskoczył na tylnie siedzenie.
Ruszaj ! – i spokojnym głosem wymusił posłuszeństwo kierowcy.
- Mam wszystkie swoje rzeczy! – odwrócił się do Margerity – gdzie jest ten domek, w którym mieszkałaś z rodzicami! .
- Jakieś 30 km w stronę latarni morskiej ! – i wskazała palcem w oddali migoczące światło.
- Jedziemy w tamtym kierunku! – poklepał kierowcę po ramieniu.
Margerita wygodnie siedziała na miękkiej kanapie samochodu. Alkohol lekko szumiał jej w głowię. Oparła ciało o ramię Harisona i po chwili zasnęła. W tym samym czasie Steve rozważał ewentualne scenariusze, które mogły być wynikiem nieoczekiwanego obrotu wydarzeń. Misja spotkania z demoniczną pięknością została odłożona na co najmniej tydzień, a czas poświęcony na rekonwalescencję, los wyznaczył w miejscu gdzie przed wieloma laty pierwszy raz zobaczył Margeritę.
Taksówka szybko przemierzała wzgórza. Na drodze panował spokój i w oddali widać było jedyne światła tnące zielone i porośnięte krzewami pustkowia. Po 30 minutach jazdy samochód dotarł do plaży. Od tego miejsca trzeba było już dojść 2 km piechotą kierując się wzdłuż linii brzegowej.
Domek, który zachowywał niewyszukaną kanciastą formę czworokąta, znajdował się na niewielkim wzniesieniu. W oddali fale z wyraźnym szumem omiatały brzeg. Od frontu, drzwi osłaniał daszek który wystając poza obrys budynku tworzył przyjemny zakątek. Był to ulubione miejsce Margerity podczas burz i ulew, gdzie znajdowała inspirację, a także wskazówki specjalnie dla niej wysyłane od losu. Weranda bowiem wdzierała się w granicę plaży, dlatego też co noc, wiatr usypywał na całym tarasie dywan z piachu. O świcie, Margerita zaczynając dzień, przed wyjściem, przystawała w progu drzwi. Następnie obserwowała na deskach w skupieniu, namalowane wiatrem obrazy stworzone misternie przez drobiny piachu. Widziała w nich swoją fantazyjną przyszłość doszukując się magicznego przesłania w zawiłych formach, kreskach i cieniach. Potem z żalem zmiatywała z podłogi odbicie własnej wyobraźni. Był to znak, że domownikom dopiero wtedy wolno było przekroczyć próg domu. Rytuał ten odbywał się każdego dnia. Ku uciesze rodziców gdy Margerita spóźniała się, zbyt długo wylegując się w łóżku, mama wołała ją wczesnym rankiem.
- Kochanie, choć zobacz co wiatr dzisiejszej nocy dla Ciebie wymalował. Jaki piękny obraz! - i szeroko otwierała drzwi.
Wtedy dziewczynka biegła co sił w nogach i rozszyfrowywała magiczne kształty. Któregoś dnia zobaczyła nawet wymalowany wiatrem swój wielki i wyśniony żaglowiec, a na nim dwie postacie oddalające się w kierunku linii horyzontu.
Para po 25 minutowym marszu wreszcie dotarła do drzwi domku. Stanęli na wprost fasady. Za ich plecami wysoko zawieszoy księżyc rzucał cień na podłogę małego tarasu. Margericie drżało serce gdyż przypomniała sobie dawne i cudowne chwile z dzieciństwa. Na podeście przed wejściem wiatr usypał sporą górę piachu. Nie było na nich żadnych śladów. Był to znak, że nikt od bardzo dawna nie zaglądał do tej malowniczej oazy spokoju. Dziewczyna weszła na stopień i ręką zaczęła obmacywać belkę wspierającą daszek.
Gdzie on u licha jest ! – unosząc się na palcach próbowała natrafić na ukryty przedmiot.
Mam go … wreszcie jest ! – i z satysfakcją pokazała metalową zdobycz, wysoko podnosząc ją w dłoni. To był magiczny przedmiot otwierający bramę do krainy wspomnień, fantazji i rozkoszy.
Klucz pasował idealnie do zamka. Widać było, że pomimo długiego czasu zapadka z łatwością uwolniła zamek. Margerita nacisnęła klamkę i drzwi z przeciągłym skrzypnięciem otworzyły się na oścież.
W dużej izbie można było odnieść wrażenie jakby czas stanął w miejscu. Margerita odnalazła na kredensie lampę naftową i zapaliła w niej nadpalony knot. Mrok przemienił się w półmrok. Podeszła do okrągłego stołu. Oparła z czułością dłonie o blat, w którym ukryte były wspomnienia, odgłosy, a także smak. Zamyśliła się. Zobaczyła małą dziewczynkę siedzącą i otoczoną ukochanymi osobami. Stół był centralnym miejscem, wokół którego tętniło życie w rodzine Santini.
Dziewczyna podniosła głowę. Wspomnienia uleciały, na ich miejsce wkroczyła teraźniejszość, zapisana już niegdyś w jednym z piaskowych obrazów.
- która jest godzina? - zapytała
- 23,55 !
Szybko biegnijmy nad brzeg zaraz będą wystrzeliwane fajerwerki.
Harison spojrzał na smukłą postać. Jej spontaniczność i otwartość była czymś obcym, w jego zimnym obliczu.
- Tak wiec chodźmy!
|
|
Komentarzy:
14
|
|
PART 12
2007-08-09
|
Miasteczko Chambre położone było w niewielkiej dolinie na około, której rozciągały się plantacje winorośli. Od morza miasteczko oddzielał 15 km pas wzniesień, które od wczesnej jesieni do późnego lata, porastały krzewami winogron. Krajobraz wzgórz z oddali przypominał olbrzymi zielony i pofałdowany dywan, utkany milionem brązowych plam. W połowie sierpnia, każdego roku, na jeden dzień wszystkie miejsca, w karczmach, gospodach, pubach od rana wypełniały się niezliczoną ilością gości.
W miasteczku, od dwóch stuleci, znajdowały się trzy znane na całą Francję winnice, które z okazji Święta Wina dostarczyły beczki z wyśmienitym i smakowitym trunkiem. Dawniej wierzono, że dzielenie się winem na okoliczność św Bachusa zapewni dostatek i bogate zbiory winogron w kolejnym roku.
Mieszkańcy podczas obchodów, na rynku, siedzieli na ławach przy długich dębowych stołach, na których stały dzbany wypełnione po brzegi świeżym winem. W chwili gdy z dna naczyń skapywała ostatnia kropla, kelnerki od razu uzupełniały ich zawartość. Przepowiednia głosiła, że w tym dniu nie mogło brakować trunku. Dla uciechy zalewanych gardeł mieszkańców i gości, wszyscy restrykcyjnie stosowali się do zasad wyroczni, aż do momentu gdy nad ranem kur ogłaszał koniec imprezy. Stoły ustawiano na rynku w taki sposób aby w środku znajdowała się owalna scena. Biesiadnicy dobrze trzymający fason, a przede wszystkim pion, mogli tam tańczyć do białego rana, przy skocznych kawałkach przygrywanych przez rodzimą kapelę. Miasto, w tą jedną noc zamieniało się w wielki festyn, do którego każdy z ochotą dołączał nawet z odległych zakątków prowincji. Dla uczczenia dwusetnej rocznicy dodatkowo przygotowano pokaz sztucznych ogni, które wyznaczono na godzinie 24. Ładunki pirotechniczne zaplanowano wystrzelić z najwyższego wzniesienia, na tyłach ruin zamku, który przed II Wojną Światową był siedzibą Masonów.
Zbliżała się godzina 21. Na ulicy panował gwar. Nieliczne garstki, spóźnionych gości podążały w tym samym kierunku co Margerita i Harison. Para po wyjściu z prefektury policji szła wąską uliczką. W oddali słychać było dochodzącą z rynku muzykę, której dźwięki rozchodziły się po całym mieście, odbijając się od ścian ponad 100 letnich kamienic.
Harison spojrzał na zegarek – do cholery za godzinę muszę być gotowy do wykonania misji !
Margerita w skupieniu szła przyglądając się przechodzącym ludziom. Niektórzy, z nich młodzi, głośno witali się pozdrowieniem „Salu”, starsi w bardziej tradycyjny sposób wypowiadali przyjazne Bonsoir, życząc obojgu udanego wieczora.
Po długiej ciszy Margerita przemówiła.
- zostawił mnie pan tam, samą!
- nie rozumiem ?
- Tam na tarasie, gdy ten obrzydliwy grubas mnie obrażał !
- Hm … - Steve nie wiedział co odpowiedzieć
- … pan siedział i udawał że nic nie słyszy! . Jestem na pana wściekła!
- … i co teraz będzie!?
- Jak to co? …! Jestem zła dlatego będzie pan musiał zaprosić mnie na szklankę wina! –
Harison gdyby był słupem soli zamarłby w bezruchu. Zakłopotany odpowiedział
- to brzmi jak zaproszenie!
- Nie, pan mnie źle zrozumiał, to pan ma mnie zaprosić! – Margerita zaczęła się głośno śmiać. Miała pogodną naturę i wielką w głosie życzliwość.
- Czy ty mnie z kimś nie pomyliłaś?
- Panie Harison, przez Pana wylądowałam na policji! – zniżyła nieco głos
- Przeze mnie?
- A przez kogo?
Margerita prowokowała dalej Steva. Chciała aby opuścił na chwilę gardę, żeby móc zadać decydujący cios, jednym słowem, w środek serca.
- Coś panu powiem, tylko proszę się nie śmiać, obiecuje pan!
- Tak! Masz moje słowo!
- Zawsze o panu myślałam, przez wiele lat, i dlatego wyjedziemy stąd razem, z tego cholernego miasta! Nie chcę tu mieszkać!
W tym miejscu, tym razem Harison zaczął się głośno śmiać
- Margerita, przecież my się w ogóle nie znamy? Co ty mówisz!
- Może pan mnie nie zna ale ja dobrze wiem kim pan jest! Teraz jesteśmy wspólnikami!
- Nie rozumiem!
- Widzi Pan to ja zrzuciłam głaz na tego grubasa! Zasłużył na to!
- Na co?
- Na karę!
- Wyznaczyłaś dość surową!
- … no może faktycznie … gdyby trafił, byłaby z grubasa miazga … ale na jego szczęście odskoczył na bok!
- Czy nie zobaczył Ciebie? – zaniepokojony Steve krótko zapytał.
- …. schowałam się na schodach, … wydaje mi się, że nie!
Harison w myślach westchnął. – to dobrze ! , gdyby ją młody Stevenson rozpoznał byłaby w wielkim niebezpieczeństwie.
- …i co potem zrobiłaś? …zrzuciłaś kolejny, … który trafił?
- Nie … potem wróciłam do hotelu. Zostałam w budynku, aż do przyjazdu policji! Nie wiem kto go tak urządził ? … a czy przypadkiem to nie był pan?
- Że co ?
- Widziałam jak pan popołudniu wchodził do toalety za grubasem. Później głośno tam rozmawialiście … słyszałam coś o 27 różach, które kazał mu Pan przynieść! Tylko nie wiem komu?
- Margerita, te róże były dla Ciebie!
- Dla mnie?
- Tak dla Ciebie ..., to był taki mały żart i nauczka dla grubasa. Nie lubię jak w mojej obecności obraża się kobiety!
- Panie Harison wszystko mi się zaczyna plątać. Kazał Pan przynieść grubasowi 27 róż dla mnie! potem Pan go poharatał na brzegu, a teraz waha się Pan przed zaproszeniem mnie na szklankę wina!
Poczekaj chwilkę! - Harioson chwycił się za rękę i z całej siły wbił paznokcie w skórę – cholera! to nie jest sen!
Margerita spojrzała na Harisona. Na twarzy widać było zdziwienie. Teraz mogła przejść do kontrofensywy, gdyż przeciwnik zatoczył pętle wokół swoich myśli. Jego czujność obniżyła się. Zniżył gardę, odsłaniając czułe miejsce do zadania ostatecznego ciosu. Margerita celowała już w samo serce.
- Panie Harison, tak jak już panu powiedziałam jest Pan moim bohaterem nie obchodzi mnie, czy pan tego grubasa poharatał czy nie! Jesteśmy wspólnikami i musimy się trzymać razem. Czekałam na pana całe moje życie, codziennie wpatrywałam się w fotografię, teraz kiedy pan tu przyjechał, do mnie, nie pozwolę panu odjechać. Czy rozumie pan co chcę powiedzieć.
- Nie, nic nie rozumiem !
Margerita w tym miejscu na chwilę zawahała się. Podniosła dumnie głowę, spojrzała głęboko w oczy Harisona, nabrała mnóstwo powietrza w płuca i ze spokojem powiedziała
- Kocham pana!
Steva głowa jak porażona prądem lekko drgnęła, w momencie gdy treść i powaga słów dopadła mózgu .
- Na litość boską, to jest zbyt nierealne aby mogło być prawdziwe, to brzmi infantylnie! – wykrzyknął Harison. - Ja chyba śnię!
Margerita nie słyszała odpowiedzi, była zbyt szczęśliwa. Serce ukochanego, tak jak chciała zostało uderzone w sam środek. Teraz trzeaba było już tylko trochę poczekać na efekt wibracji.
Harison jeszcze raz i jeszcze mocniej wbił paznokcie w swoje ciało. Obejrzał się w bok. Margerita szła wyprostowana, jej stopy lekko dotykały ziemi. Wyglądała tak jakby unosiła się w powietrzu. Roześmiane usta, pogodne spojrzenie robiło wrażenie jakby spłynęła na nią radość i zbawienie. Była dumna w swojej szczerości, a przede wszystkim z odwagi.
A może i życie chwilami jest infantylne, a może to jest właśnie ta chwila! – Steve rozważał w ciszy własnych myśli.
Mężczyzna patrzył z zaciekawieniem na dziewczynę. Jej ufność i otwartość była trudna do zrozumienia w realnym świecie Harisona opartym na twardych zasadach. Zrozumiał, że jego przy ziemskość nie jest w stanie poderwać go do chmur, w których Margerita od lat szybowała. Patrzył na nią i mierzył wzrokiem. - A może tak pozwolić unieść się fantazji i spróbować zakazanego owocu. - Spojrzał na jej wypięty biust. - Uwieść i pozostawić po sobie na plaży jako miłe wspomnienie! – dalej spekulował - A może, to jest właśnie ta niewinność i ufność, skrywana w jej ciele, która sprawi, że uszczęśliwię ją i siebie. Może to jest infantylne, ale jakież rozkoszne!
Para zbliżała się do rynku, na którym tłum oszołomiony winem ekspresyjnie wiwatował. Podeszli do dużej ławy i usiedli na wprost siebie. Harison chwycił wielki dzban wina i napełnił Margerity i swoją szklankę.
A czemu nie oddać się pokusie zawładnięcia i okiełznania żądzy i tak nie mam wyjścia ! – ta myśl przechyliła szalę zwycięstwa. Amor jako sędzia ringowy wystrzelił strzałę w Harisona, pieczętując zakończenie starcia.
Steve podniósł wysoko szklankę i skierował ją w stronę siedzącej piękności.
- na zdrowie !
- za marzenia! – odpowiedziała
Obydwoje opróżnili zawartość z czerwonego trunku.
- kocham ten smak ! – Margerita wyszeptała oblizując językiem wargi.
Ależ ona jest słodka i gorąca! – lekko odkryty dekolt zaczął rozpalać w mężczyźnie pożądanie.
W chwili przechylenia kolejnej szklanki, Steve był już pewny, misja jest odłożona. Potrzebował kilku dni na doprowadzenie twarzy do porządku. Do tego celu postanowił wykorzystać Margeritę, której nieprzeciętna uroda dodawała pikanterii zmysłom, które od wielu lat nie zażywały rozkoszy cielesnej. Nie wiedział jeszcze, że z miłością nie wolno igrać, ani z niej kpić, a zwłaszcza próbować porzucić na plaży.
Jak przystało na prawdziwego Macho, Harison postanowił zarzucić sieć. Był jednak nie świadomy , że sam od kilku minut szamotał się w uwięzi, jak przebita strzałą zwierzyna.
- Margerita jeśli chcesz być moim wspólnikiem musisz zachować dyskrecję.
- słucham z zapartym tchem! – odpowiedziała lekko oszołomiona alkoholem
- Dzisiaj miałem ważną sprawę do załatwienia, ale niestety jestem już spóźniony! Musimy się ukryć.
- My?
- Tak, ty i ja , nie możesz wrócić do Hotelu!
- Dlaczego?
- Nie mogę powiedzieć nic więcej jak tylko to, że grozi Tobie niebezpieczeństwo!
- Czy jest to związane z grubasem? , dam sobie radę … proszę się nie martwić jest jeszcze wiele głazów na zboczach ! – wino dawało się we znaki przy odpowiedzi.
- … to jest poważna sprawa! Musisz się ukryć w domku na plaży, pojedziemy tam razem ale najpierw zabiorę swoje rzeczy z hotelu. Ja też nie mogę tam wrócić!.
Kelnerka uzupełniła opustoszały dzban. Każde następny łyk wlewał do środka gardeł rządzę, która miarowo tłumiła rozsądek i rozlewała pożądanie. Ring w pierwszym starciu dobiegał końca. Magiczny dzień Święta Wina, dopomógł spełnić życzenie, które od wielu lat Margerita w samotności wypowiadała.
- wypijmy jeszcze raz za marzenia! - uradowana dziewczyna wzniosła wypełnioną po brzegi szklankę wina, w stronę pokonanego Harisona. |
|
Komentarzy:
10
|
|
PART 11
2007-08-05
|
Przez szklane drzwi szpitalu Saint Germane, pośpiesznie wwożono pacjenta. Sanitariusze pchając przed sobą nosze pędzili w stronę oddziału reanimacyjnego. Po 30 metrowym biegu, mężczyźni w czerwonych uniformach wpadli na dużą salę wypełnioną specjalistycznym sprzętem ratunkowym. Po przekroczeniu kolejnych drzwi poszkodowanego, przejął zespół lekarzy, który po krótkich oględzinach orzekł, że stan zdrowia zagraża życiu pacjenta. Trzeba było podjąć natychmiastową i jedyną słuszną decyzję dotyczącą zastosowania odpowiedniej procedury. Na pomyłkę nie można było sobie pozwolić.
- na trzy przekładamy ! – wykrzyknął pierwszy lekarz - uwaga … raz ….dwa… trzy….
Ciało nieprzytomnego wylądowało na dużym zabiegowym stole.
Pielęgniarka podłączyła serce do elektrokardiogramu. Na ekranie głośne piknięcia zaczęły informować o rytmie i pracy serca, które z każdą upływającą sekundą miarowo słabło. Upłynął zbyt długi okres od chwili wypadku. Ciało zaczęło wpadać w drgawki agonalne.
- siostro dajcie dożylnie 5 ml soli… natychmiast ! - Lekarz wpatrzony w wykres na monitorze rozgorączkowany wykrzyknął do pielęgniarki.
- Nie mogę się w kuć w żyłę !
- Szybciej bo go za chwilę stracimy!
- Jest , poszło! – oznajmiła z satysfakcją.
Linia odzwierciedlająca pracę serca na chwilę wyrównała poziom.
Ciało rozciągnięte na białym stole nagle znów mocno drgnęło poczym znieruchomiało. Oddech ustał. Na ekranie monitora widać było, że serce zaczęło wpadać w arytmię. Lekarz położył ręce na klatce piersiowej i rozpoczął reanimację poprzez standardowe uciski dłonią w tempie nieco szybszym aniżeli przesuwająca się wskazówka sekundnika, w zegarku pacjenta. Gdyby nie przeżył, Rolex pozostałby jedyną drogocenną pamiątka dla bliskich.
- nie reaguje … tracimy go … Defibrylacja … już!
Doktor położył dwa wielkie ciężkie odważniki na klatce piersiowej, przypominające stopkę żelazka.
– na boki! – i po ułamku sekundy strzelił prądem. Piorun uderzył w sam środek klatki piersiowej.
Ciało podniosło się i opadło w dół. Drugie uderzenie, szarpnęło rannym jeszcze mocniej powodując większy skok w górę.
- do żyły 1,5 ml adrenaliny ! – lekarz instruował pielęgniarkę.
- jest … 1,5 ml ! – powtórzyła
Na monitorze prosta kreska nagle wybrzuszyła się tworząc wyraźna piramidę. Wraz za pierwszą tworzyły się kolejne i kolejne.
- Mamy go ….! – lekarz spojrzał na monitor
- siostro jak drożność druk oddechowych?
- w porządku, nie trzeba intubować!
- ciśnienie ?
- w normie !
- … która sala operacyjna jest wolna? – zapytał prowadzący doktor.
- B – 12!
- Proszę przygotować zespół, za piętnaście minut zaczynamy!
Pacjent wraz z całym korowodem ludzi ubranych na biało mknął do bloku operacyjnego. Przy noszach, na długich żerciach, wisiał woreczek krwi grupy Rh- oraz butelka do połowy opróżniona z przeźroczystego płynu. W windzie pomiędzy parterem, a czwartym piętrem, zadyszany personel na chwilę odzyskał dech w piersiach. Po 3 minutach, stalowe połówki rozsunęły się na długi hol. 50 metrów szybkiego marszu i nosze znów zniknęły za drzwiami sali, na środku której znajdował się duży stół obłożony zielonym płutnem i oświetlony dwoma silnymi lampami. W pomieszczenie tonęło w niebieskiej poświacie.
Skomplikowaną operację zaczęto w planowanym czasie. Zespół złożony z lekarzy wśród których znajdował się doświadczony chirurg z tytułem profesora, w skupieniu przekładał niklowane narzędzia z rąk do rąk, zachowując się tak jakby mechanicy naprawiali uszkodzony silnik. Śrubokręty, kleszcze, kombinerki, dłuta, co i raz znikały za długim zielonym parawanem, poczym wynurzały się przybierając czerwone zabarwienie. Stuk metalowych przedmiotów chwilami przenikał się z dźwiękiem urządzenia informującego o poziomie ciśnienia krwi w tętnicach żylnych. Profesor jak przystało na profesjonalistę, ze skupieniem w oczach odtwarzał poszarpany układ przerwanych połączeń naczyń wieńcowych. Od czasu do czasu profesor przekręcał głowę w stronę pielęgniarki, domagając się otarcia kropel, zakresu siedmiu potów, wyciskanych na jego czole. Na szczęście piekielny gorąc rzucanych promieni na twarz operującego, miał tę zaletę, że dokładnie oświetlał również i wnętrze rozciętego skalpelem ciała pacjenta. Dodatkowo, ku uciesze chorego, w takiej jasności, żadna bakteria nie mogła się zbliżyć do uśpionego chloroformem organizmu, jeśli któraś z nich, niefrasobliwie, próbowałaby się przebić przez zwarty kordon ultrafioletu.
Nadszarpnięte tętnice, kapilary i żyły, po godzinnej żmudnej pracy, w sposób nie budzący wątpliwości u pozostałej części składu asystującego operacji, zostały odpowiednio odtworzone i połączone w miejscach uszkodzeń mechanicznych.
Proszę zaszyć ranę! – operujący przemówił
Agonalna cisza, wreszcie została przełamana. Po intonacji głosu profesora można było wnioskować, że zabieg był udany. Oznaczało to mniej lub więcej, że nie trzeba będzie w przyszłości mrozić ciała, w celu identyfikacji denata przez rodzinę.
- miał dużo szczęścia! – drugi lekarz oznajmił
- szczęścia i dużo głupoty! – odpowiedział profesor.
Lekarka, jak wprawna szwaczka zaszyła to co chirurg wcześniej rozciął na wysokości barku i klatki piersiowej pacjenta, pozostawiając widoczny szef na skórze. Po docięciu ostatniej wystającej nici, kończącej krawiecki kunszt, ze spokojem zapytała.
- Panie profesorze gdzie mamy go położyć ?
- Zawieście go na III oddział sala 12 !
Profesor powoli ruszył w stronę wyjścia. W drzwiach, zdejmując plastikowy fartuch odwrócił się w stronę jeszcze krzątającego się zespołu nad rozciągniętym na stole pacjentem i głośno oficjalnie przemówił
Wszystkim dziękuję! - na koiniec dodał - … a teraz idę wreszcie napić się kawy, która już pewnie zdążyła wystygnąć.
- świetny pomysł – drugi lekarz odpowiedział unosząc głowę - moja żona upiekła pyszne pączki , może pan profesor ma ochotę?
- ….z lukrem i powidłami – profesor przełknął łapczywie śliną
- oczywiście z ogromną i nieprzyzwoitą dla cholesterolu ilością!
- zatem jak pan skończy, widzimy się w pokoju lekarskim!
- w rzeczy samej !
Po 10 minutach siostry wywoziły nieprzytomnego człowieka na oddział szpitala, jedynego, ulokowanego na obrzeżach miasta Chambre.
Siostry pchając nosze po długim korytarzu zachowywały się dość swobodnie. Transport chorych w szpitalu nie był częstym widokiem, zwłaszcza z sali operacyjnej bloku B-12. W miasteczku, najczęstszymi dolegliwościami rdzennych mieszkańców z zakresu chorób wieńcowych, były złamane serca. Osobom poranionym w nieszczęśliwej miłości, zalecano jedynie kurację czasową, na którą zespół operujący szpitala Saint Germane nie miał wpływu. Diagnoza i leczenie zależała od stopnia zaawansowania zranionych komór, przedsionków i zastawek zainfekowanych żalem po stracie ukochanej bądź ukochanego.
Kobiety podjechały pod wskazaną, przez profesora salę. Wjechały z noszami do dużego pokoju, w którym znajdował się jeden chory.
- A co z tym pacjentem przy oknie ?
- Jeszcze nie odzyskał przytomności od popołudnia, … on także przeszedł skomplikowany zabieg chirurgiczny!
- … ale jutro powinien wrócić do normy, profesor mówił, że jest mocno poharatany. Mówił, że na szczęście udało się wszystko pozszywać!
- …jak go przywieziono wyglądał strasznie, był cały we krwi !
- kurcze widziałam! Brrr, … a, właśnie … była już policja?
- … no co ty nie wiesz !
- a co ?
- ten, którego teraz przywieźliśmy jest gliniarzem !
- o rety … faktycznie! – pielęgniarka spojrzała na kartę informacyjną. Powoli odczytała pierwsze zdanie – postrzał w bark, próba samobójcza, okolice „złamanego” serca – w tym miejscu zaśmiała się mówiąc z przekąsem – ah ten nasz profesor … wieczny żartowniś – i dalej powoli odczytała imię - … sierżant Oklay! .
- Okli!, Okluj , Oklay … czekaj kochaniutka, … czeka no,… czekaj !
Zdziwiona pielęgniarka poszła do łóżka pacjenta leżącego i śpiącego przy oknie. Stanęła na wysokości nóg i wyjęła podobną kartę..
- … ale numer, … wiedziałam !
- co ?
- sama zobacz ! – i zaczęła powoli odczytywać zapis z dolnej części karty informacyjnej w ramce zakreślonej jako uwagi - … wypadek na plaży, wiele ran ciętych, pacjent … Junior Stevenson… a i jeszcze coś … i to najważniejsze … na dole jest adnotacja – w tym miejscu podniosła nieco głos - WAŻNE ! … pozostawić do dyspozycji policji , sprawę prowadzi sierżant Oklay.
- O co tu chodzi?
- Nie wiem, … lepiej zmykajmy bo dochodzi godzina 21 i chciałabym jeszcze zdążyć na swięto wina w naszym kochanym mieście.
|
|
Komentarzy:
21
|
|
PART 10
2007-08-01
|
Okley z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi pozostawiając w pokoju młodego aspiranta. Nieskażony jeszcze nienawiścią do podejrzanych podszedł do stolika, przy którym Harison rękawem obcierał sączącą się z ust krew. Szczęka Steva, pomimo wielu uderzeń, nadal utrzymywała w zwartym szeregu, w dwóch prostych rzędach, wszystkie zęby. Na szczęście, żaden najmniejszy odprysk białego szkliwa nie spłynął w dół czerwonej stróżki, która miejscami powoli zastygała na około ust. Skóra nie miała jednak w sobie aż tyle wytrzymałości, a przede wszystkim elastyczności co pozostałe części ciała.
Aspirant starał się zachować spokój. Przez chwilę, w skupieniu, patrzył na Harisona. W oczach młodego policjanta widać było irytacje wymieszaną z lękiem przed bezlitosnym Okleyem.
- Sierżant zawsze jest taki porywczy! – Steve pytaniem przerwał grobową ciszę.
- zawsze, odkąd zginęła jego żona w zatoce?
- Dawno to było?
- Minęło pięć lat! … od tego czasu oszalał. Lepiej z nim nie zaczynać.
- … lepiej?
- Lepiej …ma Pan szczęście, że jeszcze z panem nie skończył … takich jak pan wini za śmierć swoich bliskich! Właściwie wszystkich!
- Jak zginęła jego żona? – z zaciekawieniem zapytał Harison ośmielając aspiranta do większej szczerości
- Pływali na łódce, nagle coś poderwało ją do góry… dopiero na brzegu sierżant odzyskał przytomność, był jednak sam!
- I … ?
- Dochodzenie wykazało, że to był nieszczęśliwy wypadek!
- I …?
- … przerwano poszukiwania … ciała nie znaleziono, tam jest zbyt głęboko!
- Wiem, ponad 200 metrów!
- Tak dokładnie, ale sierżant cały czas uważa, że jego żona wróci do niego!
- Nie wróci, … na pewno nie wróci!
- Skąd pan wie!
- Nieważne, nie mogę teraz mówić … ! – zakończył Harison, słysząc za drzwiami zbliżające się czyjeś kroki.
Do pokoju wszedł Okley. Aspirant zerwał się na proste nogi. Z przerażeniem spojrzał na przełożonego. Wiedział, że za chwilę zacznie się druga część krwawego spektaklu. Sierżant stanął wyprostowany nad Harisonem, położył wielką pięść na stole, i z trudem ale oficjalnym tonem przemówił.
- Jakby to powiedzieć ale jestem kompletnym durniem. Nie wiem jak mam pana przeprosić … zaszła pomyłka!
Aspirant otworzył szeroko oczy. Szczęka ze zdziwienia opadła mu o dwa cale w dół. Nigdy wcześniej nie widział sierżanta proszącego o wybaczenie.
- Jeszcze raz pana przepraszam!
- Nic się nie stało! – Steve spokojnym tonem odpowiedział, tak jakby opuchlizna była niczym innym jak tylko małą raną zadaną w czasie golenia.
- Szybko rozkuj Pana Harisona – Okley ponaglał aspiranta, który zaczął trzęsącymi rękami grzebać kluczykiem w kajdankach. Nie chciał aby jego twarz stała się obiektem odreagowania przełożonego.
Harison rozluźnił uwolnione dłonie. Próbował rozmasować ślady pozostawione po ciasnych metalowych obejmach.
- Mam tylko nadzieję, że nic się nie stało Margericie … !
- Nie, zapewniam pana !
Okley zaczął dokładnie ścierać chusteczką zastygłą krew z twarzy pobitego. Robił to wyjątkowo niezdarnie i chaotycznie. Brak czułości przy opatrywaniu ran, dyskwalifikowało go z zawodu pielęgniarza, no chyba że poszukiwanoby pracowników do prosektorium. Suchą chusteczką próbował szybko naprawić to co głupotą i nienawiścią wybił na twarzy przesłuchiwanego. Gdyby nie tajemniczy telefon, Okley mógł być z siebie dumny z bliska oceniając celność swoich pięści.
- Jeśli zrobiłeś coś Margericie to … ! – Harison jeszcze raz spojrzał na Okleya
- Nie jest cała i zdrowa … jest tylko troszkę przestraszona! – sierżant trzęsącym głosem odpowiedział.
- To dobrze. – Nic jej nie mów! Powiedz jej tylko, że zaszła pomyłka, ona nie może wiedzieć kim jestem, jeszcze nie teraz.
- Tak jest Panie … - przygryzł język widząc, powiększone źrenice Harisona
- Lepiej nie kończ tego zdania!
- Tak jest!
Sierżantowi wreszcie udało się doprowadzić twarz Harisona do ładu, który po zabiegach pielęgnacyjnych wyglądał nieco czyściej. Krwiste wylewy, siniaki i zmiażdżona miejscami warga wyraziście odznaczała się na ogorzałej słońcem twarzy. Okley widząc efekty swoich troskliwych zabiegów, postanowił również oczyścić i poplamioną garderobę. Chciał aby jego pacjent był zadowolony z wizyty i nie rościł pretensji z tytułu złego traktowania. Niestety zakrwawiona koszula na wysokości klatki piersiowej wyglądała tak, jakby nieporadny kelner wylał na nią cały talerz czerwonego barszczu. W dzisiejszym dniu w pokoju przesłuchań sierżant swojemu pacjentowi serwował wyjątkowo pikantną polewkę o krwistym i metalicznym posmaku.
Harison patrzył wyraźnie w oczy Okleya, który próbował odnaleźć w sobie choć trochę delikatności i czułości. Coraz silniej pocierał zakrwawioną koszulę, aż jego ruchy stały się nerwowe i gorączkowe. Zachowywał się dziwnie, jakby dopadł go amok.
- Sierżancie … ? – nagle Harison przemówił
- Tak słucham
- Proszę się nie zadręczać myślami i nie obwiniać za śmierć żony. To był nieszczęśliwy wypadek! - nie mógł powiedzieć mu całej prawdy, ten fragment historii związanej z zaginięciem musiał przemilczeć.
Harison rozumiał, że pamięć po śmierci ukochanej osoby nigdy do końca nie wygaśnie w sercu i nie zatrze się w pamięci. Chciał pomóc cierpiącemu Okleyowi. Pragnął wykrzyczeć mu prosto w twarz, że upływający czas pomaga jedynie złagodzić ból i zagłuszyć w sercu rozpacz, tłumiąc go do poziomu, w którym można jedynie panować nad łzami. Dlatego trzeba znaleźć w sobie spokój i wyciszenie.
Los gdy przestaje być wypadkową naszych pragnień, a zwłaszcza gdy staje się dla nas mniej łaskawy odbierając możliwość bycia z ukochaną osobą, potrafi zebrać żniwo w postaci obłędu. Do takiego miejsca nieubłaganie zbliżał się Okley. Jedynym ratunkiem dla sierżanta mógł być długi spacer podczas gwieździstej nocy. Być może gdyby pod czas kolejnego kroku na chwilę przystanął i zadarł mocno głowę w tył do stopnia, w którym poczułby lekki ból uciskanych kręgów szyjnych stanowiący ostateczny opór, a następnie wysoko uniósł ręce i końcami placów dotknął nieba, gdzie w obliczu miliona rozsianych gwiazd, być może, odnalazłby spokój dla utrapionej od smutku duszy.
Harison patrząc na niezdarnego Okleya, którego ruchy stały się powolne i ociężałe, zrozumiał, że człowiek ten nie jest jeszcze gotowy do podjęcia próby ratowania siebie od zagłady.
- sierżancie Okley pan się uspokoi – łagodnie przemówił aspirant.
Sierżant usiadł przy stole. Opuścił głowę i spojrzał w ciemny blat, nasączony obłędem i bólem. Nie było w nim gwiazd.
- … wróć do mnie! … Gdziekolwiek jesteś! - wyszeptał.
Harison, odwrócił się i wyszedł z aspirantem z pokoju, pozostawiając przechyloną ponad stołem obumarłą z żalu postać. Gdy mężczyźni zbliżali się do zakrętu stanowiącego zakończenie długiego korytarza, za plecami usłyszeli wystrzał pistoletu, który szybko umilkł w odgłosie rytmicznie stawianych kroków. |
|
Komentarzy:
11
|
|
PART 9
2007-07-27
|
W pokoju panował półmrok. Przy niewielkim kwadratowym stole siedziały dwie barczyste postacie. Wyglądały chwilami dość dziwacznie, zupełnie tak jakby na sali treningowej wykonywały podobne i powtarzające się w czasie ćwiczenia. Po nieskomplikowanym układzie choreograficznym, postacie powracały do tej samej pozycji wyjściowej.
Pierwsza wstawała z krzesła. Wychylała się z ponad stołu. Wykonywała uderzenie ręką. Siadała. Kładła ręce na blacie, a następnie nerwowo kręciła zapalniczką w dłoniach. Coś mowiła. Druga postać w tych samych zazębionych odstępach czasu, z nieznacznie wolniejszym tempie, energicznie odrzucała głowę w tył, a następnie z hukiem lądowała na podłodze. Potem z trudem wstawała. Siadała. Przyklejała pośladki do siedzenia krzesła, pocierając nimi w lewo i w prawo, tak aby zająć najbardziej dogodną pozycję do kolejnego upadku.
Mężczyźni toczyli zaciekły bój, próbując przechylić szalę zwycięstwa. Jeden, z nich swoje wypowiedzi silniej argumentował w taki sposób, że wychylając się z ponad stołu przybijał rywalowi wykrzyknik lub znak zapytania na twarzy. W zdaniach tych nie było przecinków, były zbyt krótkie i treściwe, pięść była jedynie formą perswazji lub dobitnym akcentem stawianym przy ostatnim słowie. Odgłos kapiącej krwi na wytarty od forniru blat, był jedyną i ledwie słyszalną odpowiedzią.
Mocny strumień światła oświetlał wyraziście twarz przesłuchiwanego. Mężczyzna mrużył oczy, próbując dojrzeć po drugiej stronie stołu, siedzącego gliniarza. Puszczony snop światła był jednak zbyt gęsty aby można było wyłowić choć jeden błysk z oka przeciwnika, skrytego w cieniu lampy. Mężczyźni nie próbowali zaprzyjaźnić się z sobą. Okazywana ignorancja z każdą kolejną minutą oddalała ich od szczęśliwego finału. Milczenie jako środek komunikacji prędzej czy później jednego z nich prowadził wprost na chirurgię plastyczną pod warunkiem, że jego stan zdrowia wcześniej zostanie na intensywnej terapii doprowadzony do równowagi.
Pomimo przeskoku wskazówki na trzeci kwadrans przypisany do mocno bijącej godziny, mężczyznom nie udawało się wyjść poza obręb pierwszego pytania, które cały czas pozostawało bez odpowiedzi. Cykl bezlitosnych ciosów wydawał się nie mieć końca.
- skąd znasz grubasa? – Okley przeciągle kolejny raz zapytał.
- Weż kartkę i długopis! – w miejscu postawienia wykrzyknika Harison znów poczuł pięść na twarzy.
Okley nigdy nie dopuszczał do sytuacji aby ktokolwiek mógł stawiać, i to jakiekolwiek warunki w pokoju przesłuchań. Nie pertraktował z podejrzanymi. To on pytał i oczekiwał natychmiastowej odpowiedzi, a najlepiej przyznania się do winy. Sierżant nie musiał bawić się w oklepane gierki złego i dobrego gliniarza, uważał taką zabawę za stratę czasu. Okley zawsze był tym pierwszym: złym, podłym i bezlitosnym gliniarzem, i miękkich pomocników nie potrzebował. Z praktyki wiedział, ze prędzej czy później każdy twardziel po drugiej stronie barykady, pęknie jak bańka mydlana w zetknięciu z twardą pięścią.
wychylony ponad blatem stołu sierżant darł się na cały głos. -Nie w k…wiaj mnie, bo cię obedrę ze skóry!
Harison wstał z podłogi. Usiadł jak przed momentem sztywno na krześle. Ręce miał z przodu skute kajdankami.
- powiedziałem, weź kartkę i długopis! - urwał. Tym razem sierżant zdzielił go w sam środek brzucha tak, ze wbita do środka energia odrzuciła go na dobry metr do tyłu
Scenariusz wstawania z podłogi i siadania na krześle trwał przez kolejne dwa kwadranse. Harison zachowywał się tak jakby cykle „Wańki wstańki” nie robiły na nim wrażenia. Nie okazywał bólu ani zmęczenia, pomimo silnie krwawiących ran.
- posłuchaj – Steve spokojnie kolejny raz przemówił – nie upieraj się tylko zrób o co cię grzecznie proszę. Potem zaczniemy rozmawiać!
Okley zerwał się z krzesła aby zadać kolejny cios. Nagle, pięść zatrzymała się pół centymetra od twarzy Harisona. Wyhamował ją spokój i opanowanie, które wpisało się w każdy cierpiący fragment obitej twarzy.
Sierżant spojrzał głęboko w oczy rywala. W źrenicach nie ujrzał strachu. Ciężko dyszał gdyż podeszły wiek nie pozwalał mu na tak intensywny wysiłek. Było go zbyt dużo. Okley oparł dłonie o blat stołu. Zamyślił się.
Ponad lampą, w załamanym strumieniu światła Harison wreszcie dojrzał błysk w oku gliniarza. Zaczął uważnie wpatrywać się w płonące źrenice. Odsłonił z oka Okleya bielmo nienawiści i zobaczył coś, co przykuło uwagę. W głębi skrywało się cierpienie i trwoga. Steve ujrzał człowieka, który w nieodległej przeszłości stał nad grobem ukochanej i bardzo jemu bliskiej osoby.
Okley, widząc, że presja bicia nie skutkuje, wreszcie przyjął inną taktykę. Po raz pierwszy w życiu poszedł na układ z przesłuchiwanym. Wyjął z szuflady kartkę i długopis, o które Steve z takim uporem prosił.
- Widzisz, zaczynasz myśleć … – Harison spluwając krwią na podłogę kontynuował – zapisz dokładnie następujące cyfry: 033 15 18 19 20 25 64
- zapisałem
- uspokój się! Ochłoń! Idź zadzwoń pod ten numer i powiedz do słuchawki Steve Harison.
- Co ty pleciesz!
- Idź i zadzwoń ... i módl się aby Margerita była lepiej traktowana ode mnie!
- A ty się módl .... abym po tym telefonie był bardziej łaskawy!
|
|
Komentarzy:
8
|
|
PART 8
2007-07-24
|
Margerita jadąc na tylnim siedzeniu samochodu siedziała ramię w ramię z Harisonem. Sierżant skuł razem podejrzanych, w celu łatwiejszego transportu. Okley zdawał sobie sprawę, że podczas dojazdu do prefektury policji oddalonej 25 minut od hotelu Libre, podejrzani mogąć podjąć próbę ucieczki, natomiast w konfiguracji ciasno spiętych rąk, ich szanse spadną do zera. W takim przekonaniu sierżanta dodatkowo utwierdzał widok butów na obcasie, którymi Margerita lubiła uwypuklać swoje, krągłe i kształtne pośladki. Przebiegły Okley znał zasadę, że zależności rodzą zależności i ceną podkreślenia figury niedużym, choćby 5 cm wypustem, jest ograniczenie i to w znaczącym stopniu, mobilności podczas sprintu. Tak więc w przypadku ucieczki, Harioson musiałby użyczyć swoich ramion partnerce, co w rezultacie, uniemożliwiałoby im bieg slalomem. Okley wiedział, że wtedy bez przeszkód, trzymając w dłoni ulubiony pistolet Magnum 46, zaledwie przy użyciu dwóch kul, oddając dwa celne strzały, unieruchomi zbiegów. Na koniec, dla podkreślenia swojej władzy nad życiem i śmiercią, będzie mógł z satysfakcją strzepać popiół z papierosa, nad uśmierconymi zbiegami.
Margerity nadgarstek obejmowała ciasno założona metalowa obręcz dociśnięta do ostatniego zęba. Jej ręka spoczywając na siedzeniu, była spięta krótkim łańcuchem przytwierdzonym takim samym zestawem żelastwa do nadgarstka Harisona. Dziewczyna miała wrażenie, jakby połączono ich w majestacie prawa, w nierozerwalny związek. W tych okolicznościach, z przyjemnością pozwoliłaby się skazać na dożywocie pod warunkiem, że celę dzieliłaby z aresztantem Stevem Harisonem.
Margericie serce waliło jak oszalałe, była rozpalona. Pełne piersi delikatnie z każdym kolejnym oddechem falując, unosiły się miarowo w górę i w dół. Samochód prowadził aspirant, obok siedział sierżant .
- tylko mi nie gadajcie tam z tyłu, Jak usłyszę choć jedno słowo to zamknę, któreś z was w bagażniku.- Okley instruował podejrzanych.
Pasażerowie tylniej kanapy nie odpowiedzieli. Harison spojrzał w rozpaloną twarz dziewczyny i zrozumiał w jednej sekundzie paradoks chwili. Delikatny dotyk dłoni, długie włosy zahaczające końcówkami o barczyste ramię, bliskość ust znajdujących się zaledwie o jeden obrót głowy, zaczęło tworzyć zamęt w myślach. Obydwoje w milczeniu patrzyli przed siebie próbując opanować rodzące się sercach pożądanie. Pędzili na włączonych sygnałach rozbudzonych zmysłów, do granicy, za którą kryje się namiętność i rozkosz. W jednym mgnieniu już ledwie słyszalnej syreny zdali sobie sprawę, że kajdanki nie mogą stanowić przeszkody w osiągnięciu wspólnego celu, kajdanki mogą jedynie urozmaicić element gry miłosnej, w szczególności splecionych ciał na rozłożystej kanapie furgonetki.
Wyobraźnia Steva szalała. Słysząc zwiększony oddech Margerity, Harison nie mógł powstrzymać naporu pędzącej w żyłach krwi, która wpadając do serca, rozpalała zmysły do czerwoności.
- Proszę opuścić szybę sierżancie Okley,… tę wersję przyciemnioną bez krat – nagle Harison przemówił.- Nie chcę abyście nam przeszkadzali … a i przed opuszczeniem proszę o kieliszek zimnej Margerity.
Steve odwrócił twarz do pasażerki. Spojrzał głęboko w oczy.
- A co tobie podać kochanie!
- Niech Okley zrobi dla mnie Martini Bianco !
Po chwili odwrócony Okley, szturchnął łokciem kierowcę - Jedź wolniej,… nie widzisz, że zaczynam serwować Państwu napoje. - sierżant póbował nie uronić żadnej kropli z rozchybotanych jazdą płynów.
- dla Pani Martini, a dla Pana Margerita! – z ceremoniałem i elegancją kelnera wręczył po kolei drinki, zaczynając oczywiście od niewiasty.
Harison wolną ręką, chwycił kieliszek. Przytknął krawędź do ust.
- co to jest Okley … gdzie jest moja słona otoczka!
- Zapomniałem!
- … mam nadzieję, że oliwek nie zabrakło w bufecie radiowozu! Teraz zamknij zasłonę!
Ciemna szyba powoli osuwała się tworząc kameralny zakątek. Z syreny przytwierdzonej do dachu samochodu, zaczął rozbrzmiewać nastrojowy i melodyjny głos Georga Michaela, w utworze "Fast love". Harison delikatnie położył rękę na udzie dziewczyny i powoli wsunął palce pod krawędź sukienki. Ręka zniknęła do polowy pod zwiewną atłasowym materiałem. Margerita przymknęła powieki. Rozchyliła kąciki ust i w uśpionej chwili, oczekiwała na wilgotny dotyk Harisona.
Była gotowa ofiarować najbardziej subtelny fragment swoich pragnień nasączonych smakiem Martini Bianco. Na tą chwilę czekała przez całe dorosłe życie, wypatrując się wieczorami w mały skrawek poblakłej fotografi przyczepionej nad jej łóżkiem. Wiedziała, że lekkie muśnięcie warg z ustami prawdziwego bohatera, za moment poprowadzi ją wprost do krainy, w której umysł traci kontrolę nad zmysłami, a zapisana w podświadomości dzikość żądzy i pożądania materializuje się w zatopionych wzajemnie ciałach.
Harison gładząc opuszkami palców gładkie ciało dziewczyny zmniejszał dystans dzielący go od lekko rozchylonych warg Margerity. Powoli, jakby zdmuchując pył z pręcików kwiatu, zaczął muskać nabrzmiał brzeg ust dziewczyny. Granica, za którą nie ma powrotu do racjonalności, była już tylko o jeden przyśpieszony oddech.
Samochód z piskiem opon zatrzymał się przed budynkiem prefektury. Na tylnim siedzieniu impet, szarpnął ciałami aresztantów .
- Wysiadać. – wydarł się sierżant odwracając głowę w kierunku tylniej kanapy.
- Wysiadać … k…a, powiedziałem !
- … a gdzie moja Margerita! – wykrzyknął Harison do sierżanta
- Co ty znowu pleciesz ! … Jaka Margerita! … oszalałeś!
- … jak to? … Przecież !
Obok na siedzeniu sztywno siedziała współpasażerka. Patrzyła na Harisona z zaniepokojeniem. Jej oddech był spokojny i miarowy. Nie okazywała emocji, jej piersi w płytkim oddechu ledwie unosiły dekolt sukienki.
- co się z Panem dzieje!
Harison próbował pozbierać myśli w jedną całość. Spojrzał na Margeritę, była tak samo piękna jak przed momentem, gdy uwodził ją w wyobraźni.
- niech się pan uspokoi, bo znowu sierżant uderzy pana ! - czule wyszeptała.
- nie rozumiem?
- .jak tylko ruszyliśmy ... nagle poprosił pan o Margeritę i opuszczenie szyby, potem sierżant walnął pana rękojeścią pistoletu w głowę. Zemdlał pan. Pana głowa przez całą drogę spoczywała na moim ramieniu.
Rozjuszony Okley stał w szeroko otwartych drzwiach furgonetki
- nie gadać … wysiadać! – sierżant wydarł się na całe gardło - swoją Margeritę zaraz dostaniesz , ... sam ją wleje w twoje gardło. |
|
Komentarzy:
7
|
|
PART 7
2007-07-17
|
Na hotelowym podjeździe zatrzymał się ambulans. Troje mężczyzn ubranych na biało w tempie ekspresowym w biegło do holu. Jeden z nich w ręku trzymał dużą srebrną walizkę z niezbędnymi urządzeniami do reanimacji. Dwóch pozostałych, niosło długie nosze.
- dobrze, że już jesteście!
- gdzie jest poszkodowany – wykrzyknął lekarz
- na brzegu, trzeba zbiec schodami w dół tarasu. Leży obok pomostu!
- Czy ktoś wie co się stało ?
- Nie! Niestety … znalazł go przed kwadransem chłopak z przystani…mój kuzyn … Lorenzo, to on wezwał karetkę!
- Proszę tu zostać, za chwilę przybędzie żandarmeria! A wy dawajcie szybko, może jeszcze żyje!
Margerita próbowała zachować spokój. Była jedyną kompetentną osobą, która mogła udzielić jakichkolwiek informacji. Cała obsługa składająca się z trzech osób, zdążyła już wyjechać do miasta ostatnim lokalnym środkiem lokomocji. Niestety dziewczyna nie zdążyła zabrać się wraz z innymi pracownikami, z którymi zwyczajowo wracała do domu. Musiała załatwić bardzo ważną sprawę, której nie mogła przełożyć na inny termin. Do czasu przyjazdu taksówki przez około 30 minut, musiała pełnić funkcję menadżera, który odpowiadał za wszystko nawet za nie równo obmyty piach na plaży. Miała to wpisane w umowę. Po opuszczeniu ostatniego pracownika po godzinie 20, do hotelu mogli wejść jedynie goście z wyposażeni w karty chipowe, lub goście z rezerwacjami, którzy wcześniej otrzymali hasło dostępu do kodu otwierającego drzwi wejściowe.
Margerita w oddali usłyszała znów dźwięk syreny. Policjanci z miasteczka Chambre, pędzili na złamanie karku.
Przed drzwiami z piskiem opon zatrzymał się policyjny samochód. Ze środka furgonetki najpierw wybiegł wysoki młody aspirant, a po chwili dołączył do niego stary sierżant Okley. Mężczyźni dobiegli do kontuaru, przy którym w tej samej sztywnej pozycji, stała Margerita.
- gdzie jest ofiara!
- Na brzegu, trzeba zbiec schodami w dół tarasu – dziewczyna wypowiedziała tą samą formułkę, jaką przed momentem usłyszała obsługa karetki.
- Proszę przygotować całą listę gości oraz personelu jaki w tym dniu był w hotelu!
- Ale, … jest tylko …. !
- Nie dyskutuj …, nie chcę słyszeć słowa „tylko” ! zrozumiałaś !
- Tak oczywiście!
- Gdzie są te cholerne schody!
- Tam na wprost pana, zejście z tarasu prowadzi wprost na przystań ! – w tym miejscu Margerita zmieniała nieco swoją wypowiedź.
Sierżant Okley wraz z aspirantem wybiegli na duży taras i po chwili zniknęli w dole urwiska.
W hotelu znów zapanowała cisza i spokój. Rodzina Stevensonów, przed dwoma godzinami, wyjechała samochodem na wycieczkę do pobliskiego zamku. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi zawieszony pod sufitem wiatrak był jedynym przedmiotem wydającym z siebie jakiekolwiek pomrukiwania. Powietrze w holu delikatnie falowało. Od strony pokoi z parteru i z pierwszego piętra, nie dochodziły również żadne odgłosy. Margerita miała wrażenie jakby w hotelu nie było żywej duszy, no może poza jedną, męską, dobrze jej znaną. W pokoju oznaczonym nr 19, na pierwszym piętrze, Harison smacznie spał rozciągnięty na miękkim łóżku. Pomimo otwartego okna, nie słyszał dochodzących odgłosów z dołu balkonu, gdzie sanitariusze próbowali reanimować kolejną napadniętą ofiarę tego lata. Steve musiał skumulować w sobie dużą dawkę energii do wykonania nocnego zadania, które wyznaczył sobie na godzinę 22.
Po 10 minutach, z głębi tarasu Margerita usłyszała dochodzące krzyki i ponaglenia. Sanitariusze z dołu wynosili bezwładnie leżącą na noszach człowieka. Na twarzy nieprzytomnego zobaczyła maskę do oddychania. Ofiara miała unieruchomioną szyję specjalnym wysokim kołnierzem wykonaną ze styropianu. Przebiegając koło kontuaru jeden z sanitariuszy przyklęknął na chwilę. Pokonanie kilkudziesięciu schodów wyczerpało go doszczętnie.
- … to cielsko waży ze 160 kg! – zaklął pod nosem jeden z nich
- Dawajcie bo nie zdążymy – ponaglał lekarz – za dużo krwi traci!
Sanitariusz, nabrał w płuca powietrza i poderwał się na równe nogi. Znów ruszyli w kierunku szklanych drzwi, za którymi przy wejściu zaparkowany był ambulans. Lekarz usiadł z tyłu, po chwili samochód ruszył do szpitala.
Margerita z uwagą przyglądała się odjeżdżającej na sygnale karetce, która zmieniając się w mały punkt zniknęła za zakrętem. Nie zdążyła w pośpiechu rozpoznać meżczyzny leżącego na noszach, gdyż w holu panowal zbyt duży gwar. A może po prostu wolała milczeć i udawać zaskoczoną.
Z tyłu, za plecami dziewczyny, do kontuaru podszedł policjant.
- masz już dla mnie spis gości i personelu – Sierżant Oklej wyrwał dziewczynę ze stanu zamyślenia.
- Tak, oczywiście ! - po czym wręczyła policjantowi wyrwaną kartkę z zeszytu
- Kto to jest – sierżant wskazał na nazwisko zapisane schludną cyrylicą
- Steve Harison !
- K…a umiem jeszcze czytać, … pytam, kim jest ten człowiek?
- Steve mieszka tu od dwóch tygodni. Przyjechał na wakacje!
- Steve … hm… znasz go?
- W zasadzie nie !
- Co to znaczy w zasadzie !
- Nie znam go! Pierwszy raz go widzę w tym hotelu. – Margerita krótko odpowiedziała.
Sierżant Okley z uwagą przyglądał się każdemu fragmentowi twarzy dziewczyny. Był starym i dobrym policjantem. Pomimo służby na prowincji, potrafił bez trudu rozpoznać kłamstwo, które samoistnie zapisywało się w mimice twarzy lub w spojrzeniu. W każdym nieświadomie wysyłanym znaku, w najmniejszym drgnięciu powieki, Okley widział zawsze ten sam alert wyświetlany na czerwono nad głową przesłuchiwanego - „Jestem winny i aresztuj mnie”. Sierżant nie miał wątpliwości. Margerita coś ukrywała w kącikach pięknych oczu.
- w którym pokoju ten, … jak mu tam … Harison mieszka? – kontynuował przesłuchanie Okley
- Pokój nr 19, pierwsze piętro!
- Znałaś poszkodowanego?
- Chyba nie ! Nie wiem kim jest, nie widziałam twarzy jak go sanitariusze wyprowadzali ! – dziewczyna starała się być stanowcza w wypowiedziach.
- Dziwne …? - Oklej próbował głośno myśleć – ofiara … musiała mieć umówioną randkę, z jakąś dziewczyną z tego hotelu, przy jego ciele leżał duży bukiet czerwonych róż, … a poza tym … kto w taki upał nosi białą koszulę z kołnierzykiem!
- Chyba nie ze mną! – Margerita przerwała przeciągłą wypowiedź Okleya
- To k…a z kim, …może z Harisonem! Widzisz na tej kartce inne kobiety! – wydarł się sierżant na cały hol.
- A skąd mam wiedzieć … z kim ? – Margerita nie pozwalała się zastraszyć – może lubił spacerować po plaży z bukietem 27 róż!
- A skąd wiesz, że to był bukiet 27 róż!
- Domyślam się, … ja mam 27 lat! Ale ja go nie zapraszałam na randkę!
- Coś mi się wydaje, że nie przypadł tobie do gustu ten gość!
- nie sądzę!, juz mówiłam, że go nie rozpoznałam! - Kłamała. Wolała nie wspominać o popołudniowym incydencie z grubasem.
- patrz! znasz go - okley wyjął zdjęcie wykonane polaroidem.
To było jedno z kilku, które zrobił podczas zbierania dowodów na plaży. Na niewyschniętym jeszcze dobrze papierze, widać było zakrwawioną koszulę i miejscami wyszarpane fragmenty skóry.
- tak teraz poznaję tego byd... , - zawahała się - gościa ! - odpowiadając na twarzy dziewczyny nie zadrżał żaden mięsień, jedynie lekko rozszerzyły się źrenice w oczach.
Sierżantowi znów zapalił się czerwony alert nad głową przesłuchiwanej.
- Sam mieszkał w hotelu?
- Nie, przyjechał z rodzicami, są zameldowani pod nazwiskiem Stevensonowie
- Gdzie oni teraz są?
- Nie wiem, mogą być tu i tam… - z sarkazmem w głosie odpowiedziała
- Ciekawe dlaczego z nimi nie pojechał ?
Okley się zamyślił. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nazwiska zapisane na kartce. Było tam wymienione 15 osób, z których sierżant, nie nadając jeszcze numeru sprawy, już wytypował jako podejrzanych. Z przenikliwością w oczach obserwował Margeritę, która zachowywała się tak jakby była nie przygotowana do zajęć lekcyjnych. Na wprost stojący nauczyciel wydawał się być wyjątkowo surowy. Za jego pośrednictwem mogła zostać wysłana na długie wakacje, oczywiście wcześniej zahaczając o sąd. Z tej lekcji nie mogła w dzienniku otrzymać oceny niedostatecznej, mogła otrzymać coś gorszego, wpis do akt sprawy jako świadek, lub jako oskarżony.
- Dawaj ją do samochodu, … i tego .. , jak tam go zwał … Harisona, też ! - Okley wykrzyknął na koniec do aspiranta – w komisariacie zaczną śpiewać… , już ja się o to postaram! |
|
Komentarzy:
9
|
|
PART 6
2007-07-16
|
Młody grubas beknął głośno przy ostatnim łyku piwa. W jego opasłym brzuchu szalał sztorm wlanego do środka musu truskawkowego z zatopionymi weń frytkami i ze zmieszanymi dwoma litrami piwa. Karuzela bąbli i gazów szalała we wnętrzu grubasa, brak umiaru w doborze odpowiednich smaków negatywnie wpływała na perystaltykę jelit. Z brody ściekała ostatnia kropla ulanego z ust piwa, która skapując na ukwieconą w wielobarwne kształty koszulę pozostawiła trwały i widoczny ślad na wysokości klatki piersiowej.
- k….a ale się nażarłem! – powiedział w stronę siedzącego z boku ojca. Matka jak zwykle nie usłyszała pierwszego słowa.
- trza iść zapłacić za podłe żarcie, w końcu obiecałem tej głupiej suce randkę Lepiej, żeby tam przyszła… bo nie chciałbym jej szukać po hotelu!
Grubas z trudem poderwał się z krzesła i ruszył w stronę toalety. Dokładnie minęło piętnaście minut, od czasu gdy na stole Stevensonów pojawił się crazy mac zestaw dla juniora. W jednym grubas był słowny i punktualny, zwłaszcza gdy w grę w chodziło zbieranie haraczy od jego ofiar.
Margerita widząc grubasa wchodzącego do toalety schowała się w małym pokoiku recepcyjnym. Nie chciała go prowokować. W takich sytuacjach jak ta, mogła liczyć tylko na siebie. Pomimo, iż była hardą kobietą, wiedziała, że w otwartej walce jest bez najmniejszych szans. Waga całego ciała Margerity równa była co najwyżej ciężarowi nogi przeciwnika, tylko trochę mniej ważyła od wielkiego złotego łańcucha zwieszonego z szyi bandziora.
Przed oczami młodego Stevensona rozpościerała się ściana białej tafli równo skrojonych kafelków. Sapiąc pod nosem junior grzebał dłonią na wysokości rozporka próbując rozpiąć niezdarnymi palcami suwak spodni. Dodatkowo, fałdy obwisłego brzucha zakrywały drogę do klamry paska. Grubas nie lubił takich chwil jak ta, każdy najmniejszy nawet wysiłek powodował pojawienie się na czole dużych kropel potu. Grubas klął pod nosem, zupełnie tak jakby żałował, że przed obiadem nie wcisnął się w największy rozmiar pampersa. Mógłby teraz spokojnie konsumować kolejną porcję zalanych tłuszczem frytek i popijać je kolejnymi hektolitrami piwa.
Grubas wreszcie dotarł do dna swoich spodni i opierając jedną rękę o ścianę zaczął wzdychać. Był szczęśliwy i usatysfakcjonowany. Wreszcie mógł z rozkoszą zmniejszyć ciśnienie w swoim pęcherzu moczowym.
Drzwi do toalety otworzyły się. Młody Stevenson za plecami poczuł powiew wiatru, po chwili usłyszał także odgłos lecącej z kranu wody. Nie mógł odwrócić tłustego karku. Nie mógł tego zrobić nawet gdyby z kuchni przyniesiono dla niego najbardziej ulubioną potrawę. Był kompletnie unieruchomiony, każde oderwanie ręki od ściany mogło grozić utratą równowagi. W skupieniu stał i sapał wpatrując się w jeden punkt na ścianie.
- już jesteś głupia suko! Poczekaj aż skończę! – wykrzyknął chrapliwym głosem zwrócony twarzą do ściany.
Nagle grubas poczuł potężny cios w nogi. Z hukiem upadł na brzuch. Jego czoło dotknęło posadzki.
- przyszedłem po swoją zapłatę! – ponad swoim oblazłym cielskiem usłyszał nieznajomy głos.
Grubas podkulił nogi i podpierając się rękoma próbował wstać. Znów poczuł silne uderzenie, które obróciło go o 180 stopni. Tym razem leżał zwrócony twarzą do góry. Junior na suficie zobaczył czarne plamki, które pomału znikając odsłoniły wyraźny obraz. Nad nim stał Harison, który wycierał papierowym ręcznikiem zmoczone ręce.
- przyszedłem po swoją zapłatę! – jeszcze raz powtórzył
- czego Pan chce ode mnie!
- Niczego, na co nie będzie Ciebie stać … to będzie kosztowało tylko troszkę wysiłku, … twojego wysiłku !
- Jakiego wysiłku! Nie rozumiem!
Harison podszedł bliżej do leżącego i nacisnął nogą z całej siły na jego brzuch. Zniżył o pół tonu głos.
- pójdziesz do pokoju i założysz białą koszulę, najbardziej białą jaką masz! Rozumiesz!
- tak rozumiem!
- Potem pojedziesz do miasta i kupisz bukiet najbardziej czerwonych róż jakie tylko znajdziesz! Rozumiesz!
Grubas przytaknął głową
Harison wbił w brzuch jeszcze bardziej stopę, która skryła się głębiej w ciele.
- I teraz uważaj, skup się ! .. nie będę dwa razy powtarzał !
Grubas zawył z bólu. Wytrzeszczył swoje wielkie ślepia.
- tak słucham – wycedził spod zaciśniętych zębów – jestem skupiony na maksa!
- Przyjedziesz do hotelu i przeprosisz Margeritę, kelnerkę, którą przed 15 minutami obraziłeś. Zrozumiałeś grubasie!
- tę suuuuk…. ! urwał, gdyż Harison, mocniej docisnął piętę w kierunku kręgosłupa.
- co zrobisz?
- przeproszę! …w białej koszuli … i z różami … tak, tak zrozumiałem! Tylko puść! – grubas spolegliwie odpowiedział
- Pamiętaj, zawsze gdy kogokolwiek obrazisz, będę za Twoimi plecami….na końcu świata…. nawet w toalecie !
Harioson wyjął z olbrzymich fałd stopę. Podszedł do umywalki, i jak gdyby nic się nie stało jeszcze raz zaczął myć ręce. W tym samym czasie grubas z mozołem próbował wstać na równe nogi. Oparł kolana i ręce na posadzce, pomiędzy nimi wisiał olbrzymi brzuch.
Harison przed wyjściem jeszcze raz spojrzał na z trudem gramolądzego się chłopaka.
- … i jeszcze coś, … od dzisiaj zaczynasz dietę! |
|
Komentarzy:
3
|
|
PART 5
2007-07-13
|
Margerita stanęła na wprost młodego Stevensona.
- co mam Panu podać?- chłopak zaczął głośno się śmiać – Ty już wiesz co ? dalej rechotał, rozbawiony sytuacją - ładniutka jesteś … a nie chciałabyś zarobić parę groszy w moim pokoju, …. w nocy … możesz dorobić,… a jak ładnie po wszystkim posprzątasz dorzucę dolara do napiwku!
- W naszym hotelu goście po 20 sami sprzątają po sobie brudy, a prostytutkę trzeba było sobie przywieźć z domu!
- Cięty masz język!
- Przywykłam, do takich chamskich i prostackich zachowań!
Młody chłopak poderwał się na proste nogi
- coś ty powiedziała głupio suko!
Margerita podniosła dumne głowę
- To może zacznę jeszcze raz … Czego Pan sobie życzy ?
Ojciec szarpnął syna za rękaw. Kazał mu usiąść. Nachylił i coś wyszeptał mu do ucha. W tym samym czasie pani Stevenson zabrała głos.
- co za bezczelna obsługa, żeby tak się odezwać do mojego syna.
- Podaj mi swoje nazwisko młoda panno
- Margerita, Margerita Santini.
- Skontaktuję się z właścicielem nie ujdzie Tobie to na sucho krnąbrna dziewczyno.
Margerita stała wyprostowana. Jej twarz spowijało opanowanie. Jedynie w przełyku widać było z trudem przełykaną ślinę.
- Przynieś mi mus truskawkowy, piwo i dużą porcję frytek! – wykrzyknął opasły młodzieniec. – tylko nie ociągaj się!
Margerita ze spokojem w głosie podziękowała za przyjęcie zamówienia.
- a i jeszcze coś, za 15 minut będę w toalecie … przyjdź po zapłatę !
Mężczyźni głośno zaczęli ze śmiechu ryczeć do siebie wydobywając z gardeł świńskie pochrząkiwania. Matka uderzając sztućcami pusty talerz udawała głuchą. Była zajęta przełykaniem ostatniego zimnego kęsa krwistej porcji befsztyku.
Margerita odchodząc spojrzała na zamyślonego Harisona. Była sama. Czuła się tak jakby wielki żaglowiec, na którego czekała przez całe życie, zostawił ją na brzegu, na pastwę złego przeznaczenia.
Harison po drugiej stronie tarasu wpatrywał się w mały zeszyt, w którym zakreślał dziwne znaki, stawiał krzyżyki i kółka przy gęsto zapisanych cyfrach. Przy liczbie 150 postawił duży znak zapytania. Wydawało się, że nic nie słyszy, był pochłonięty kalkulacjami związanymi z przeliczaniem tabeli nurkowej za pomocą, której chciał zejść na dno skalnego podwodnego urwiska. Musiał dokładnie obliczyć dostępną ilość powietrza w butlach, w odniesieniu do panującego w głębi ciśnienia. Nie mógł popełnić błędu przy obliczeniach, dlatego też scena jaka odegrała się w drugim koncie tarasu, nie zrobiła na Harisonie wrażenia. Nawet gdyby cokolwiek usłyszał nie lubił mieszać się do nie swoich spraw. W końcu przeszedł długotrwałe i żmudne szkolenie, niezbędne do wykonania skomplikowanego zadania. Od Harisona zależało przeprowadzenie całej koronkowej akcji, za które zapłaciły rządy wielu państw.
Steve, po skończonej kalkulacji odprężył się w fotelu. Patrząc na błękitne fale, ze spokojem sączył drinka. Zamawiając, poprosił aby krawędź koktailówki była obtoczona w dużej ilości soli, dobrze zwilżonej w cytrynie. Lubił podczas picia Margerity, przekręcać wzdłuż warg obrys szklanki tak aby dwa skrajne smaki mieszały się w głębi języka. Tym razem obok doznań smakowych Steve, przykładając lekko opuchniętą wargę do słonej krawędzi kieliszka odczuwał także delikatne pieczenie. Dolna warga była zaczerwieniona i lekko napuchnięta. Wyraźnie wyszarpana od wewnątrz rana nie zdążyła jeszcze dokładnie zasklepić się, pozostawiając miejscami żywe odkryte mięso. Od momentu ukąszenia upłynęło zbyt mało czasu
Harison wziął w palce na wpół przeciętą limonkę leniwie zwieszoną na krawędzi koktailówki i wsunął do ust. Chwilę przytrzymał ją między zębami. Jednym naciśnięciem szczęki rozmiażdżył miękki owoc i wyssał z niego całą zawartość rozkoszując się ostatnią tryskającą z wnętrza kroplą. Pozostały w ustach miąższ przełknął z kolejnym łykiem alkoholu. Wyjmując z ust ogołoconą skórkę limonki wyszeptał do siebie.
- … powinno się udać !
Tym czasem, za drzwiami zniknęła smukła postać Margerity, pozostawiając przez ułamek sekundy w progu, fragment falującej na wietrze sukienki. W oczach dziewczyny skryły się dwie wielkie łzy, które z trudem przytrzymywała w powiekach. Gdyby je zamknęła, emocje i urażona duma otworzyłaby drogę do przelania słonego żalu, który przeciskając się przez szczelinę zaciśniętych rzęs, zatopiłby wspomnienia o heroicznym bohaterze z fotografii. W zamkniętych oczach nie byłoby miejsca na beztroskie wspomnienia, w których mogła próbować odnaleźć ukojenie. Nie miała siły na walkę, jej wnętrze wypełniała ta sama otoczka słonej w smaku goryczy, jaką przed momentem Steve Harison degustował przechylając koktailówkę z jego ulubioną Margeritą. |
|
Komentarzy:
4
|
|
part 4
2007-07-09
|
Harison nie spuszczał oczu z ciemnowłosej piękności. Przypomniał sobie małą wiecznie uśmiechniętą i promienną dziewczynę biegającą wzdłuż piaszczystej plaży. Tam pierwszy raz ją spotkał. Po tylu latach nieobecności była zupełnie odmieniona, czas starł z jej twarzy młodzieńczość. Ciało wypełniły krągłe biodra i piersi, w proporcjach odpowiadających bogini Wenus. Stevenson oniemiał z zachwytu. Z uwagą mierzył postać od stóp po sam czubek głowy. Przez dłuższą chwilę, nie mógł wykrztusić z siebie żadnego słowa, które mogłoby być stosowne do sytuacji. Zdał sobie sprawę, że po tylu latach z małego brzydkiego kaczątka wyrosła prawdziwa piękność. Jedynym ogniwem i znakiem rozpoznawczym tych dwóch odlegle leżących w czasie postaci, był ten sam błysk w oczach, który ostatnio widział przed 15 laty.
- przepraszam Pana ale czy my się znamy? - Kelnerka z zakłopotaniem zapytała. Kłamała. Dobrze wiedziała kim jest Harison.
Wreszcie mężczyzna przemówił. - wydaje mi się, że jest Pani kuzynką Lorenza…ma pani, to samo spojrzenie… no właśnie … jakie widziałem przed laty u małej dziewczynki … ich córki … hm … córki, Huana i Marty!
- tak to prawda!
- …. gdy była Pani małą …. o przepraszam … nastolatką, często widywałem pani ojca, …pamiętam, że pływaliśmy na jego łodzi, podczas moich licznych wakacji. Bywałem również w waszym domu! Przypomina pani coś sobie z tamtych chwil? – zapytał z retoryką w głosie.
- Pamięta, a jednak mnie pamięta! – dziewczyna wykrzyknęła w myślach ogarnięta szczęściem.
Serce Margerity wybijało coraz szybszy rytm w zbudzone napływającym podnieceniem. Brzuch dziewczyny wypełniło przyjemne drżenie, czuła się tak jakby od wewnątrz końcami skrzydeł muskał ją delikatnie motyl. Nie chciała zdradzać swojego uczucia, swojej nastoletniej miłości, która przetrwała przez tyle w niezmienionej formie w podświadomości. Harison był dla niej bohaterem, celem i środkiem do spełnienia marzeń.
Przed laty, podczas wizyt w domu Huana i Marty, Harison, okazywał całej rodzinie życzliwość, która z czasem zmieniła się w przyjaźń. Przy każdych odwiedzinach Steve obdarowywał małą Margeritę, drobnym prezentem, które potem dziewczynka skrzętnie chowała w wielkiej starej skrzyni odnalezionej na brzegu morza. To była jej skrzynia skarbów. Świat marzeń i pragnień Margerity.
Za każdym razem, wieczorami, po skończonym rejsie, Harisona zapraszał do swojego domu stary Huan na skromny poczęstunek i degustację wina. Cała rodzina, a wśród nich mała Margerita, zasiadała przy dużym okrągłym stole, po środku którego stała butla najlepszego toskańskiego czerwonego trunku. Wokoło panował śmiech i gwar. Mężczyźni popijali z wielkich szklanek wino, a Margerita zajadając ciepłe ciasto wyjęte prosto z pieca, z uwagą i szeroko otwartymi oczami, przysłuchiwała się opowieściom, jakie snuł Harison ze swoich niesamowitych podróży po świecie. Za każdym razem Margerita czuła się tak jakby osobiście brała udział zasłyszanych historiach. Była delikatną, wrażliwą i wiecznie rozmarzoną dziewczynką z bujną wyobraźnią i nie mniej bujną długą grzywą kruczych włosów.
Margericie głęboko w pamięci zapadły barwne i podsycone fantazją historie, a także panujący w domu nastrój, towarzyszący do późnych wieczornych godzin. Wtedy zegar dla Margerity inaczej wybijał minuty, a kurant z trudem próbował oznajmić dźwiękiem nadejście nowej godziny. Wystarczyło aby Margerita stojąc naprzeciwko sztywno siedzącego za stołem Harisona, zamknęła na moment oczy, a znów mogła przenieść się wyobraźnią do czasów z dzieciństwa. Pod zamkniętymi powiekami, jak w mgnieniu oka pojawiała się subtelna poświata iskrzących się w kominku płomieni. W zmysłach mogła bez trudu odnaleźć tak dobrze zapamiętany zapach świeżego ciasta i palonych z solą migdałów na wielkim kaflowym piecu. Każdy fragment z okresu młodości był zapisany w jednym ułamku sekundy, zaledwie w jednym mgnieniu opadających powiek. Często w chwilach smutku i nostalgii szukając ukojenia dla strapionych myśli, dziewczyna sięgała do wspomnień. Odnajdywała w nich pocieszenie.
Pod koniec lata, na olbrzymiej skale, zawieszonej nad błękitnym morzem, z oddali, widać było małą postać radośnie uderzającą zwieszonymi stopami w bok urwiska. Po wyjeździe Harisona, Margerita lubiła siadać o zachodzie słońca na przepastnym skalnym brzegiem. Nie miała w sobie ani kszty strachu, ufała ludziom i własnemu przeznaczeniu, a przede wszystkim własnym czystym marzeniom. Z uwagą i zaciekawieniem wpatrywała się w linię horyzontu wyobrażając sobie Wielki Świat. Z ponad rozciągniętej granicy wody i nieba, olbrzymia tarcza zachodzącego słońca oświetlała smukłą postać Margerity, zupełnie tak jakby roztaczała wokół niej świetlistą opiekuńczą aurę. Słońce chyląc się do snu oddawało hołd jej niewinności.
Przez kolejne lata, Steve systematycznie o tej samej porze roku odwiedzał dom Huana i Marty. Któregoś dnia Harison po nocnej opowieści, pozostawił na stole, przez przypadek, swoje zdjęcie z wyprawy do Afryki. Margerita wykradła je i przyczepiła nad swoim łóżkiem. Od tego czasu, co noc patrzyła w twarz i zamyślone oczy Harisona uwiecznione na zdjęciu. Margerita wyobrażała sobie, że mężczyzna z obrazka zabiera ją w snach, w świat barwnych podróży. Gdy nad ranem budziła się, słała mu promienny uśmiech, który z czasem gdy dziewczyna dorosła przybrał bardziej wyrazistą formę okazywania uczuć. Przyklejała dłonią do zdjęcia wypuszczony z ust słodki całus.
Pewnego dnia, Steve zniknął bezpowrotnie. Przez kolejne wakacje Margerita, z utęsknieniem czekała na przyjazd Harisona. On jednak nie przyjeżdżał. W kolejnych latach postać z fotografii stała się dla Margerity bajkowym bohaterem, z którym zaczęła przeżywać fantazyjne podróże i barwne wymyślone historie. W śród nich była jedna najbardziej przez nią rozpamiętywana. Była to ucieczka na wielkim żaglowcu do miejsca gdzie horyzont, o zachodzie słońca, stykał się dla niej z niebem. Z dnia na dzień, gdy dziewczynka stawała się coraz starsza, zamiast zatrzeć w pamięci mglistą postać bajkowego mężczyzny uchwyconej na pożółkłej już z upływu czasu fotografii, stało się zupełnie odwrotnie.
- Ah tak … Pan Harioson …. Steve Harison! – Margerita odgrywała dalej rolę nieświadomej - … faktycznie był Pan częstym gościem w naszym domu… teraz sobie coś zaczynam przypominać, … no tak … , ale wtedy byłam nastolatką zawieszoną wiecznie chmurach. - Nie powiedziała, że nadal nią była.
- Steve Harison ! - powtórzyła jeszcze raz. Przez moment chciała rzucić mu się na szyję i ucałować z radości. Chciała oddać mu każdy fragment myśli, każdą część swoich pragnień, które przez tyle lat skryły się głęboko w sercu. Nie zebrała jednak w sobie dość odwagi.
- … tak … tak … teraz już dokładnie pamiętam ! – przeciągle kontynuowała piękność - …. proszę mówić do mnie Margerita, tak będzie prościej i zręczniej.
- Według Pani … o przepraszam Twojego życzenia !
- co słychać u rodziców !
Margerita zamyśliła się, poczym posmutniała
- obydwoje nie żyją! …. po ich śmierci zaczęłam pracować w „Liberty”, tzn. musiałam – zwiesiła wzrok - … to okropne miejsce …., ci ludzie, którzy tu przyjeżdżają są straszni … ten hotel jest chyba przeklęty!
- ja też ? zapytał Harison
- Nie… nie pan, pan jest …? - rozbłysły na nowo jej oczy. Urwała wypowiedź.
- Kim ? – odrzekł spokojnie Harison
- … pan jest … ok – nie mogła zebrać siły aby powiedzieć kim dla niej był naprawdę. Jeszcze nie tym razem
zapanowała chwila milczenia i konsternacji.
- Czy życzy Pan sobie jeszcze czegoś ?
- Podaj mi jeszcze Margeritę z dużą ilością limonki !
- Co tylko Pan sobie życzy ! – uśmiechnęła się.
Ogarnięta szczęściem, odchodząc od stolika pomyślała - … a jednak powiedział moje imię, szkoda, że zapisane w kolumnie drinków.
Na taras wszedł młody Stevenson. Swój sposób bycia wzorował na opasłym ojcu. Wyglądali tak samo. Mnieli wielkie brzuchy, i z boku przypominali dwa olbrzymie tłuste wieloryby. Ich wygląd i zachowanie wzbudzało strach i obrzydzenie przede wszystkim u obsługi hotelowej. Byli wulgarni i napastliwi.
Młody Stevenson usiadł przy stole rodziców, gdzie właśnie ucichła awantura i stek wypowiadanych tak samo krwistych wzajemnych obelg.
- Kelner ! … długo mam jeszcze czekać ! - Młody Stevenson z całej siły uderzył dłonią w stół!
- Dawaj tu, głupia suko, menu !
|
|
Komentarzy:
5
|
|
part 3
2007-07-03
|
Na hotelowym tarasie, zawieszonym ponad linią brzegową rodzina Stevensonów zajadała obiad. Kobieta w średnim wieku w wysublimowany sposób konsumowała przygotowaną specjalnie dla niej krwistą porcję Befsztyku.
- jak ty możesz w taki upał jeść taką padlinę .... obrzydlistwo! - z podniesionym głosem wykrzyknął na przeciwko siedzący stołu opasły mężczyzna.
- nie przypieprzaj się ... żryj swoją porcję ... - niegrzecznie odpowiedziała kobieta.
- nie mogę z Wami wytrzymać, jesteście beznadziejni! - młoda dziewczyna nastoletnia córka Stevensonów, wykrzyknęła ostentacyjnie rzucając w talerz sztućce. Poszła w kierunku Hollu. W drzwiach minęła Harisona.
Witam Państwa. Harison wchodząc na taras ukłonił się w kierunku siedzących jedynych hotelowych gości. Nikt mu nie odpowiedział.
Harison usiadł przy stoliku najbardziej wysuniętej części, tak aby móc podziwiać mieniące się w słońcu fale. Nie chciał słyszeć rodzinnej sprzeczki.
Po chwili na granicy wejścia z sali restauracyjnej,w wielkich przeszklonych drzwiach, pojawiła sie przepiękna dziewczyna o długich kruczych włosach. To była Margerita.
Margerita wychowała się w małej nadmorskiej miejscowości. Jej ojciec był rybakiem. Matka prowadziła dom. Wychowana była w czysto katolickim reżimie. Zasady i dobre maniery stanowiły nieodzowny sposób jej bycia. Miała jeszcze jedną bardzo charakterystyczną i niezmiernie spolegliwą cechę. Spolegliwą dla mężczyzn - urodę. Jej wewnętrzny urok i czar, a zwłaszcza bijący z wnętrza ciała południowy temperament. Dlatego też, Margerita, często stawała się obiektem pożądania zwłaszcza szowinistycznie nastawionych hotelowych gości - samców - próbujących usidlić ofiarę choć na jedną noc. Z drugiej zaś strony była obiektem zazdrości i drwin, przybyłych żon i kochanek.
Smukła postać, dziewczyny z gracją przeciskała się między ustawionymi stolikami. Biodra Margerity rytmicznie falowały w jedną to drugą stronę. Od czasu do czasu dziewczyna, starając się ominąć któreś z gęsto ustawionych krzeseł, obracała swoje ciało o 180 stopni. W ten sposób luźno spływająca sukienka, na wysokości kolan z powiewem formowała się w kształt wachlarza. Następnie, Margeriata przeskakując z nogi na nogę podążała w niezmienionym tempie w kierunku samotnie siędzącego meżczyzny. W jasnych promieniach słonecznych z oddali, wyglądała tak, jakby znajdowała się na scenie musicalu, odgrywając jedną z najbardziej znakomitych ról w jej wykonaniu pt "Taniec owiany gracją". W rękach trzymała dużą tacę i menu.
Margerita występ zakończyła przy stoliku Harisona. Jej twarz nabrała rumieńców.
- Witam Panie Harison! ... czego pan sobie życzy. - położyła na stół menu.
Margerita pragnęła aby w karcie było zapisane jej imię przede wszystkim w kolumnie deserów. Harison był jedyną osobą, której pozwoliłaby skonsumować się w całości.
Harison nie patrząc na kelnerkę z uwagą kartkował zeszyt z ofertą kulinarną. Doszedł do deserów.
- poproszę zimny napój i szarlotkę bez kremu!
W taki upał bał się czyhających bakterii salmonelli.
- Jaki napój cola, fanta, czy może świeży napój z pomarańczy ? – dziewczyna podążała w ślad za życzeniem Harisona .
Mężczyzna nie podnosił wzroku
Poproszę ze świeżych pomarańczy z odrobiną truskawkowej grenadiny, a …. i z lodem - przeciągle wypowiedając ostatnie życzenie.
- Czy to wszystko ?
Stevenson zamykając kartę menu, na koniec spojrzał na twarz dziewczyny. Zamyślił się, po czym ze zdziwieniem wykrzyknął.
- ... Margerita ! - zupełnie tak jakby nie dowierzał własnym oczom.
- ... Margerita ! - jeszcze raz powtórzył
Na wysokości oczu Harisona rozpościerał się przepiękny krajobraz dekoltu skrywającego krągłe piersi dziewczyny. Na twarzy piękności pojawił się pąsowy rumieniec. |
|
Komentarzy:
4
|
|
part 2
2007-06-29
|
Dwie pary świeżo przybyłych hotelowych gości, rodzina Stevensonów, wyjechała przed południem do pobliskiego miasta Chambre, na huczne obchody święta winobrania. Przyjechali specjalnie na tę okazję.
W dole urwiska, w niewielkim budynku nad brzegiem morza, siedział młody chłopak. Lorenzo od lat, zajmował się wypożyczaniem sprzętu pływającego. Kilka kroków dalej, do około 20 metrowego pomostu wdzierającego się w głąb morza, przycumowano kilka łodzi motorowych, jacht i trzy skutery wodne. Na przystani panował spokój. W tym dniu młodzieniec miał jedyną rezerwację dla Stevensonów, którzy o godzinie 21 chcieli ze środka zatoki podziwiać pokazy sztucznych ogni, puszczanych na okoliczność obchodów winobrania.
Do pomostu zbliżał się Steve Harison.
- Witam Panie Harrison – chłopak z promiennym uśmiechem przywitał swojego klienta. Był wyraźnie ucieszony widokiem mężczyzny, gdyż nadarzyła się okazja do zarobienia kilku euro.
- Witam - odpowiedział Harison
- Piękną mamy dzisiaj pogodę
- Właśnie idealną do nurkowania.
- Czy to znaczy, że znowu będzie pan … ?
Harison przerwał wypowiedź młodzieńcowi ripostując - Co to znaczy znowu?
- No przecież miał Pan już dzisiaj opuścić nasz hotel, sądziłem, że przyszedł pan uregulować rachunki!
No tak – przeciągle odpowiedział Harison – w zasadzie tak miało być ale …
Mężczyzna urwał w połowie zdanie. Nie chciał zdradzić swoich zamiarów. Nie mógł pozwolić sobie na zdemaskowanie i pokrzyżowanie planów, które w ciągu ostatniej nocy uległy nagłym zmianom.
- Jaką butlę panie Harison pan wybiera: 150 czy 200 ?
- Przygotuj mi zestaw do zawieszenia dwóch butli po 200 atm każda i jedną z trimixem.
Lorenzo ze zdziwieniem patrzył na mężczyznę. Kręcił głową z niedowierzaniem drapiąc się dłonią po gęstej blond czuprynie.
… dwie butle i jedna z trimixem ? – powtórzył za Harisonem - … a gdzie Pan się wybiera z takim zapasem powietrza … zamieszkać na dnie?
- Być może, a najlepiej po znalezieniu tam kochanki!
Młody chłopak zaczął głośno się śmiać, sądząc, że Harison żartuje.
- Kochanki pan szuka …hm … panie Harison w mieście dzisiaj przy winie znajdzie ich pan całe mnóstwo, a zwłaszcza … Margerita, ta z recepcji , moja kuzynka … mówiła mi , że z pana fajny gość… będzie dzisiaj w mieście …!
- Za dużo mówisz … - Steve uciął przeciągłą wypowiedź, jednak po chwili zreflektował się, klepiąc przyjacielsko ramię młodzieńca.
- No dobra, powiem ci…, mam umówione spotkanie na dnie,… sam rozumiesz … z piękną nieznajomą… tylko nikomu nie mów i nie wspominaj o tym, a zwłaszcza Margericie …Niech to będzie nasz słodki sekret !
Młodzieniec nabrał śmiałości.
- A rozumiem randka z Syreną Morską … - znów zażartował.
Harison zamyślił się - Hm …no tak … właśnie … z prawdziwą Syreną Morską – przytaknął.
Lorenzo dalej kontynuował - Ale po co panu trimix Panie Harison? Przecież Syreny pływają przy powierzchni, nęcąc biustem turystów, a nie na dnie! – młodzieniec wiedział, że mieszanka trimixu służy do bardzo głębokich nurkowań powyżej 100m.
- moja kochanka mieszka na samym cholernym dnie ! - meżczyzna nerwowo odpowiedział.
Harison nie chciał przedłużać dalej rozmowy, udając się w kierunku ostatniej deski skrzypiącego pod stopami pomostu.
Młody chłopak w skupieniu przygotowywał sprzęt do nurkowania. Z dokładnością zegarmistrza skręcał skomplikowaną aparaturę przeglądając każdy element z osobna. Był specjalistą w tej dziedzinie. Pomimo młodego wieku można mu było zaufać, gdyż już od młodzieńczych lat pomagał swojemu nieżyjącemu ojcu w obsługiwać najbardziej marudnych i wymagających gości. Wielokrotnie miał do czynienia z pseudo nurkami, którzy wiedzę czerpali jedynie z poradników. Taki klient jest najgorszy, gdyż będzie do znudzenia egzaminował i sprawdzał umiejętności obsługi do czasu, aż nie wyczerpie się zestaw pytań zaczynających się słowem dlaczego?
Młody Lorenzo w wieku 18 lat, po śmierci ojca, odziedziczył: mały drewniany geszeft, pomost, a wraz z nim całe wyposażenie. Był pogodnym młodzieńcem lubiącym dużo mówić i wiecznie się uśmiechać. Harison znał rodzinę Lorenzo dość dobrze. Przed kilkoma laty poznał na tej samej przystani, ojca Lorenzo, który był zagorzałym miłośnikiem nurkowania, uznawanym w okolicy za prawdziwego mistrza. Pod czas wakacji, do czasu nieszczęśliwego wypadku, Harison często wypuszczał się ze starym Lorenzo w głąb morza w poszukiwaniu przygód. Stary Lorenzo był w tym niezrównany. Znał każdy fragment dna wielkiej zatoki.
Harison doszedł do końca pomostu. Przystanął. Zawiesił wzrok na wprost błękitnego morza. Wyglądał tak, jakby w skupieniu, w oddali, kogoś wypatrywał. Pod stopami, woda szkliście mieniła się, zalana błękitem bezchmurnego nieba. Słońce wysoko świeciło, ogrzewając łagodnie twarz Harisona spieczoną na kolor brązu.
Steve stał bezruchu. Nic nie mówił. Myślał o kobiecie, której znamię nosił na lekko zapuchniętej dolnej wardze, którą co jakiś czas delikatnie przygryzał. Chciał czuć ból i piętno jakie pozostawiła po sobie nieznajoma. Wiedział, że sygnał z receptorów w mózgu nie poprowadzi go na granicę szaleństwa. Pamięć i wspomnienia były zbyt mgliste i ulotne aby im zaufać. Były zbyt mało wiarygodne.
… wszystko gotowe panie Harison – wykrzyknął z zadowolenia chłopak.
Mężczyzna odwrócił się i spojrzał na początek pomostu, na którym stał już przygotowany sprzęt. Był dokładnie z clearowany i gotowy do założenia. Promienie słoneczne opadały wprost na niklowane lśniące butle, oślepiając refleksem oczy Harisona. Owalny pojemnik z trimxem był nabity do maksimum, ponad normę i dopuszczalną granice wytrzymałości. Tego potrzebował Harison, niewyobrażalną ilość mieszanki gazowej mogącej przenieść go w świat ogarnięty ciemnością i tajemniczej zjawy.
- Dobrze się spisałeś … Słuchaj chłopcze … - przeciągle mężczyzna na chwilę zawiesił głos – … potrzebuję jeszcze szybką łódź motorową i mapę z zaznaczonym skalnym uskokiem na dnie morza … tam gdzie … – urwał, gdyż zdenerwowany chłopak przerwał wypowiedź, wchodząc w połowie zdania
- Ależ Panie Harison ... przecież pan wie, że tam nie wolno schodzić po ostatnim wypadku związanym z zaginięciem pięciu nurków. To miejsce jest przeklęte …wszyscy, którzy tam byli, już nigdy nie wrócili … nawet mój ojciec! – w oczach młodzieńca pojawiły się łzy.
Od tragicznej śmierci ojca, młody Lorenzo bał się panicznie wody. Nigdy nie wychodził dalej, za granicę swojego pomostu. Starał się tak pracować aby w najgorszym przypadku moczyć ciało do połowy pasa. Nigdy nie przekraczał tej bariery, bariery strachu przed utonięciem.
- Dość … nie chcę tego słuchać – zdenerwowany mężczyzna przerwał wypowiedź . Wyjął z kieszeni 100 euro i wsunął banknot do ręki chłopaka.
- Powinno wystarczyć za milczenie. … przygotuj wszystko na 22.00, i nikomu o tym nie mów!
Steve nie był materialistą, ale znał siłę pieniądza.
- Tak jest Panie Harison ! Wszystko będzie gotowe!
Harison w pośpiechu opuścił pomost przystani.
Ze złością w głosie chłopak wymamrotał - Ah ci turyści … wiecznie mają jakieś swoje fanaberie…
Nie mógł wiedzieć ani nawet przypuszczać tego co zamierzał zrobić Steve Harison, który już zdążył zniknąć na skalistych i krętych schodkach, prowadzących uskokiem wprost na hotelowy taras.
cdn |
|
Komentarzy:
2
|
|
part 1
2007-06-27
|
Mężczyzna otworzył okno i wszedł na długi balkon, zawieszony nad brzegiem Śródziemnego Morza. Bryza unosiła w powietrzu przyjemny chłód, po męczącym i pełnym dniu wrażeń. Mężczyzna oparł dłonie o barierkę i spojrzał w dół. Fale z szumem obmywały skalisty brzeg.
Hotel, w którym mieszkał nieznajomy, należał do średniej klasy renomowanej francuzkiej sieci Libre. Był usytuowany z dala od miasta, na uboczu, w przepięknej zatoce, do której prowadziła jedyna, wąska i utwardzona kamieniami droga. Po godzinie 20 obsługa zwyczajowo opuszczała hotel, poczym wracała do swoich zajęć następnego dnia około godziny 6. To jest rutyna, stosowany na całym świecie w celu obniżenia kosztów utrzymania personelu. Stary budynek z początku lat 90 składał się z około 30 pokoi. Wszystkie były puste poza jednym, w którym od dwóch tygodni mieszkał nieznajomy. Odpowiadał mu ten charakter spędzania urlopu. Lubił spokój, ciszę, a przede wszystkim nieobecność hotelowych gości. Karta cheapowa do drzwi, brak obsługi i kojąca samotność wytaczała standard w jego codzienności.
Zameldowany był pod nazwiskiem Steve Harison.
Po środku morza w oddali księżyc usadowił się odbiciem na wodzie. Był sam środek gwiaździstej nocy. Dochodziła godzina 1.
Steve patrzył przed siebie zawieszając wzrok na linii horyzontu. Czuł ciepły wiatr wplatający się w krótkie blond włosy. Zamknął oczy i pomyślał
- Żyję ... a jednak udało się uciec od demonów ... Jestem uratowany.
-------------------
W tym samym czasie w oddali, w miejscu gdzie księżyc rozgościł się blaskiem na lustrze wody, wyłaniała się z morza dziwna postać. Pędziła niczym rozpędzona torpeda z samego dna. Z góry, z ponad łagodnych fal, widać było w toni, jedynie zarys długich włosów, które falowały wokół smukłej postaci. Świecący owalny księżyc, obsypany dookoła milionem gwiazd coraz jaśniej oświetlał powierzchnię ciemnego błękitu. Postać zwolniła i delikatnie z wody wyłoniła do połowy głowę. Nie chciała być przez nikogo zauważona. Znieruchomiała. W skupieniu przez chwilę wpatrywała się w kierunku lądu. Wyglądała tak jakby kogoś szukała. Jej wzrok niczym skaner omiatał skalisty brzeg. Wreszcie dojrzała kilka świateł, które dochodziły z okien hotelu Libre. W tej okolicy był jedynym przystankiem dla zagubionych i zmęczonych podróżą turystów. Tego szukała. Postać oparła swoje spojrzenie na linii brzegowej, w miejscu gdzie fale gładziły szczyty masywnych kamieni. Podniosła lekko demoniczny wzrok prostopadle do urwiska. Na balkonie spostrzegła mężczyznę. To był Steve. Mężczyzna patrzył przed siebie. Nie mógł jednak dojrzeć dziwnej postaci, która ze środka zatoki, obserwowała go od dłuższej chwili. Było zbyt daleko i zbyt ciemno.
Ah to tu jesteś mój kochany ! - z zadowolenia postać wyszeptała.
Po chwili znów skryła się w ciemnej toni. Nie chciała być zauważona. Na księżyc zaczęły napływać chmury.
-----------
Steve podniósł zmęczone powieki. Jeszcze raz rzucił przeciągłe spojrzenie w toń wody. Przeczesał dłonią zmierzwione włosy i wszedł do pokoju. Jednym ruchem ręki przymknął za sobą drzwi balkonu. Wiatr za oknem ucichł.
Zbliżył się do łóżka. Zdjął koszulę, spodnie i bieliznę. Był kompletnie nagi. Położył się na miękkim łóżku, przykrytym sztywno nakrochmalonym prześcieradłem.
W pokoju po środku sufitu wirował wiatrak, który z trudem próbował schłodzić panujący w pokoju gorąc. Lato na południu Francji zawsze jest upalne zwłaszcza w połowie sierpnia. Harison patrzył na środek sufitu. Był skupiony. Jego pociągła twarz nie wyrażała emocji. Musiał panować nad sobą, nie mógł pozwolić sobie na słabość po wydarzeniach minionego dnia. Z każda sekundą, zmęczenie wciskało się w jego umysł. Powieki powoli opadały na znużone oczy. Jedno i drugie przeciągłe chlapnięcie i ... świat snu leniwie ogarnął jego ciało. Zasnął.
Wiatrak rytmicznie szumiał kierując strumień schłodzonego powietrza na środek łóżka, na którym już od dłuższej chwili Harison bezwładnie leżał. Zapadł w głęboki sen, wydając z siebie jedynie długie, przeciągłe i równomiernie rozłożone w czasie oddechy. Z każdą chwilą przenosił się coraz dalej i głębiej do świata, z którego dopiero co zdołał uciec - z mrocznej krainy.
... nagle mocny powiew wiatru szarpnął zasłoną. Przymknięte drzwi balkonu z trzaskiem uderzyły o ścianę odłupując klamką kawałek tynku. Zamknęły się. I znów z łoskotem uderzyły w to samo miejsce powiększając wyszarpaną dziurę. Kolejne silne podmuchy, wkradły się do pokoju szarpiąc z całych sił luźno zawieszoną zasłonę. Słychać było w oddali w zburzone fale, które z hukiem rozbijały się o skały. Morze było niespokojne. Podmuch coraz bardziej nabierał na sile. Księżyc zaciemniły chmury. Nadciągał sztorm.
Po środku morza niczym z głębiny wyłoniła się wysoka fala. Gnała ją niewidzialna siła. Fala z olbrzymią szybkością pokonywała kolejne metry. Biała grzywa piany, wydostała się na wierzch wielkiego pofałdowania wody, z hukiem rozbijając się o brzeg skały. Wiatr od morza coraz silniej napierał kierunku otwartego okna. Kolejna porcja i kolejna ... aż energiczny podmuch w jednej chwili podniósł zasłonę, prostopadle do podłogi. Jedwabisty materiał nie mogąc oprzeć się naporowi coraz mocniej wirował w powietrzu zahaczając końcami o kręcący się w suficie wiatrak. Kolejny podmuch ... i materiał odczepił się od zaczepów karnisza i poszybował z impetem w kierunku śpiącego mężczyzny. Opadł na jego głowę i okręcił się w około szyi. Mężczyzna przebudził się. Poczuł, że coś zaciska jego gardło z wielką siłą. Szamotał się. Nie mógł oddychać.
Kolejny podmuch wiatru, i biały materiał wypełnił się od środka powietrzem, formując dziwny kształt. Pod przeźroczystym jedwabiem pojawiła się naga piękność. Dziewczyna o blond włosach siedziała na mężczyźnie okrakiem. Miała coś w sobie demonicznego, co zniewalało i wzbudzało strach i przerażenie. Otworzył oczy.
- Jezu ... to ty naprawdę istniejesz? – wykrzyknął.
Dziewczyna zacisnęła dłonie na szyi mężczyzny.
- Teraz już mi nie uciekniesz – kobieta coraz silniej zaciskała swoje palce.
Mężczyzna zaczął walczyć, ale jedwabista piękność z łatwością pokonywała zaciekły opór. Mężczyzna szamotał się. Jednak z każda kolejną chwilą tracił coraz więcej siły. Czuł, że przegrywał bój, tylko nie wiedział o co ?
Wreszcie zniewolony i zrezygnowany omdlał. Poddał się. Patrząc głęboko w oczy swojej rywalki ciężko oddychał. Skądś znał ten duszny oddech. Nie mógł sobie tylko przypomnieć skąd.
- Czego Ty ode mnie chcesz ? – znów wykrzyknął, do pławiącej się z wygranej dziewczyny.
Kobieta przytrzymała jeszcze w silniejszym uścisku szyję mężczyzny. Odchyliła głowę do tyłu. Nic nie mówiła. Steve jeszcze raz podjął ostatnią próbę walki. Na darmo. Nie miał najmniejszych szans pomimo muskularnej budowy ciała.
Nagle świszczący wiatrak przy suficie zatrzymał się, zupełnie tak jakby miał w sobie wbudowany hamulec. Coś , lub jakiś rozkaz zatrzymał go w biegu. Wiatr za oknem ucichł. Zapanowała kompletna cisza i ciemność.
Steve poczuł na swojej twarzy włosy kobiety. Były puszyste ale dziwnie pachniały, jakby morską pianą. Dziewczyna wyszeptała
- Pamiętaj ... przede mną jeszcze nikt nie uciekł ... jesteś mój ... naznaczony moim piętnem ...piętnem śmierci !
Kobieta pochyliła się głębiej. Jej długie włosy nadal bezwładnie opadały w dół dotykając końcówkami twarz Harisona. Powoli pochylała się. Była coraz bliżej ust ofiary. Rozkoszując się chwilą, którą mogła przedłużać w nieskończoność, dotarła do celu. Wpiła się językiem w wargi mężczyzny, próbują wedrzeć się do dna jego ust. Wilgotna czerwona wstęga niczym sztylet wcinała się pomiędzy zaciśnięte zęby Steva.
Mężczyzna poczuł ból ukąszenia. Obudził się. Otworzył oczy i spojrzał na sufit. Nad nim z tym samym rytmem i częstotliwością skrzydła wiatraka przebijały się przez gęste i gorące powietrze. Zasłona wisiała na swoim miejscu. Zauważył, że drzwi były bardziej uchylone, niż przed zaśnięciem. Próbował sobie coś przypomnieć i coś uzmysłowić. Patrzył w skupieniu szukając jakiegoś charakterystycznego szczegółu w pokoju. Nic nie znalazł, poza odłupanym kawałkiem tynku, na ścianie.
- To musiał być wiatr !, a więc to był tylko zły sen ... – z ulgą westchnął.
Jeszcze przez krótką chwilę Harison, próbował leżąc na łóżku pozbierać porozrzucane koszmarem myśli. Czuł, że ciało było mokre od potu.
- Znów ten koszmarny sen ... kiedy to się wreszcie skończy ... przecież nie może, to wiecznie trwać .... pomyślał
Leżąc przypomniał sobie podróż do Dna Wielkiego Błękitu. Zmora senna, która siedziała na nim, wyjątkowo pasowała do śmierci, którą widział przed paroma jeszcze godzinami. Pachniała tak samo, a zwłaszcza jej włosy. Była jednak piękniejsza, ale przez to bardziej demoniczna.
- Skąd ona przyszła i kim była ? zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
Steve nie był ani bogaty ani stary, ale stosował w życiu jedną regułę. Unikał pięknych kobiet, przeważnie po trzydziestce. Wiedział, że one najlepiej znają swoją wartość i najwięcej potrafią czerpać korzyści ze swojego osobistego uroku. Wiedział, że te kobiety najszybciej potrafią zniewolić, starych, a zwłaszcza bogatych mężczyzn - milionerów - ogałacając konto, aż do ostatniego zera. Zjawa idealnie pasowała do tego typu kasty próżnych i nastawionych na określony cel kobiet, poza jednym. Była naładowana jakąś trudną do zdefiniowania energią. Miała, jakby nie z tego świata przypisany do siebie magnetyzm, przyciągający do zagłady swoje ofiary.
Ogarnięty strachem i obawami, mężczyzna nie mógł przestać myśleć o pięknej zjawie.
- Uspokój się ... może to halucynogenny azot ... pewnie jeszcze dużo zostało go w moich żyłach .... – chciał jak najszybciej przerwać myśli, związane z koszmarem sennym, szukając racjonalnej odpowiedzi. Pragnął zapomnieć o niej, bez zwłoki i ociągania.
Harison wstał. Zamknął drzwi balkonu i poszedł w stronę łazienki. Wiatrak monotonnym i nie zmienionym rytmem terkotał przy suficie.
Otworzył drzwi. Na ścianie na wysokości lustra blado świeciła żarówka z trudem rozpraszając w pomieszczeniu światło. Wszystko spływało w szarości. Steve odkręcił kran nad umywalką i włożył ręce pod strumień wody. Powoli palce drętwiały mu z zimna. W skupieniu patrzył na krople rozchodzące się po nasadzie dłoni. Odwracał je na przemian raz w jedną to w drugą stronę. Potem przepuszczał wodą między palcami. Bawił się. Uformował dłonie w łódeczkę i poczekał, aż bo brzegi wypełni się zimnem. Oblał wodą twarz. Jeszcze jedna porcja i poczuł ulgę i miłe orzeźwienie. Nie na długo. Znów zmęczenie wdzierało się pod rozbudzone koszmarem powieki. Spuścił głowę. Wpatrywał się w opadającą w spustowy kanał wodę, zupełnie tak jakby czegoś tam szukał. Woda tworząc przy ujściu wir spadała w głąb rury po czym znikała, aż do czasu gdy napływała kolejna wijąca się na dnie karuzela.
- Co się ze mną dzieje?- wyszeptał
Stever podniósł głowę i spojrzał w lustro. Patrzył w wymęczone oczy. Woda szumiała ściekając w dół umywalki. Na twarzy zobaczyl odciśnięty ślad maski, która wpijając się w ciało podczas nurkowania, zostawiła bladą obwódkę wokół oczu. Jeszcze było za wcześnie, aby widoczny zarys mogła wchłonąć skóra. Steve zatrzymał wzrok na swoim odbiciu i w skupieniu patrzył przed siebie, zupełnie tak jakby chciał prześwietlić lustro na drugą stronę. W tafli szkła dostrzegł przekrwione oczy i popękane w białkach żyłki. Jeszcze bardziej przybliżył twarz.
- To ciśnienie – wyszeptał - Nie głupiej chłopie. Wszystko jest pod kontrolą. To był tylko zły sen.
Nagle coś dziwnego napłynęło do jego ust. Poczuł nieprzyjemny smak. Przełknął ślinę ale znów metaliczna mieszanina pojawiła się na języku.
- To chyba z płuc - westchnął
Coraz więcej krwi napłynęło, zakrywając język z góry i z dołu. Splunął do umywalki czerwoną zawiesiną.
- Jest jej za dużo… , … skąd do cholery ten krwotok
Rozchylił delikatnie usta i ... zamarł z przerażenia.
Na dolnej wardze zobaczył wyraźny kęs wyszarpanego fragmentu skóry.
- Jezu, to nie był sen. Ona mnie przywołuje znów do głębiny…demoniczna piękność.
Dolna warga zaczęła puchnąć.
cdn |
|
Komentarzy:
7
|
|